piątek, 9 sierpnia 2013

Update! Czyli o moim nieregularnym blogowaniu...

Kilka razy nosiłam się już z zamiarem napisania posta, który definitywnie zakończyłby moją przygodę z tym blogiem. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że blog wyczerpał już swoją formułę, ja osiągnęłam już to, co założyłam sobie kilka lat temu.... Nie oznacza to oczywiście, że nie mam już żadnych celów:) ale po prostu realizuję wszystko z mniejszą presją, no i mam też mniej czasu na pisanie - muszę się raczej skupiać na działaniu:) 

Ale... z drugiej strony pisać lubię i czuję, że mogę opublikować kilka postów, które będą takim dopełnieniem drogi, którą opisywałam tu przez tak długi czas, a które być może jeszcze komuś pomogą... Choć już nie uczestniczę w współtworzeniu BGS, uważam, że założenie bloga było jedną z lepszych decyzji w moim życiu i nie ukrywam, że bardzo mi miło, że było jakieś grono całkiem regularnych czytelników;)

A zatem - co nowego? Nic!:) Chyba to właśnie ta długo oczekiwana stabilizacja;) Pracy nie zmieniłam i na razie skupiam się raczej na tym, żeby ją utrzymać. Biorąc pod uwagę moje doświadczenie, bardzo szybko "awansowałam" i choć zwykle lubię moją pracę, to jednak żyję w niemal ciągłym stresie. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że ja żyję pracą - choć wiem, że nie brzmi to najlepiej... Już podczas porannego mycia zębów myślę o tym jaki czeka mnie dzień, czy mam zaplanowane spotkania, czy mam do napisania opinie itd. Podczas wieczornego... czegokolwiek (malowania paznokci/golenia nóg/sprzątania) często analizuję aktualne "sprawy" itd. Dojeżdżając z lub do pracy niemal zawsze sobie coś doczytuję - a to nowe orzeczenie, a to jakąś interpretację... dokształcać się trzeba, a ja wciąż jestem najmłodszą i najmniej doświadczoną osobą w zespole. Na szczęście przysługiwał mi dwutygodniowy urlop, dzięki czemu trochę się zdystansowałam i odpoczęłam. Bo zasługiwałam w końcu!:) 

Z kwestii poza - pracowych - wiele nie zostaje. W połowie lipca skończyłam pierwszy semestr mojej podyplomówki. Przyjęłam to z ulgą, bo przyznaję, że praca + zjazdy w weekendy to niesamowicie wyczerpująca formuła. Gdybym od początku zdecydowała się na studia zaoczne to obawiam się, że bm ich nie skończyła;) Niestety, drugi semestr zapowiada się tra-gicz-nie i nie jest to w żadnym wypadku wyolbrzymienie. Nie wiem jak ja dam radę, w dodatku w tak trudnym (chlip,chlip) jesienno - zimowm okresie. Zobaczymy, pomyślimy... 
Na temat samych studiów mam już oczywiście garść przemyśleń, ale postaram się o tym napisać w osobnym poście w najbliższym (?) czasie. 

Jeśli chodzi o czas, kiedy nie pracuje, nie myślę o pracy i nie uczę się - nie ma go za wiele;) Angielski zarzuciłam dawno temu - w pracy na bieżąco czytam i piszę po angielsku, w lipcu zaliczyłam nawet duuuże spotkanie anglojęzyczne (stres chyba większy niż na obronie magisterki...), więc nie czuję się specjalnie zobligowana do tłuczenia słówek w wolnych chwilach. W głębi serca wiem, że to błąd, ale jakoś nie mogę się zmobilizować do regularnych powtórek...

A wszystkie inne wolne chwile wypełniam czytaniem beletrystki, czytaniem prasy, oglądaniem filmów i seriali, zastanawiam się jak "kupić" i "zaoszczędzić", a teraz planuję rozwój w dziedzinie robótek ręcznych i zrobić sobie samodzielnie parę bransoletek;)

No i tyle. Ahoj!:)

niedziela, 12 maja 2013

Sama siebie nie poznaję - czyli Martika robi "coś dla ciała":)

Czas na post aktualizujący po dłuuuugiej przerwie:) 


Tematyka tego bloga zawsze skupiała się wokół kwestii "naukowo-duchowych" - zaliczyć wszystkie egzaminy, skończyć studia, znaleźć pracę, a w międzyczasie angielski, czytelnictwo, szkolenia itd.:) To wszystko nadal jest dla mnie bardzo ważne, ale od kilku miesięcy postawiłam też trochę na "coś dla ciała" - i o tym chcę dziś napisać:)

Nigdy nie byłam typem sportowca - WFu w szkole unikałam jak ognia; w podstawówce "zapominałam stroju", w gimnazjum zaangażowałam się w szkolny radiowęzeł, dzięki czemu średnio raz w miesiącu musiałam pilnie uporządkować płyty zamiast grać w siatkówkę (płyt było sztuk pięć...), a ogólniaka wybierałam również pod kątem małej sali gimnastycznej:) Dodatkowo zawsze byłam szczupła, więc to jeszcze mocniej utwierdzało mnie w przekonaniu, że ćwiczyć nie muszę:) Na studiach miałam momenty, gdy myślałam o tym, że POWINNAM uprawiać jakiś sport, ale wszystkie te myśli pojawiały się raczej w charakterze obowiązku, przymusu, a poza tym nigdy nie udało mi się tych myśli w jakikolwiek sposób skonkretyzować...

Kilka miesięcy temu zaczęłam troszkę odczuwać siedzący tryb życia i... co zaskakujące, zaczęło mi też brakować ruchu! Mając na uwadze swoje doświadczenia wiedziałam, że po pierwsze sama nigdy się nie zmobilizuję do regularnych ćwiczeń, a po drugie, że na początek powinnam raczej unikać morderczych aerobików.
 
No to sobie tańczymy:) Źródło: grafiki google
Dzięki pewnym zbiegom okoliczności, razem z Lubym wylądowaliśmy na kursie tańca:) Pląsamy razem już od prawie pięciu miesięcy i choć nasz kurs dobiega powoli końca, mam nadzieję, że uda nam się kontynuować naukę po wakacjach:) Bawimy się bardzo dobrze, mamy motywację, żeby trochę inaczej spędzić czas, a poza tym zawsze lubiliśmy tańczyć, więc przy okazji robimy to, co lubimy:) Kurs organizowany jest przez pobliski dom kultury, dzięki czemu zajęcia nie rujnują nas finansowo, nie marnujemy czasu na dojazdy, a grupy są dość kameralne:) To naprawdę fajny sposób na relatywnie niedrogie uczestniczenie w ciekawych zajęciach (u nas jest też zumba i plecenie koszy) - polecam!:)

Po ok. 2 miesiącach od rozpoczęcia kursu, przyszedł czas na drugi krok:)
Nie dajmy się zwariować tylko:) Źródło: demoty
Razem z koleżankami ze studiów zapisałam się na fitness! Chodziłyśmy na step i choć zajęcia w efekcie średnio mi podpasowały, złapałam bakcyla!:) Teraz z uwagi na trochę inne wydatki, postanowiłam zrezygnować z karnetu na fitness, ale ćwiczę w domu! Pewnie nie napiszę nic odkrywczego, ale you tube okazał się niezastąpiony:) Myślę teraz nad zakupem własnej maty!:)

W ramach pracy nad ciałem, postanowiłam znaleźć też czas na zaległe wizyty u lekarzy. Wyobraźcie sobie, że wreszcie zrobiłam badania, które odwlekałam od jakiś 3 lat! Parę spraw już za mną, teraz czeka mnie jeszcze wizyta u okulisty i jedna wizyta u dentysty. To naprawdę dobry wynik!

Po co to wszystko piszę? Przede wszystkim to, że w ogóle zaczęłam ćwiczyć i czerpać z tego przyjemność to coś zupełnie nowego! Wręcz siebie nie poznaję:) Jednocześnie wiem, że podeszłam do tego wszystkiego z głową - tzn. nie porwałam się od razu na słynny "Skalpel" Ewy Chodakowskiej, nie postawiłam sobie nierealnych założeń (typu: do czerwca zrobię szpagat - a tak już bywało...), no i zapewniłam sobie towarzystwo, które zawsze jest takim zewnętrznym niezależnym motywatorem:)

Poza tym, fajnie sobie uświadomić, że rozwój to nie tylko trzepanie słówek z angielskiego, ale zaskakiwanie samej siebie, otwartość i czasami inne podejście do kwestii wcześniej znanych i przerabianych:) No i to się udało:)

Wiem, że mój blog już dawno "wypadł z obiegu", ale chętnie przeczytam Wasze sposoby na aktywność fizyczną:) Jeśli trafi się to jakiś entuzjasta you tubowych treningów, chętnie przejrzę Waszych faworytów (interesuje mnie zwłaszcza pilates, stretching, ćwiczenia rzeźbiące, niekoniecznie spalające i niekoniecznie bardzo "skaczące":)))

niedziela, 24 lutego 2013

Pierwsza część mojej edukacyjnej "dwulatki" za mną!:)

Tak naprawdę trudno mi uwierzyć, że to, co jeszcze rok temu było dla mnie odległą przyszłością, teraz realizuje się w 100%! O moim dwuletnim planie edukacyjnym pisałam w październiku 2012 r. (tutaj), choć oczywiście to było jedynie podsumowanie wielu miesięcy wątpliwości, szkicowania planów bardziej abstrakcyjnych i robienia szeroko pojętego research'u (o krystalizowaniu się mojego pomysłu na najbliższe lata można było przeczytać na przykład tutaj i tutaj). 

Pół roku minęło oczywiście bardzo szybko i skończyłam kurs z rachunkowości:) Prawdę mówiąc, kiedy się na niego decydowałam mogłam tylko przewidywać, że wiedza rachunkowa mi się przyda. Równolegle z rozpoczęciem kursu zmieniłam "zespół" w pracy, przejmowałam nowe obowiązki i szybko okazało się, że bez znajomości tego typu podstaw po prostu nie jestem w stanie dobrze i sprawnie wykonywać swojej pracy. Miałam więc ogromny komfort - to, czego się nauczyłam w weekendy, wykorzystywałam w ciągu tygodnia;) 

Z drugiej strony - na kursie uczyliśmy się podstaw księgowania i to utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nigdy w życiu nie spełniałabym się w branży typowo księgowej. Po prostu - nie;) Jednak oczywiście nawet ten czas spędzony na nauce stricte księgowania nie był czasem straconym. W pracy dość ściśle współpracuję z księgowymi i wiedza "jak one to robią" i "po co one to robią" wiele ułatwia:) 

Po kursie mogę też podzielić się kilkoma przemyśleniami z gatunku kurs vs. studia, rachunkowość vs. prawo... 

Przede wszystkim - dotarło do mnie jak bardzo moje studia były nauką pamięciową. Sposób nauki do każdego mojego egzaminu na studiach był kolosalnie inny, niż nauka na kurs i na pewno nie chodzi o samą formę szkolenia. Prawa musiałam się po prostu nauczyć, zapamiętać, a potem je...odtworzyć;) W rachunkowości - jeśli raz zrozumiałam jakiś temat, potem w zasadzie nie było wyjścia, żebym nie rozwiązała poprawnie zadania... Oczywiście nie bez znaczenia jest też to, że w prawie generalnie zadań nie ma - jeśli już są to wątpliwości, których nie da się w kwadrans rozwiązać poprawnie albo niepoprawnie;)

Po drugie - kwestia formy. No i jednak muszę przyznać, że na kursie bardzo mało czasu poświęcaliśmy na teorię, a niemal cały czas "trzaskaliśmy" zadania:) Oceniam to bardzo pozytywnie - wiadomo, że wszystko najlepiej weryfikować w praktyce. Dzięki temu znam nie tylko podstawowe zasady, ale też umiem je zastosować. Sam egzamin końcowy był również praktyczny - musieliśmy po prostu rozwiązać trzy zadania i nikogo nie interesowało czy znamy pojęcia - musieliśmy je zastosować. Szczerze mówiąc, myślę, że po tym kursie jestem merytorycznie przygotowana do pracy na stanowisku młodszej księgowej, a raczej wątpię, żebym takie same umiejętności wyniosła choćby po studiach... 

No i tyle:) Cieszę się, że pierwszy temat mojego edukacyjnego maratonu jest za mną:) Dzięki temu, że podjęłam ten kurs, czuję, że jestem pół kroczku do przodu;) Teraz jestem już po pierwszym zjeździe na mojej podyplomówce i mogę się teraz zająć szerzej podatkami:) Oczywiście mam już swoje pierwsze przemyślenia, ale na wzmiankę na blogu przyjdzie jeszcze czas:)

czwartek, 31 stycznia 2013

Dorosłość - mit obalony!:)

Jedną z ciekawostek, dotyczących mojej obecnej pracy jest to, że jestem jedną z najmłodszych osób w moim dziale;) Siłą rzeczy, sporo czasu spędzam więc z osobami starszymi ode mnie - głównie trzydziesto- i trzydziestoparolatkami. Nie jest też tajemnicą, że kończąc studia byłam wręcz przerażona wizją dorosłości, stabilizacji i ogólnie perspektywą "życia po studiach". 
Oczywiście, jak to z lękami bywa, i ten okazał się być bezpodstawnym. Z radością odkryłam, że życie "po studiach" istnieje, miewa się dobrze i szczerze mówiąc wcale nie jest jakoś mniej wartościowe;) Moje koleżanki 30-latki wcale nie są zgnuśniałe, sflaczałe czy marudne (a przynajmniej nie bardziej niż ja;). Wręcz przeciwnie - to pełne życia, radości, mądre, wykształcone dziewczyny, które świetnie łączą rolę świetnych specjalistów z rolami partnerek/żon, a niektóre nawet matek. Powiem więcej - taką właśnie trzydziestolatką chcę być za parę lat:)  

Zresztą, szczerze mówiąc, spędzając z nimi czas wcale nie czuję różnicy wieku, a ostatnio opowiadając mojej mamie o pewnym wydarzeniu w którym uczestniczyłam, stwierdziłam "no, byli tam raczej ludzie w MOIM wieku. Wiesz tak PRZED TRZYDZIESTKĄ!";) Powiedziałam to oczywiście nieświadomie, co tylko potwierdza - dorosłam, gonię czas i.... jakoś to przeżyję;) 

Szczerze mówiąc cieszę się, że mam możliwość spojrzenia na tą całą "dorosłość" trochę innym okiem. Widzę teraz, że nie ma czego się bać i że przede mną bardzo wiele wyznań - skończenie studiów to dopiero preludium!:) Będzie dobrze! Musi być:)

Ciekawa jestem jaki Wy macie stosunek do upływającego czasu:) Jak sobie z tm radzicie - myślicie o tym, czy kompletnie olewacie tą kwestię? Jak odbieracie koniec studiów - jest/był to dla Was ważny moment, czy nic nie znaczący egzamin?:)

niedziela, 13 stycznia 2013

Martika wraca. Ale na jak długo?...

Dawno mnie tu nie było. Oj, dawno... Nie dlatego, że nie działo się nic godnego uwagi i wzmianki na blogu. Wręcz przeciwnie - w pracy przedłużono mi umowę i dostałam pakiet benefitów pracowniczych, które w dalszej perspektywie prawdopodobnie trochę mi ułatwią życie. Oczywiście wciąż uczę się bardzo dużo, mam niemal całkowicie samodzielne stanowisko i szczerze mówiąc można powiedzieć, że realizuję się na prawie każdym kroku. Chociaż narzekam na tą pracę niemal codziennie (nadgodziny, zmęczenie, stres), wiem, że byłoby mi bardzo przykro, gdyby jednak cośtam mi nie poszło. Jestem już przy końcówce mojego kursu z rachunkowości - przede mną jeszcze dwa zjazdy i dwa egzaminy. Z kursu jestem bardzo-bardzo zadowolona - dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy + wiedzę na bieżąco wykorzystuję w pracy. To naprawdę motywuje!:) W życiu prywatnym też układa mi się całkiem nieźle. W międzyczasie udało mi się zaliczyć udanego sylwestra (a w moim przypadku to niestety nie jest reguła - kilka ostatnich zabaw noworocznych było kompletną klapą;) - niestety dla równowagi calutkie święta i czas okołoświąteczny przechorowałam. Z innych kwestii - poczyniłam kroki w celu rozpoczęcia kursu tańca:) Teraz czekam jeszcze na informację o zawiązaniu grupy - mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myli i zacznę wreszcie się trochę ruszać!:)
Dlaczego więc blog świeci pustkami? Przyczyny są dwie.

Po pierwsze - w gruncie rzeczy wiodę teraz życie dość przewidywalne i rutynowe.
W pracy spędzam prawie cały dzień, a przecież nie będę opisywała na blogu przykładowo najświeższych zmian w prawie podatkowym;) Moje cele długoterminowe są dość jasne i powolutku do nich dążę. Jeśli chodzi o angielski, to nie mam już takiego ciśnienia na naukę, bo używam go na codzień w pracy, więc przynajmniej w tej kwestii się nie cofam. W ramach myśli "przyjemne z pożytecznym" oglądam teraz "Mad Mena" wieczorami w oryginale, więc słuchanie też nie zostaje w tyle.
Moje ulubione zdjęcie:) Źródło: grafiki google
A po drugie - przyznaję, że czasami po prostu wolę wieczorem odpocząć/poczytać książkę/obejrzeć film, czy zająć się sprawami domowymi, niż przygotowywać przed komputerem nową notkę na bloga... Niestety, wygląda na to, że jako studentka pracująca miałam więcej czasu niż obecnie (notabene mój status tak drastycznie się nie zmienił - tylko kolejność się zmieniła;).
Prawdę mówiąc zastanawiałam się nad "rzuceniem" bloga. W tym momencie mogę powiedzieć, że cele z jakimi rozpoczynałam blogowanie spełniłam w niemal 100%. Oczywiście moje cele ewoluują razem ze mną - nie osiadam na laurach, wciąż podnoszę sobie poprzeczkę, wciąż miewam nowe pomysły, wciąż wiele planuję... Tyle, że blog nie jest już mi do tego niezbędny. Nauczyłam się motywować bez blogowania, w kwestii planowania krótko- i długoterminowego doskonale sprawuje się zwykły kalendarz, zresztą nigdy blog nie był dla mnie miejscem do drobiazgowego planowania tygodnia, czy o zgrozo - dnia;)

Ale... minęło kilka tygodni, a ja troszkę zatęskniłam;) Nie mam wątpliwości, że moje blogowanie zmienia trochę formułę i tak naprawdę nie wiem w którą stronę to wszystko pójdzie. Daję sobie jednak trochę czasu. Z całą pewnością posty będą pojawiały się trochę rzadziej, bo w tym momencie chcę i muszę skupić się na moim "prawdziwym" życiu - w ciągu dnia mam na nie jakieś 4 godziny;)

Najważniejsze jest jednak to, że bez względu na dalsze losy tego bloga, udowodniłam sobie, że ciężką pracą i umiejętnością rozsądnego planowania można powoli spełniać swoje marzenia:) A to naprawdę solidna podstawa do rozpoczęcia prawdziwej dorosłości. 
 

wtorek, 27 listopada 2012

"To mój wybór" zamiast "muszę" - czyli mój sposób na chandrę;)

Zaliczyłam dość ciężkie dwa tygodnie. Jest jesień, więc oczywiście jest na co zrzucić - wiadomo, jesienna chandra;) Prawdziwe przyczyny są jednak bardziej prozaiczne - ot, zmęczenie (od czerwca miałam jeden dzień wolny...), niewyspanie (w ten weekend zaczęłam mój weekendowy kursik...) plus do tego coraz, coraz większe wymagania w pracy, a co za tym idzie też całkiem regularne nadgodziny i większa presja... To, co miało mi z założenia poprawić humor, czyli spotkanie z moją "paczką" ze studiów, po raz kolejny uświadomiło mi, że weszliśmy już na inny etap życia i nie da się cofnąć czasu. Każdy żyje już innymi problemami, a studia... przechodzą powoli, ale nieodwołalnie do kategorii miłych wspomnień. A do tego wszystkiego dołączył niespodziewany telefon od osoby, z którą kiedyś łączyły mnie, no powiedzmy, dość toksyczne relacje. Przy okazji tej rozmowy znów pojawiły się myśli o galopującym czasie i o tym jak bardzo moi rówieśnicy dorośli...a ja razem z nimi!

Normalnie, czyli z rok temu, wszystko to zrzuciłabym na karb przemęczenia i zafundowałabym sobie parę dni pełnego relaksu. Teraz nie mogę sobie na to pozwolić, więc ratować trzeba się inaczej;)
Postanowiłam więc... wziąć zły Los na przeczekanie!;) Nie mogę przecież cofnąć czasu, ale nawet gdyby...przecież jako 15-, 18-, czy 20-latka też miałam swoje problemy i też pojawiały się dołujące myśli. Prawdę mówiąc, moja ogólna sytuacja też nie uległa jakiejś drastycznej zmianie. Więcej pracuję, owszem, ale za to jak się realizuję! Nie wychowuję jeszcze dzieci, jeśli nie posprzątam - no to nie posprzątam, jeśli nie zrobię zakupów - no to nie będę miała co jeść, ale przecież życie mi się nie zawali!

To, że pracuję tu, gdzie pracuję, to, że postanowiłam się dalej uczyć jest przecież moim wyborem. To jest właśnie ta dorosłość - wybory, które w gruncie rzeczy nie są aż tak bardzo dramatyczne. 

Przykład jeszcze ze szkolnego "podwórka";)


Do czego zmierzam? W życiu mało jest takich sytuacji, że coś "trzeba". Tak naprawdę większość codziennych czynności wynika jednak z naszego wyboru, czyli w gruncie rzeczy naszego "chciejstwa":) A kto tak naprawdę lubi przyznawać się do błędu, do tego, że podjęte decyzje były niewypałem? Kto z Was z uporem maniaka codziennie siebie krytykuje? Ja nie!:) Dlatego wstając rano, wolę myśleć, że wstaję, bo taki model życia wybrałam (praca zamiast na przykład leniuchowania na garnuszku mamusi - hej, to też się liczy!:P). Idąc w weekend na uczelnię nie chcę zastanawiać się jak bardzo zmęczona wrócę. I tak dalej...

Jednym słowem - zamiast "muszę" wybieram "hej, jestem dorosła! Tak postanowiłam!";) I wiecie co? Żyje się lepiej. Żyje się łatwiej.

 

A wszystkie toksyczne osoby z mojego otoczenia konsekwentnie przeganiam - to też jest kwestia wyborów...

piątek, 16 listopada 2012

Podsumowanie studiów - chwila refleksji i jedziemy dalej!

Już od dłuższego czasu czułam, że powinnam napisać tego posta… Czułam, że powinnam sama przez sobą zrobić jakieś małe podsumowanie, cokolwiek, zmusić się do chwili refleksji, bo… bo przecież 5 lat to kupa czasu, bo przecież przez te 5 lat poświęciłam trochę potu, krwi i łez, żeby te studia skończyć, aż wreszcie – bo na Boga, wykształcona dwudziestoparolatka powinna się pochylić nad tą chwilą!;)

Jednak z drugiej strony – jak w ogóle można porywać się na podsumowywanie pięciu lat? Jak można tyle czasu wrzucić w dwubiegunową tabelkę „sukcesy – porażki” albo „plusy – minusy”? Jak mogę wartościować kierunek, który skończyłam pod kątem „żałuję – nie żałuję”, wiedząc, że gdybym studiowała coś innego prawdopodobnie byłabym teraz inną osobą, planowałabym inną  ścieżkę zawodową i miałabym inny krąg znajomych?:) 

No ale jednak – post powstał. Długi. Chętnych zapraszam….

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie chcę gdybać, czy dobrze wybrałam kierunek studiów. Generalnie wybory 19-latków powinny być obarczone z góry pewnym ryzykiem niepowodzenia;) Gdybym teraz, z perspektywy czasu i dotychczasowych doświadczeń miała jeszcze raz podejmować decyzję, być może wybrałabym inaczej. Nie chcę jednak niepotrzebnie rozmyślać na temat czegoś, na co teraz już nie mam wpływu. 

Z całą pewnością studia były przydatne. Zdarza się, że w życiu codziennym korzystam ze swojej wiedzy, a poza tym powszechnie wiadomo, że „nieznajomość prawa szkodzi”, więc to, czego się nauczyłam procentuje dość często. Oczywiście same studia nie zrobiły ze mnie profesjonalnego prawnika, o czym często zapomina moja rodzina oraz krewni i znajomi królika – standardem przy „stole” są prośby o radę albo opinię w sprawach, które ciągną się całyyyymi latami…;)

Poza tym wszystkim studia były zdecydowanie tzw. pamięciówką. Co prawda część moich poważnych znajomych lubi mawiać surowym tonem, że prawo trzeba zrozumieć, a nie uczyć się go na pamięć, ale szczerze mówiąc uważam takie opinie za lekko przesadzone. Rozumienie, kojarzenie to jedynie metoda na zapamiętanie;) Wiadomo, fajnie do materiału podchodzić z otwartym umysłem, wiązać ze sobą różne procedury czy instytucje, ale to tak naprawdę wisienka na torcie. Wszystkie terminy, zasady, nazwy trzeba po prostu zapamiętać i na to innej rady nie ma;)

Nie byłabym też sobą, gdybym jednak nie ułożyła zgrabnej listy podsumowującej moje edukacyjne zmagania;) Podczas studiów udało mi się:


- odbyć 3 praktyki (dwie w kancelariach prawnych, jedna w wydawnictwie),  z których jedna zakończyła się dłuższą i płatną współpracą (ta ostatnia). Łącznie było to pół roku pracy za darmo. Doświadczenie z tego wynikające – chciałabym napisać „bezcenne”, ale to byłaby chyba jednak przesada;) Na pewno jednak nie poszło na marne i przede wszystkim dzięki praktykom stricte prawniczym po studiach nie traciłam czasu na szukanie pracy w kancelariach, bo wiedziałam już, ze nie do końca odpowiada mi taka praca;
- pracować w pięciu miejscach – wynika z tego, że pracę zmieniałam średnio co rok;) W praktyce nawet trochę częściej, bo podczas pierwszego roku nie pracowałam w ogóle;) Zaczynałam od call center, pierwszą poważniejszą pracę znalazłam na 3 roku, pierwszą pracę związaną z kierunkiem studiów – na 4;
- odbyć jeden wolontariat na rzecz fundacji, zajmującej się mediacją i działalnością na rzecz dzieci z rodzin rozbitych;
- odbyć sześć szkoleń (plus jedno szkolenie on-line – Akademia PARP), które bez żadnego zażenowania wrzuciłam do swojego CV;) Jedno szkolenie w dużym stopniu przyczyniło się do zdobycia przeze mnie mojej obecnej pracy;
- znacząco poprawić poziom mojego angielskiego. Z poziomu oscylującego wokół FCE do poziomu bardzo bliskiego CAE. Różnicę najbardziej widzę w obecnej pracy, codziennie mając do czynienia z angielskim;
- zdać prawo jazdy!;) To największy sukces roku 2012;)

A porażki…? Były, oczywiście były też porażki:) Ale czy warto je teraz rozpamiętywać? Nie zaliczyłam na szczęście nic w stylu powtarzania roku albo wizyty na komisariacie, więc na potknięcia spuśćmy zasłonę milczenia:)
 
Ogólnie całe studia były naprawdę wspaniałym okresem. Względna beztroska, taka prawie dorosłość, ale jeszcze nie do końca;) Byłam dość rozsądną dziewczyną, ale widzę, że teraz, po studiach, moje życie jest już inne… Czego innego wymagam od siebie, nie mogę rano wyłączyć budzika i przerzucić się na drugi bok z myślą „nie idę!”, impreza w ciągu tygodnia już nie wchodzi w grę, a stres egzaminacyjny zajął codzienny stres w pracy… 



Myślę też, że nie można oceniać kierunku studiów bez oceny tego, jak poradziliśmy sobie w życiu po nich… Przede mną oczywiście jeszcze długa droga, ale codziennie przypominam sobie, że to nie studia miały ze mnie zrobić prawnika, czy podatkowca… Studia w najlepszym wypadku mogą dać podstawy do tego, by dalej samodzielną pracą zasłużyć na miano specjalisty…





A Wy jak oceniacie wybór swoich studiów? Jesteście zadowoleni? Czy z perspektywy czasu chcielibyście coś zmienić? Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze spojrzenie!:)

PS: A tych, co dotrwali do końca tego przydługiego posta zachęcam do udziału w zabawie u Kropelki:)