czwartek, 30 grudnia 2010

Achieving my goals

Jakiś czas temu (tak po prawdzie nie minęłabym się z prawdą gdybym napisała "bardzo dawno temu";)) pisałam tu o tym, że chcę popracować nad angielskim słownictwem specjalistycznym. W moim przypadku chodziło oczywiście o tzw. angielski prawniczy. Tego typu kursy są sporo droższe niż klasyczne zajęcia, dlatego wymyśliłam, że właściwie słownictwa mogę nauczyć się sama. Akurat dopisało mi szczęście, bo trafiłam na promocję w internetowej księgarni i (w połączeniu z moją prywatną zniżką) za komplet dwóch książek zapłaciłam tylko 21 zł.

Komplet składa się z textbook i workbook. Ta druga część to, jak nazwa wskazuje, same ćwiczenia. Nie dotyczą tylko słownictwa, ale także szeroko pojętej gramatyki i poprawności językowej. Zdecydowałam zacząć naukę od textbook, gdzie znalazłam słownik, przybliżenie angielskiego systemu prawnego i parę "czytanek".

Szybko okazało się, że wcale nie jest to takie proste jak planowałam;) Słownictwo specjalistyczne rządzi się swoimi prawami, często nie potrafiłam tego nijak połączyć ze znajomymi elementami języka itd. No, ale nadszedł dzień, kiedy odkryłam, że przerobiłam całą pierwszą część:) Oczywiście wcale nie czuję się specjalistką, słówka wciąż powtarzam, żeby się utrwaliły, ale już dziś zacznę to, co lubię najbardziej - czyli ćwiczenia:)

Jasne, że teraz najlepszym posunięciem byłoby zdanie egzaminu potwierdzającego znajomość tego działu, no ale... $$$$. Jak wspomniałam kursy są drogie, a sam egzamin to koszt rzędu ok. 600 zł. Muszę (szybko) zdecydować czy lepiej te pieniądze zainwestować w CAE i popracować nad generalną znajomością języka, czy może iść dalej w kierunku Legal English....

Tymczasem żegnam przed jutrzejszą zabawą sylwestrową, a w myślach już szykuję postanowienia na nowy rok;)

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołe święta? Czyli jakie?

„W najlepszych przypadkach to co najmniej tydzień nerwowej krzątaniny tylko po to, by zjeść razem kolację” – mniej więcej w ten sposób mój kolega spuentował swój stosunek do wigilijnego wieczoru. Jest w tym coś cynicznego i nieczułego, ale ja znajduję też ziarnko prawdy.

Nie od dziś święta mnie irytują. To jest coś takiego jak Sylwester . W Sylwestra MUSISZ się dobrze bawić, bo jak nie to znaczy, że jesteś wyrzutkiem społecznym, nie masz fajnych znajomych i nie masz żadnego życia towarzyskiego. W święta MUSISZ radować się tą magiczną atmosferą, cieszyć się rodzinnym towarzystwem, bo jak nie to pewnie żyjesz w jakiejś dysfunkcyjnej familii.

W tym roku odkryłam, że świat kręci się chyba bez mojego udziału. Podczas dzielenia się opłatkiem od Babci usłyszałam „żeby cię tylko chłopak nie rzucił…”, od drugiej babci „żebym chociaż jednego prawnuka zobaczyła…” (dla ścisłości - jej prawnuk to będzie moje dziecko - ja Babci oczywiście wiele zdrowia życzę, ale to chyba życzenia na wiele lat wprzód!), a od cioci (i to nie cioci rodzaju cioci – kloci, tylko całkiem fajnej babki!) „.. no i żebyś założyła rodzinę”… Mój sąsiad jeszcze rok temu życzył mi przygód, podróży, chłopaków, a w tym już zalegalizowania związku! Hola, hola! Czy to ja się tak zestarzałam, czy to jakiś zmasowany żart? W najlepszym wypadku chyba ani to, ani to.

Przeraziło mnie to. Zwłaszcza, że im jestem starsza, tym mniej naiwna, a za to bardziej rzeczowa i obiektywna. I tchórzliwa. I, niestety, nie wierzę, że z życia urządzę sobie bajkę. Jedzenie nigdy nie zrobi się samo, zawsze znajdzie się jakiś głupawy pijany wujek, zawsze znajdzie się czas na sprzeczkę…

Niech ktoś zatrzyma wreszcie czas, ja wysiadam! Mam ochotę przespać najbliższych parę dni!

środa, 22 grudnia 2010

Nadrabianie zaległości

W tym roku zupełnie nie czuję nadzących świąt... No, niby byłam na Starym Mieście oglądać choinkę i dekoracje świąteczne, niby w radiu często słychać optymistyczne zimowo - świąteczne piosenki, ale mimo wszystko jakoś to do mnie nie przemawia. Może datego, że właściwie cały grudzień walczyłam z zaliczeniami i nie miałam czasu na upajanie się "atmosferą", a może po prostu dlatego, że święta wcale nie są jakimś wyjątkowym i magicznym czasem dla mnie. W tym roku nie będzie dodatkowo wigilii w takiej formule, w jakiej zawsze ją spędzałam, więc tym bardziej jest mi dziwnie. No ale cóż, właściwie bardzo potrzeba mi odpoczynku, muszę się porządnie wyspać i naładować akumulatory na styczeń i sesję, więc mam nadzieję, że chociaż to uda mi się zrealizować. Przerwa w pisaniu na blogu też mnie demotywowała, bo czułam, że wszystko w moim życiu stoi w miejscu, że nic się nie dzieje i że będzie tak aż do lutego;)
W każdym razie to, co sobie zaplanowałam - zrealizowałam. Póki co nadrobiłam wszystkie zaległości na uczelni, pozaliczałam koła, więc mogę się powoli szykować do.. kampanii styczniowej;) Troszkę zaniedbałam angielski, ale wszystko nadrobię przez najbliższe dni.

Tak jak wspominałam w poprzednim poście, postanowiłam zgłębić tajemnicę Sekretu;) Sekretu nie poznałam, ale przypomniałam sobie, że mamy w naszym studenckim mieszkaniu "Potęgę podświadomości". Na razie przeczytałam dopiero parę pierwszych rozdziałów, więc powstrzymam się od wydawania osądów... ale.... ;) We wtorek czekało mnie ciężkie kolokwium. To było już moje drugie podejście, prowadząca słynie ze złośliwości, więc z braku laku, zgodnie z zaleceniami książki, zaczęłam sobie wizualizować sukces. Wiecie, wyobrażałam sobie zwycięską muzykę w tle, konfettii spadające na mnie z sufitu - no - jak sukces to w pełnej krasie, prawda? Konfetti nie było, ale muzyka owszem - z telefonu;) Potęga podświadomości, czar mojej wiedzy, czy świąteczna dobrotliwość prowadzącej? Nie wiem;)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Zabić pecha!

Niestety, jak na razie moja kiepska passa wciąż trwa - do tego stopnia, że zaczynam się już przyzwyczajać i właściwie nie jestem zdziwiona moimi kolejnymi potknięciami. W zeszłym tygodniu zaliczyłam jeszcze niespodziewany pogrzeb (no, tak jakby pogrzeb mógł być w ogóle jakkolwiek spodziewany...) w moim rodzinnym mieście i utratę wszystkich notatek, jakie wyniosłam z 4 - godzinnej wizyty w bibliotece...

Zmieniłam jednak troszkę sposób myślenia i staram się nie koncentrować na tym "pechu", tylko traktować to jako kiepskie zbiegi okoliczności albo coś, co i tak obróci się na moją korzyść. Codziennie rano staram się wymyślać różne miłe punkty dnia, robić sobie małe przyjemności (bo tylko na takie jestem w stanie sobie pozwolić przy moim teraźniejszym grafiku), no i wieczorem zawsze przeznaczam przynajmniej kwadrans na moje nowe hobby - ale o tym kiedy indziej;) Na razie idzie mi całkiem nieźle i nawet jeśli trafiają mi się kolejne niekoniecznie miłe niespodzianki, nie tracę optymizmu - a to przecież ważne.

Przy okazji zainteresowałam się popularną książką "Sekret". Niektórzy twierdzą, że ta czyni ona prawdziwe cuda, jednak zawsze traktowałam to pobłażliwie, wychodząc z założenia, że wszystko opiera się na prawie przyciągania i pozytywnym myśleniu. Wczoraj stwierdziłam, że może nie warto tak generalizować i warto się wgłębić w temat. Taka lektura przy okazji nadchodzącej sesji i posesyjnego szukania pracy może tylko wzbogacić;)

wtorek, 7 grudnia 2010

Pechowa dziewczyna!

Od pewnego czasu prześladuje mnie pech. I jest to prześladowanie na zaawansowanym poziomie - dotyczy niemal wszystkich dziedzin życia i jest "ze mną" codziennie... Właściwie nie mogę tego zrozumieć - bo ani nie stłukłam żadnego lusterka, ani nie wstaję ciągle lewą nogą. A jednak - jak już przyszedł, nie chce się odczepić.

Kolokwia niezaliczane ze względu na to, że zabrakło mi jednego (!) punktu, rozlany sok przecierowy w torebce, w konsekwencji upaćkana przecierową mazią książka i notatki, problemy ze źle zrośniętą ręką po moim weselnym wypadku i caaały szereg innych mniejszych lub większych potknięć. Najgorszy z tego wszystkiego jest brak czasu - maksimum wysiłku wkładam w studia, a jak widać i tak nie przynosi to oczekiwanych rezultatów. Uczę się uczciwie, dużo, przez to nie mam czasu na inne działalności. W tej chwili nie pracuję na poważnie, więc myślałam, że będę mogła sobie pozwolić na przeczytanie gazety, na większą ilość angielskiego itd. Nic z tych rzeczy. Jest to niesamowicie demotywujące i dołujące. Oczywiście po kolejnych porażkach przychodzi porównywanie się z innymi - że ktoś inny miał mniej czasu, a jednak zdołał się porządnie nauczyć, że ktoś miał więcej szczęścia w losowaniu pytań itd... Efekt jest taki, że czuję się jak kompletny głupek.

Nawet ostatnio pomyślałam sobie, że to życie jest takie niepewne, że takie ulotne, więc naprawdę fajnie by się było zacząć nim cieszyć, doceniać to wszystko co się ma - póki jestem młoda i energiczna. Ale w takich warunkach, gdzie terminy gonią, a ja żyję na energetykach, jedyną formą miłych drobiazgów jest czekolada, która leży obok mnie...

I tak, wiem, że nie można się do nikogo porównywać, wiem też, że prawo przyciągania działa i powinnam zacząć myśleć pozytywnie. Ale... jest to trudniejsze niż myślałam. Jak wypędzić pecha? Wciąż się staram...

poniedziałek, 29 listopada 2010

Snow is snowing...

Zima, jak zwykle, zaskoczyła wszystkich;) I nawet ja, mimo regularnego emocjonowania się prognozami pogody, poczułam bolesny zawód, kiedy moją twarz uderzył mocny, mroźny powiew wiatru i spadającego śniegu. Oczywiście po raz kolejny wykazałam się pomysłowością, bo nie zorientowałam się, że skoro sypie śnieg i skoro nawet z mojej domowej łazienki słyszę odgłosy wiatru to może założenie kozaczków na obcasie, sięgających ledwo za kostkę jest raczej kiepskim pomysłem. Wpadło mi to do głowy dopiero jak zorientowałam się, że chodzę jak ledwo jarzący pijaczyna i jak było już zdecydowanie za późno, by wracać do domu i się przebrać. No ale nic, oczywiście, mamo, że wyciągnę wnioski na przyszłość (a oprócz tych wniosków wyciągnę prawdziwie zimowe obuwie na prawdziwie zimową zimę;)

Właściwie wolę zimę ze śniegiem niż jesień z deszczem. Zimie można dorobić ideologię - że na przykład sanki (dla tych młodszych), łyżwy (dla tych starszych) albo chociaż ciepłą herbatę lub grzaniec i koc (to dla mnie;), a jesień z deszczem to taka szarobura brzydka bryła. No, oczywiście wszystko to pod warunkiem, że się ten grzaniec i tą herbatę ma w zasięgu ręki i że w takie dni jak dziś (czyt. szalejący śnieg) można zostać w domu i oddać się podziwianiu zimy ze strony grzejnika;) Ale oczywiście takie rzeczy to tylko w marzeniach...

... dlatego właśnie ostatnio najchętniej spędzałabym czas tylko w łóżku. Budzenie się sprawia mi wiele trudności - do tego stopnia, że w ostatnim tygodniu zaspałam aż 2 razy pod rząd! Nie jestem niewyspana, ale mam w sobie taką wewnętrzną niechęć - do chodzenia na zajęcia, do chodzenia po zakupy i w ogóle do chodzenia gdziekolwiek. W tym wszystkim nadal przeważa wewnętrzny wkurw, a nie jesienna niemoc, więc nadal uważam, że jest całkiem nieźle;)

środa, 24 listopada 2010

Jak napisać Dzieło?:)

No i nadszedł czas wybierania tematu pracy mgr. Miałam sporo szczęścia przy zapisywaniu się na seminarium, bo udało mi się zapisać dokładnie tam, gdzie chciałam (ach, ten usos...). Właściwie przez całe wakacje miałam inny plan, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się go zmienić. Czy słusznie? Się okaże...

W każdym razie - seminarium jest, promotor jest, tylko tematu wciąż brakuje. Niby wiem, z czego mniej więcej chcę pisać, ale pora już zamienić "mniej więcej" na jakieś konkrety. Wymyśliłam nawet dwa idealne tematy, ale za każdym razem coś stawało skutecznie na drodze - a tym czymś był oczywiście brak literatury;) Tym sposobem wciąż nie znalazłam nic dla siebie, moje poszukiwania stoją tak jakby w miejscu, a ja czuję zaciskającą się na mojej szyi pętlę czasu... Bo tak - Dzieło oczywiście chciałoby się napisać, ale między Dziełem, a teraźniejszością jest jeszcze sporo pracy - a tego już chce mi się znacznie mniej;)

A poza tym - idzie zima, od dwóch dni męczy mnie czkawka (?) i dziś walczę z wyrzutami sumienia, że nie poszłam na zajęcia, bo wolałam się wyspać....

poniedziałek, 15 listopada 2010

Antyspołeczna ja

Słyszałam bardzo wiele opinii, że ludzie w trakcie studiów otwierają się na innych, stają się duchami towarzystwa i zdobywają znajomych / przyjaciół na całe życie. Ja zauważyłam coś przeciwnego - od jakiegoś czasu jestem coraz bardziej zamknięta w sobie, nie mam ochoty na towarzyskie udzielanie się i coraz gorzej mi z tym idzie. Być może spory wpływ na to ma to, że przez długi czas pracowałam w "obsłudze klienta" i wciąż pamiętam, jak miałam tego dość. Przyrzekłam sobie, że jak już będę szukała poważnej pracy to na pewno musi to być praca samodzielna, z niewielkim kontaktem z ludźmi. Może to troszkę przykre, ale faktycznie nasłuchałam się i napatrzyłam na głupotę / chamstwo / obrzydliwe obrzydlistwo w najróżniejszych formach.

Kiedyś, fakt, że miałam wtedy ledwo naście lat, miałam w sobie spore zapędy społecznikowskie i z rumieńcami na twarzy planowałam jak będę pomagać innym, słabszym. Miałam być przedszkolanką, dziennikarką, zajmującą się problemami społecznymi, socjologiem (oczywiście wybitnym socjologiem, a nie absolwentką socjologii;), a nawet pielęgniarką (a to jeszcze w ogólniaku;)) Dziś dobrze wiem, że nie spełniłabym się w co najmniej połowie tych zawodów, bo...

... bo pomyślałam niedawno ze smutkiem, że ja chyba nie lubię ludzi. Brzmi niedobrze i tak właśnie się z tym czuję. W każdym razie czuję jakieś takie zniechęcenie. Na uczelni nawet nie za bardzo chce mi się uczestniczyć w rozmowach towarzyskich. Te same twarze od 4 lat, a z niektórymi jeszcze nie rozmawiałam, wszyscy pogrupowani. Rozmowy oczywiście o pierdołach, no bo o czym rozmawiać z kimś kogo widuje co tydzień tylko w atmosferze zajęć? Męczy mnie to. Niby i ja mam swoją "grupkę", ale ostatnio też nie czuję bluesa. Nie mam ochoty chodzić na imprezy, nie mam ochoty "bywać", nie mam ochoty się integrować.

Skoro mi z tym dobrze, to czym się martwić... Tym, że jednak czasami myślę, że to ze mną jest coś nie tak. Boję się, że zostanę sama, że jednak zabraknie mi tych rozmów o duperelach, no ale wtedy może będzie za późno...

sobota, 13 listopada 2010

Bez pracy nie ma....?

I przyszedł smutny czas, kiedy jestem bezrobotna. Jestem troszkę rozczarowana, bo w redakcji po prostu zaprzestano odpowiadać mi na moje maile... No, ale czego można było się spodziewać po umowie podpisywanej z miesiąca na miesiącach? Teoretycznie moje działania na teraz są do przewidzenia - po raz kolejny przeglądanie portali internetowych w poszukiwaniu nowego zajęcia...

Z tym, że schody zaczynają się, gdy okazuje się, że ja po prostu nie mam czasu. "Od biedy" mogę sobie pozwolić na wolny jeden dzień w tygodniu - każdy kto szukał kiedyś pracy dorywczej wie, że taką dyspozycyjność to sobie można wsadzić... Popołudnia odpadają - najwcześniej kończę o 15, a zazwyczaj druga zmiana zaczyna się właśnie o tej porze;/ Wiem, że jest praca na recepcji w jednej z dyskotek - w weekendy - z tym, że to są naprawdę całe weekendy, po ponad 20 godzin w pracy... Nie odpowiada mi taki układ, bo po pierwsze, te weekendy to czas, który zazwyczaj mogę spędzić z Lubym, zregenerować troszkę siły, a poza tym - kiedyś się przecież muszę uczyć!;(

Teoretycznie przewidywałam, że może tak się stać - dlatego celowo odkładałam pieniądze, licząc się z tym, że ten rok może nie być rokiem wielkich przychodów. Ale jak już się przyzwyczaiłam do wypłaty, t0 trudno z tego zrezygnować - zwłaszcza, że przypominam sobie, że niedługo trzeba kupić prezenty świąteczne, a od nowego semestru chciałam się przecież zapisać na angielski. Nie wspominając o tym, że już myślę o wakacjach i naszych "zagranicznych" planach...

Doceniając "elastyczność" poprzedniej pracy i to, że nieźle się w tym odnajdywałam, postanowiłam przede wszystkim poszukać podobnego zajęcia. Znalazłam parę podobnych portali i wysłałam swoje zgłoszenie... Niestety na razie bez echa...

Dostałam za to propozycję pisania tzw. precli, czyli niedługich artykułów, potrzebnych do pozycjonowania stron. Wszystko byłoby ok, bo tematy nie są trudne, wymagania też nie - trzeba po prostu usiąść i napisać "z głowy". Tyle, że na jeden temat trzeba napisać ok. 10 artykułów (i po trzecim pojawia się pytanie "o czym mam jeszcze pisać!?"), no i stawki... super niskie....

W każdym razie - na razie wchodzę w te precle - może się rozkręcę, tak, że będzie mi to szło szybko, a może uda się w międzyczasie zahaczyć w jakimś portalu o poważniejszej tematyce i poważniejszych zarobkach?

Zobaczymy...

środa, 10 listopada 2010

Wewnętrzny wkurw

W tym roku jakoś nietypowo przechodzę jesienne przesilenie. Nie mam doła, chandry, ani nawet lenistwa na poziomie wyższym niż zwykle. Mam za to "wewnętrznego wkurwa", czyli w zasadzie permanentny zespół stanu przedmiesiączkowego.

Wkurza mnie niemal wszystko, na czele z zapchanymi autobusami i dzwoniącym rano budzikiem. Tłok, automat do kawy nieprzyjmujący moich pieniędzy, korki, długie zajęcia bez przerwy - wszystko to nie dołuje, tylko irytuje, denerwuje i wzbudza niesmak. Przekleństwa dają mi chwilową ulgę, no ale miewam takie dni, kiedy najchętniej przeklinałabym non - stop...

Miejmy nadzieję, że przejdzie samo;) Ale, żeby nie było tak mało optymistycznie - staram się nie wyżywać na innych, a poza tym to i tak lepsze to, niż stan totalnego wyprania, tak typowy dla jesiennych miesięcy...

poniedziałek, 8 listopada 2010

Co za zorganiozowanie! Plus rada dla bałaganiarzy;)

I znów przekonuję się, że im więcej mam na głowie, tym lepiej daję sobie z tym radę. W zasadzie jest to motywujące i poprawiające humor;)

Daję radę na uczelni, daję radę utrzymywać porządek w pokoju (ale o tym za chwilę) i nawet znajduję czas na robienie rzeczy dodatkowych, takich jak na przykład lektura specjalistycznych artykułów:) Liczba robienia "głupot" na necie spadła do minimum, telewizorem nie dysponuję od dawna, więc i to nie zabiera mi czasu. Mój Luby, a właściwie jego "grafik" też motywuje - bo przecież nie będę się leniła, kiedy on pracuje albo się uczy. Samotne okienka na uczelni nie kuszą pogaduchami przy kawce - spędzam je w bibliotece. Angielskiego nie zaniedbuję. Nie ukrywam - wszystko to pieczętuje dumą. Nie ma w tym nadmiernego spinania się, ale jest za to dobra organizacja czasu i nie marnowanie czasu. Muszę jeszcze zmobilizować się do częstszych spacerów i ogólnie jakiegoś ruchu, by moje pośladki nie zbliżały się nadmiernie do podłoża;)

A teraz rada dla wiecznych bałaganiarzy;) Jak utrzymać porządek w pokoju? Znalazłam na to złoty środek - wywalić wszystko, co zbiera "bałagan";)
Miniony łikend był bardzo aktywny - przede wszystkim pierwszy raz od długiego czasu spędziłam go w całości z Lubym. Chcąc wykorzystać sytuację wybraliśmy się na wieeeeelkie zakupy - kupiliśmy łóżko i parę dodatkowych sprzętów. Jako, że mieszkamy w wynajmowanym pokoju, którego gabaryty przypominają pudełko po zapałkach, kiedy wstawiliśmy tam trochę większe łóżko (dotychczas spaliśmy na 1 - osobowym!), zrobiło się niebezpiecznie ciasno. Wobec tego wywaliliśmy wielkie biurko (którego używaliśmy raz na dwa tygodnie...), stary fotel, którego funkcja polegała głównie na zbieraniu kupy ciuchów i w zamian wstawiliśmy niewielki ikeo-wski stolik. Zmiana bardzo mi się podoba. Oprócz tego, że uwielbiam zmiany w dekoracji, jest ciągle czysto, bo... bo po prostu nie ma się gdzie tworzyć bałagan - w tej chwili jedyne miejsce, gdzie mogłabym zostawiać szpargały i ciuchy to podłoga;)

A na jeszcze lepsze samopoczucie kupiłam sobie kadzidełko o zapachu czekolady!:)

środa, 3 listopada 2010

English in use;)

Wiele razy pisałam tu, że chcę "dokończyć" moją naukę angielskiego. Planowałam, że będę kontynuowała kurs, który zaczęłam w zeszłym semestrze i że w czerwcu będę przystępowała do Advanc'a. Winna jestem więc sprostowanie...

Na angielski się w końcu nie zapisałam. Wbrew pozorom nie jest to lenistwo w czystej postaci, a przemyślana decyzja;) Zrezygnowałam z tego kursu z kilku powodów - po pierwsze nie chciałam się "zobowiązywać" na cały rok - i nie chodzi tu tylko o zobowiązania finansowe, ale przede wszystkim godzinowe. Nie wiem jak będzie wyglądał mój plan w przyszłym semestrze, a jeśli chciałabym zrezygnować z kursu po pierwszym semestrze, musiałabym złożyć "wypowiedzenie" do 30 grudnia tego roku. Znając moją uczelnię, nie ma szans, żebym do tego momentu znała plan na wiosnę. To raz. Dwa, że w tym roku, jak już wiele razy pisałam, czekają mnie dwie bardzo ciężkie sesje, w lato dwa egzaminy z przedmiotów rocznych... szczerze mówiąc, zupełnie nie widziałam w tym miejsca dla intensywnej nauki przed CAE i do tego sobotnich egzaminów - właśnie w sesji...

Dlatego lekko zmodyfikowałam swój "językowy plan" i zdecydowałam, że zapiszę się na kurs od stycznia. Przygotowanie do egzaminu zajmie mi rok, więc przystąpię do niego w zimę 2011 roku:) Takie rozwiązanie wydaje mi się idealne - nie zbiegnie się to z ciężkim czasem na studiach, do obrony pracy będę miała jeszcze pół roku... Jasne, że wszystkiego nie mogę przewidzieć, ale na chwilę obecną jest to chyba najrozsądniejsze wyjście.

Ale... oczywiście wiem, że nie mogę zupełnie olać tego angielskiego przez najbliższe miesiące. Dlatego staram uczyć się słówek (a właściwie idiomów i "frazali";P). To nie wszystko. Dwa tygodnie temu kupiłam po bardzo promocyjnej cenie zestaw do nauki angielskiego prawniczego. Przyznaje, że nie spodziewałam się, że będzie to takie trudne, ale cieszę się, że wreszcie się zmobilizowałam. Kursy specjalistyczne są niestety super - drogie, dlatego zdecydowałam, że spróbuję sama to ogarnąć. Na początek ogarniam część dotyczącą słownictwa, potem przyjdzie czas na ćwiczenia i czytanie specjalistycznych aktów...

A na końcu przyjdzie czas wpisywania tego wszystkiego do CV;)

czwartek, 28 października 2010

Wracam!

No i powróciłam! Z blizną, z jeszcze nie do końca sprawną dłonią, ale jestem!;)

Faktycznie oczywiście nie wróciłam z żadnej wojny, a generalnie miniony tydzień nie był taki okropny. Niekomfortowy - tak, ale na pewno nie był to żaden dramat. Mam nadzieję, że teraz wszystko mi się szybko zagoi i wszystko wróci do normy (przede wszystkim - że będę mogła sobie wreszcie sama umyć włosy!).

Stwierdziłam, że może jednak czasami takie obowiązkowe "zatrzymanie się" nie jest takie złe... Jasne, że generuje sporo problemów logistycznych, ale bez tego trudno, naprawdę trudno, docenić to, co się ma. Bo na co może narzekać pracująca studentka, posiadająca chłopaka (który beż żadnego szemrania robił za nią pranie, prasowanie, sprzątanie i masę innych rzeczy i udogodnień), nie posiadająca za to żadnych większych zobowiązań? Pracująca na swój sukces, wierząca we własną siłę i zdolności?

Doceniajmy wszystkie małe szczęścia, które nas spotykają. To niesamowite, jak szybko to życie, z którego nie zawsze jesteśmy zadowoleni, w którym zawsze coś chcemy poprawiać, może się zmienić. I to niekoniecznie na korzyść. Nie jesteśmy kowalami własnego losu – o tym, jak będziemy żyli decyduje coś innego – nie wiem czy Los, czy Fortuna, czy Bóg, czy przypadek. W każdym razie nie wszystko zależy od nas. Szkoda, ale warto o tym pamiętać.

:)

wtorek, 19 października 2010

Doceń kciuka swego!

Sobotnie wesele, co do którego byłam uprzedzona od samego początku (przyznaję!), zakończyło się wizytą na pogotowiu i szyciem "rany ciętej dłoni lewej". No cóż, trochę nieuwagi i pecha i tak właśnie skończyłam. Po wielkim szoku, jakoś się z tym wszystkim pogodziłam i względnie daję sobie radę. Problem w tym, że dla mnie lewa ręka jest tym, czym dla większości prawa. Lewą ręką piszę, jem i wykonuje szereg innych codziennych czynności. Do tego wszystkiego dochodzi problem kiepsko działającego kciuka...

Doceń kciuka swego - bo bez kciuka ciężko rozpakować batona, umalować rzęsy, zapiąć spodnie, pisać na kompie... Bez kciuka nie da się samodzielnie umyć włosów, zapiąć stanika, czy przekroić bułki...

W związku z tym najbliższa nieobecność na blogu niech będzie uprawiedliwiona. Mam nadzieję, że nie potrwa ona długo i już wkrótce wrócę ze sprawnymi palcami i kolejnymi pomysłami:)

piątek, 15 października 2010

Krewni i znajomi królika....

Proces zaliczania praktyk na mojej uczelni w żadnym wypadku nie kończy się na "wyrobieniu" odpowiedniej liczby godzin. Oprócz tego, trzeba wykonać szereg czynności przed (m. in. otrzymanie zgody, jakaś dziwna rozmowa, uzupełnianie i odbieranie dokumentów) i szereg czynności po (uzyskanie opinii, dwóch podpisów, wpisu do indeksu i złożenie wszystkich kopii do dziekanatu, biura karier i pełnomocnika do spraw praktyk)... Wszystko oczywiście "okraszone" większą lub mniejszą kolejką... A w kolejce, tak jak u lekarza - zaczynają się rozmowy, wymienianie doświadczeń i opinii. I okazuje się, że nikt nie jest zadowolony z praktyk. Ci, którzy byli w większych kancelariach narzekają na brak zajęć i kompletną anonimowość, zaś Ci którzy praktykowali w małych miejscach (np. ja) skarżą się na to, że pracownicy też nie zwracają na nich uwagi. Wyszło, że wszyscy "odbębniliśmy" swój czas tam i że nic się nie nauczyliśmy. A przecież są osoby, choćby z mojego roku, które jednak pracują w kancelariach różnej maści, czasami nawet już po kilka lat! No ale właśnie - klucz polega na tym, że każda z tych osób jest "krewnym lub znajomym królika" i mogła liczyć na solidne przeszkolenie, a potem na pracę...

Niby to nie dziwi, prawda? Wiadomo - znajomości, tzw. "plecy" są, były i będą. Nie da się tego całkowicie wyeliminować, no i właściwie nie ma co się obrażać, bo gdybym i ja miała taką możliwość pewnie też bym z niej skorzystała... Bo czemu nie? W imię sprawiedliwości społecznej? W imię zasady, że sama zapracuję na swój sukces? Pewnie zapracuję.

Tyle, że takie sytuacje; nawet to, że na obowiązkowych praktykach każdy mnie odwodził od pomysłu związania się z zawodami typowo prawniczymi, że zewsząd słyszę, że teraz już wyeliminowano nepotyzm, ale jednak "Kazia i Basia" pracują u znajomych swoich ojców, trochę mnie zniechęca. Zniechęca do 8 lat ciężkiej nauki, po której tak naprawdę nie mam gwarancji dobrej i satysfakcjonującej pracy. Przede mną zawsze będą Kazie i Basie, które będą przodowały pod względem doświadczenia zawodowego, no i znajomości... Poza tym, jestem osobą ceniącą sobie spokój, rodzinę i odpoczynek, a przy niektórych zawodach ciężko jest oddzielić życie prywatne od pracy. Adwokat nie ma 8 godzin pracy, nie przysługuje mu pełnowymiarowy urlop, macierzyński, nie ma umowy o pracę, nie może wziąć płatnego zwolnienia chorobowego... Czy naprawdę warto walczyć o ten tytuł? Myślę, że nie. Oczywiście, jest parę innych aplikacji i jest parę innych dróg. Ja w tym momencie raczej skłaniam się do szukania tych innych dróg...

środa, 13 października 2010

Dni złych wiadomości

Tak jak w tytule - ostatnie dni były jakieś takie pełne kiepskich wiadomości...

Najpierw dowiedziałam się, że po raz pierwszy będę spędzała w bardzo małym gronie - tylko ja, mama, no i jej nowy mąż. Dotąd wigilia była najważniejszym dniem świąt, spotykaliśmy się w ok. 20 osób i choć krótko, było całkiem miło - z niektórymi członkami rodziny (także z moim kuzynostwem) widywałam się raz na rok, także teraz podejrzewam, że w ogóle urwie nam się kontakt. Rodzinka stwierdziła, że teraz jest nas za dużo, że się nie mieścimy, a tak w ogóle to i tak było męczące wszystko. No ok. Dla mnie jednak trochę szkoda.

Potem okazało się, że aż 4 moich znajomych zostało skreślonych z listy studentów albo muszą powtarzać rok. Może nie byli to moi bliscy znajomi, ale jednak przykro, zwłaszcza, że jeden z nich całą sytuację "zawdzięcza" swoim problemom zdrowotnym i tym, że w zeszłym roku większość czasu musiał spędzić w szpitalu;/

I na koniec kolega stracił mamę... Historia jest o tyle gorsza, że był jedynakiem, mama go wychowywała samotnie i naprawdę zupełnie nie potrafię się teraz postawić w jego sytuacji i ta wiadomość bardzo mnie zdołowała.

W takich sytuacjach doceniam jak wiele mam i że jednak towarzyszy mi tzw. szczęście. Ale poza tym, przypominam sobie, że w życiu tak naprawdę mało rzeczy zależy od nas i wydaje mi się, że moje przemyślenia, pragnienia są takie... płytkie i nijakie...

niedziela, 10 października 2010

Zaległości są zawsze, czyli o spędzaniu weekendów

Doszły mnie słuchy, że mamy ostatni ciepły weekend w sezonie. Nie do końca wiem o jakim sezonie mowa, a poza tym też nie wiem co kto rozumie przez słowo ciepły. No w każdym razie, jako osoba lubująca się w wyższych temperaturach czuję, że powinnam jakoś czerpać z tego weekendu, radować się tą słoneczną pogodą, a pod koniec weekendu pomachać jej białą chusteczką na pożegnanie. Nic z tego. Korzystając z czasu piszę do redakcji, porządkuję, piorę, gotuję (tu taki egzotyczny element - sałatka z ananasem) i nawet mam w planach zacząć odrabiać moją "pracę domową". Coż, nic ciekawego.

A żałuję. Troszkę zazdroszczę osobom, które potrafią tak fajnie i aktywnie spędzać weekendy. No bo oczywiście niby można - zwłaszcza mieszkając w Stolicy. A ja, jak już mam wolny czas, postanawiam że nadrobię szereg zaległości, które wygenerowałam przez ostatni tydzień/ miesiąc/ lub jakikolwiek inny okres czasu. Zaległości zawsze są - wiadomo. A nawet jeśli się nie rzucają w oczy, wystarczy chwilę podumać i się znajdują;)

Postanowiłam nieco aktywniej spędzać czas. Może to kiepskie postanowienie, biorąc pod uwagę nadchodzącą wielkimi krokami zimę, ale nawet w zimę warto się dotleniać. Jestem zniechęcona życiem "na szybko", no i nie od dziś wiadomo, że dotlenienie wpływa dobrze na cały organizm. W jaki sposób mam zamiar się dotleniać? Nie wiem;) Jeszcze. Na pewno utrudnieniem jest mój "jak- zwykle - zapchany - grafik" i to, że mój Luby pracuje prawie codziennie od świtu do nocy... Ale i tak mam nadzieję, że się uda!

środa, 6 października 2010

... z linii frontu walki z wirusem!

Się narobiło! Oficjalnie drugi dzień nauki spędzam w łóżku... Pochorowałam się trochę i od wczorajszego wieczora intensywnie się leczę. A że doświadczenia w byciu swoim własnym prywatnym lekarzem mi brak, przyjęłam metodę "na czuja" i "na to co mam w domu" (bo przecież mam wiele - febrisan, rutinoskorbin i herbatę). No i "na łóżko", oczywiście. Mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie, bo wczoraj doszłam do odkrywczego wniosku, że nie ma nic gorszego niż siedzenie na zajęciach z gorączką, bólem uszu i istnienia;)

Wczoraj też, między smarkiem, a smarkiem i kawą, a kawą, pojawiło się we mnie kolejne wielkie spostrzeżenie - że tożto już jestem na czwartym roku. Jak przypominam sobie moje myśli z pierwszego, to robi mi się weselej. Jednak to fakt, że w wieku studenckim i licealnym zachodzą w człowieku największe zmiany. W każdym razie wyobrażałam sobie, że na czwartym roku będę pełną powagi, już Prawie Panią Prawniczką, przesiąkniętą dorosłością (taką przez duże D) i jakimś takim majestatem. Nikim takim nie jestem jak do tej pory, co więcej, wydaje mi się, że jeszcze długo nie będę. Zatem albo zatrzymałam się w rozwoju, albo w życiu (i studiach!) nie chodzi jednak o to, by być kimś z majestatem;) Tak, skłaniam się raczej do tej drugiej wersji, chociaż nie zmienia to faktu, że nadal nie wymyśliłam o co w takim razie w życiu chodzi. W obecnej fazie myślę, że może o uśmiech? Ale to takie płytkie się wydaje, nieprzemyślane, i przecież wiem, że to raczej nie uśmiech jest lekiem na całe zło, i że uśmiechem nie zapłacę za prąd, wodę i jedzenie;) Ale, oj tam, niech będzie.

Teraz czas na parę postanowień "noworocznych". Oczywiście, tradycyjnie, systematyczna nauka. Nie będę siebie oszukiwała, wiem, że na pewno nie będę po każdym wykładzie uzupełniała notatek i wiedzy;) Wyrosłam już z takich myśli. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by posilić się na odrobinę systematyczności. Ja naprawdę uważam, że krzta nauki przez cały semestr potrafi zaowocować w sesji, więc kwestia, żeby tą krztę z siebie wykrzesać.

Poza tym, przyszedł czas wybierania seminarium, a nawet rozmów o poważniejszych życiowo - karierowych planach. Zaczynam wręcz kipieć pomysłami i optymistycznie myśleć, że wszystko się jakoś ułoży i znajdę swoje miejsce. Przeszły mi już moje wakacyjne wątpliwości i pomysły, by zaczynać studia stomatologiczne... Ten rok ma mi upłynąć pod znakiem nauki i wybierania swojej drogi. Mam nadzieję, że praca w redakcji mi to znacznie ułatwi;)

I tyle październikowych postanowień. Postanowienie na dziś - wyrzucić ból z mojej głowy!

sobota, 2 października 2010

Wakacyjny rozrachunek

Następne lato dopiero za rok. Szkoda, bo taka pogoda nie nastraja mnie pozytywnie, zwłaszcza, że ciągle pojawia się myśl, że będzie ciemniej, zimniej i … gorzej. W takiej właśnie atmosferze wkraczam w kolejny rok nauki.

Wypadałoby zrobić jakiś rachunek sumienia. W końcu wraz z początkiem wakacji postawiłam sobie parę celów. Niestety, jak zwykle, nie wszystko szło po mojej myśli...

1) Praktyki. Bardzo chciałam mieć już zaliczone studenckie praktyki, poza tym zależało mi żeby wreszcie zobaczyć jak wygląda zawód od środka i w praktyce. Trochę się tym wszystkim rozczarowałam i pisałam o tym nie raz na blogu. Ale ogólnie zrobiłam to, co założyłam i bardzo się z tego cieszę;)
2) Praca. Na szczęście już w końcówce czerwca wyjaśniło się, że uda mi się pracować w redakcji. Nadal to robię i chociaż mam chwile zwątpienia, wiem, że nie mam prawa narzekać. Pracuję w domu, przy muzyczce, pogłębiam swoje wiadomości i myślę, że wciąż pracuję na swoje cv.
3) Temat pracy. Założyłam też, że wymyślę sobie temat pracy magisterskiej. W tym tygodniu czeka mnie pierwsze seminarium i nie chciałam iść na nie kompletnie nieprzygotowana… Moje początkowe plany uległy małej zmianie. Nie mam jeszcze dokładnego tematu, ale wiem „mniej więcej” o czym chcę pisać. Myślę, że na początek wystarczy, a promotor(ka) pomoże mi doprecyzować tą kwestię.
4) Angielski. Miałam plan, by się bardzo regularnie uczyć. Nie udało się. Winą jest przede wszystkim brak czasu, niestety troszkę jednak przeceniłam wakacje. Ale przerobiłam zeszłoroczny podręcznik, nadrobiłam trochę słownictwa i przeczytałam (prawie;P) dwie książki. Nie jest tragicznie.
5) Wakacjeeee…. W końcu jak lato, to i wakacje. A jak wakacje, to i urlop. Wyjazd w góry zaliczony, przywiozłam z niego lepszą kondycję i miłe wspomnienia;)

Właściwie udało mi się, w mniejszym lub większym stopniu zrealizować plany.
Największą porażką jest niemiecki. Chciałam przypomnieć sobie to, co umiałam jeszcze 3 lata temu i popracować, tak by znać go na poziomie „komunikatywnym”. Nie udało się, ale wcale nie z mojej winy. Letnie dni, mimo że z pozoru dłuższe, wcale nie wydłużają doby;) Liczę, że i na to przyjdzie czas.

środa, 22 września 2010

Oj tam, oj tam!

Plan na nowy semestr ułożony - walka z usosem wygrana! Przez pół wczorajszego dnia wydawałam z siebie całe potoki brzydkich słów, denerwując się, że usos nie działa, że strona znów niedostępna, że na pewno ktoś właśnie zajmuje ostatnie miejsce na "moje" seminarium, a ja ćwiczę mięśnie kciuka przez ciągle naciskanie "odśwież, odśwież".
W rezultacie okazało się, że w tym pojedynku mój kciuk całkiem nieźle się spisał i udało mi się zapisać na (niemal) wszystko tak, jak planowałam. Sukcesem jest to, że nie muszę biec do dziekanatu z podaniem o zmianę grup, a niestety wśród moich znajomych jest wiele nieszczęśników, którym zostały miejsca na najmniej obleganych przedmiotach specjalizacyjnych (np. rozpad związku sowieckiego;)) i wybitnie (nie)ciekawych seminariach magisterskich (no, kto nie chciałby pisać pracy na temat ustrojów małżeńskich w starożytnym Rzymie?):) Cóż, dziekanat czeka oblężenie;)

Ja w ramach przedmiotów specjalizacyjnych będę chodziła na negocjacje i ustroje konstytucyjne współczesnych państw. Chociaż nie do końca to planowałam, jestem dość pozytywnie nastawiona i jestem ciekawa czego się dowiem na tych zajęciach.

Aleeee... żeby nie było zbyt optymistycznie - mój plan życia na najbliższe pół roku nie zapowiada się najlepiej. Czuję, że będzie mało spania, a wiele narzekania. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy jest sens zapisywania się na ten angielski, skoro będę taka zajęta, ale nie dam się. Najwyżej do CAE podejdę dopiero w zimę 2011 - póki co nie będę znowu odwlekała tego wszystkiego i zapominała tego, czego nauczyłam się w zeszłym roku.

Póki co jednak cieszę się jesienią. Dość ciepłą, całkiem słoneczną. Żegnam lato, żałując, że następne dopiero za rok. Powoli robię rachunek sumienia ze swoich wakacyjnych postanowień, robię kolejne na najbliższy czas. Szkoda, że mam tak mało czasu na taką "celebracje", ale wiem - oczekuję zbyt wiele;) Ostatnio chodzi za mną powiedzenie mojej koleżanki: "oj tam, oj tam, haha". I mam nadzieję, że tak będzie przez najbliższy czas - z dystansem - oj tam, oj tam. Ha.

środa, 15 września 2010

Panna Sknera;)

Ironia - akurat w miesiącu, kiedy moje zarobki są najmniejsze, wydatki ciągle się mnożą! To irytujące, bo bywały czasy, kiedy (z radością) patrzyłam na swoje konto bankowe, które rosło w siłę;)

Z roku na rok jestem jednak coraz bardziej samodzielna i przekonuję się, że w życiu wystarczająca ilość pieniędzy nie równa się tylko wydatkom na mieszkanie i jedzenie - wstyd przyznać, ale kiedyś tak myślałam;) Oczywiście pomijając to, że wydałam trochę pieniędzy na wyprawie w góry, początek października będzie czasem, w którym moje konto będzie się z dnia na dzień uszczuplało.

Wydatek nr 1: angielski. Bardzo zależy mi na tym, żeby dokończyć naukę i zwieńczyć ją certyfikatem. Już teraz wiem, że będzie mi trudno pogodzić studia z przygotowaniami do egzaminu, ale liczę, że dam radę. Chcę też zapłacić za cały semestr z góry, co da mi 100 zł rabatu i pozwoli na spokojne oszczędzenie na kolejną płatność.

Wydatek nr 2: dentysta. Nie znam żadnej osoby, która korzysta z usług "publicznego" stomatologa i ja też do nich nie należę. A prywatne usługi to niemały (choć moim zdaniem konieczny) koszt. Mam 3 zęby do leczenia, co będzie kosztowało ok. 400 zł. Z żalem rozstaję się z tymi pieniędzmi przy każdej wizycie, ale zęby zdecydowanie stały się moim priorytetem. Przestraszyłam się, że jak nadal będę tak lekceważyła tą kwestię, w efekcie szybko będę musiała się pozbyć moich własnych zębów. To świetna motywacja, i postanowiłam większą uwagę przykładać do codziennej pielęgnacji - dziś kupiłam nić dentystyczną, a niedługo dokupię płyn do płukania. Mam nadzieję, że to je wzmocni i pomoże unikać tak dużych wydatków w przyszłości.

Wydatek nr 3: książki. Rozpoczyna się rok akademicki, moja biblioteka uczelniana jest bardzo kiepsko zapatrzona, a to, czego się uczę zmienia się bardzo szybko i często nawet książki z poprzedniego roku są bardzo nieaktualne. Oczywiście postaram się koszty zmniejszyć do minimum (ksero, ewentualnie odkupienie od starszego rocznika), ale nie mam wątpliwości, że i tak będzie to spory wydatek.

Wydatek nr 4: pantofle na jesień, a w dalszej perspektywie kozaki. Na szczęście nie mam w zwyczaju kupować drogich butów, ale pantofle i tak będą kosztowały pewnie niecałą stówę. O kozakach na razie nie myślę.

Wydatek nr 5: październikowe wesele znajomych. Szczerze powiedziawszy nawet nie mam ochoty na nie iść i najchętniej zostałabym w ten weekend w warszawie, ale pojechała do domu rodzinnego, ale to "nie wypada" nie iść... To są w zasadzie znajomi od strony mojego Lubego, ale mimo wszystko czuję się w obowiązku "dołożyć" do prezentu...

Wydatki poboczne: oczywiście wszystko to, co kupujemy i wydaje się być absolutnie niezbędne. Niektórzy twierdzą, że na tzw. życiu nie da się oszczędzać. Nie zgadzam się z tą teorią, staram się kupować tańsze zamienniki, ale wiadomo, że czasami zdarza mi się zaszaleć z jedzeniem, skusić się na bluzkę, błyszczyk i mam zwyczaj kupowania co tydzień gazety (choć nie wykluczam, że z braku czasu wkrótce to porzucę). Wszystko to jest małym wydatkiem, ale po zsumowaniu wychodzi wcale nie taka mała kwota.

Przy okazji zauważyłam u siebie dość śmieszną cechę - w gruncie rzeczy mam trochę oszczędności i bez problemu mogłabym je wypłacić i kupić to wszystko na raz. Jednak kombinuję jak mogę (m. in. wystawiając swoje nieużywane rzeczy na allegro, planując ze szczegółami i starając się dodatkowo oszczędzać), by w jak najmniejszym stopniu ruszyć swoje oszczędności. Praca w redakcji nie jest stała i nie jest pewna, wiem, że nie będę miała czasu na dodatkową pracę, więc w efekcie zaczęłam nawet rozmyślać nad funduszami na prezenty świąteczne;) Ot, nic innego tylko panna Sknera ze mnie;)

niedziela, 12 września 2010

Jesienna chandra?

Wpadłam w jakiś marazm. Dni mijają bardzo szybko, spędzam je dość aktywnie, ale przy ogólnym bilansie wszystko wygląda jednak blado. W ramach szlifowania angielskiego czytam książkę, łikend spędziłam w rodzinnym domu więc korzystałam z dobrodziejstw telewizji i TVN24, oprócz tego czytam gazety, słucham muzyki, ale robię to wszystko bez przekonania i jest jakoś jałowo.

Nagle, niemal wszystko co robię wydaje się bez sensu. I angielski, i nauka, i nawet redakcja. Mój Luby dostał nową pracę, widzę jak się tam odnajduję, widzę, że ma zapewnione niezłe warunki. I boję się, że ja nie będę mogła czerpać takiej satysfakcji z mojego życia. Że będę przemęczona, że ciągle będę musiała się dokształcać, a przy tym będę czuła wielką presję.

Do tego przygnębiają mnie te praktyki. Wiem, że jestem monotematyczna i właściwie od dwóch miesięcy narzekam na nie przy okazji każdego posta, ale wierzcie, że jeśli coś tak bardzo męczy, a przy okazji jest tak ściśle związane z niedaleką (przecież) przyszłością, można przez to stracić wiele energii. Marzę by poświęcić się czemuś innemu, by zobaczyć jak wygląda praca w sądzie albo większej firmie. Niestety, przez najbliższe kilka miesięcy jest to niemożliwe.

Szkoda, widzę, że troszkę tracę cele i motywacje. Nie mogę napisać, że już niedługo wiosna, nie mogę napisać, że niedługo wypocznę… Wobec tego muszę liczyć, że „samo przejdzie”. Mam taką nadzieję, bo jeśli tak się nie stanie, wejdę w nowy rok akademicki zła, zniechęcona i już na starcie zmęczona…

środa, 8 września 2010

I kolejne rozterki...

Ogarnia mnie złość, jak myślę, że już za 3 tygodnie muszę wrócić na zajęcia. Dni jak zwykle mijają za szybko, a ja chcę mieć czas (i pieniądze;)) na wszystko. Tak się nie daaa - wiem;)

Na stronie mojego wydziału pojawił się już plan - spodziewałam się, że będę miała dużo zajęć, ale rozkład wykładów i ćwiczeń jest i tak beznadziejny;/ Jeśli uda mi się zarejestrować do odpowiednich grup 3 dni w tyg. będę miała zajęcia cały dzień (od 8 -9 do 18.15), pozostałe dwa będą trochę "wolniejsze". Z takim planem nie mam co myśleć o październikowych praktykach - nie ma sensu chodzić do kancelarii po 2 godziny 2 razy w tygodniu...

Najbardziej zdenerwowałam się jak odkryłam, że zajęcia będą kolidowały z dodatkowym angielskim! Niestety, choćbym nie wiem jak się nagimnastykowała nie dam rady przesunąć tych zajęć, a w szkole językowej zmiana godziny też nie wchodzi w grę. Wczoraj odbyłam mały rajd po okolicznych szkołach i pozostaje mi albo dojeżdżać do centrum miasta w dni, które mi zupełnie nie odpowiadają albo płacić więcej;/ Jeśli wybiorę opcje pierwszą kurs wyniesie mnie taniej (duży plus!), zostanę w tej samej szkole (też plus), ale czas każdych zajęć rozciągnie się o niecałą godzinę (dojazdy), w dodatku nie do końca odpowiadają mi dni. Jeśli zdecyduję się na opcję drugą - będę musiała płacić o jakieś 200 zł drożej na semestr, i tak będę musiała wychodzić z zajęć (na studiach) o 15 minut wcześniej, ale za to będę miała blisko zarówno ze szkoły, jak i z powrotem do domu. Na chwilę obecną mam jeszcze trochę czasu na zastanowienie, ale w głowie okropny mętlik. Na pewno nie chciałabym rezygnować w tego angielskiego, ponieważ szkoda mi inwestycji z poprzedniego semestru, a poza tym nie sądzę bym na piątym roku dała radę pracować, uczyć się, pisać pracę mgr i w dodatku przygotowywać się do advance'a. Wydaje mi się, że teraz jest ostatni dzwonek, bym dokończyła ten mój angielski...

Jedynym plusem wśród wszystkich tych myśli i zdarzeń jest to, że w redakcji mogę liczyć na kolejne umowy. Nie wiem oczywiście jak długo wydawca będzie tak hojny;) W każdym razie mam pewność na wynagrodzenie w przyszłym miesiącu;)

poniedziałek, 6 września 2010

Powrót do codzienności...

Powrót z wakacji zazwyczaj jest dość "bolesny". Warszawa, choć dobrze mi już znana i całkiem lubiana, rozczarowuje po konfrontacji z terenami "dziewiczymi". Przyznaję, że przez te parę dni było parę kwestii, które mnie wkurzały (przede wszystkim - czynnik ludzki), ale ogólnie urlop zdecydowanie na plus.

Przede wszystkim ogromne wrażenie zrobiły na mnie góry... Co prawda jako dzieciak zwiedziłam sporą część Sudetów, ale wtedy zupełnie nie rozumiałam idei zdobywania szczytów. To była moja pierwsza "dorosła" wyprawa w góry i poraził mnie ich majestat. Świadomość, że wszystko wokół powstawało przez setki i tysiące lat, że wszystko jest jeszcze nie tknięte przez urbanizację i technologię była naprawdę motywująca. A widoczki i krajobrazy też robiły wrażenie. Oczywiście co chwila wyjmowaliśmy aparat, w efekcie przywieźliśmy ponad 300 zdjęć, ale oglądając wszystko na spokojnie, w domu, stwierdziliśmy, że jednak zdjęcia w ogóle nie oddają tego, co widzieliśmy. Świeże powietrze, zmęczenie, bagaże - wszystko to tworzy niesamowity klimat.

Te pięć dni spędziliśmy bardzo aktywnie. Zdobyliśmy najwyższe szczyty w okolicy, podziwialiśmy dwa wodospady, odwiedziliśmy kilka schronisk, widzieliśmy przepiękne masywy skalne, szliśmy wodą, piachem, błotem i skałami, weszliśmy na kilka najsłynniejszych punktów widokowych, a nawet przez jeden dzień zwiedzaliśmy czeską Pragę. I choć oczywiście chciałabym zobaczyć więcej, pooddychać jeszcze tym górskim powietrzem, moje stopy i moje zmęczenie mówią "dość". Czas odpocząć (fizycznie), szkoda tylko, że ten odpoczynek będzie trwał co najmniej rok.

W górach okazało się, że w ogóle nie ufam swojemu ciału. Nie było tajemnicą, że kondycję mam raczej kiepską, ale przed wyjazdem przed parę tygodni robiłam ćwiczenia rozciągające i wzmacniające. Na szlaku okazały się one bezużyteczne, ja często traciłam równowagę, bałam się wysokości i potrzebowałam "amortyzacji".

Oprócz tego udało mi się zdystansować, docenić uspokajającą moc spokojnego oddechu i zakochać się w bębnach afrykańskich;) Wróciłam z uśmiechem i nadzieją, że w przyszłym roku wrócę tam z lepszą kondycją i solidniejszymi butami.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Arrivederci:)

Wychodzę z założenia, że każdy zasługuje na odrobinę odpoczynku i zawsze (nawet jeśli moje fundusze leżą i kwiczą;) staram się zorganizować chociaż krótki wakacyjny wyjazd. Mam wrażenie, że choćby mała zmiana klimatu, zobaczenie nowego miejsca, czy przeżycie czegoś innego ładuje akumulatory i poprawia nastrój. Nawet jeśli cały wypoczynek jest w gruncie rzeczy męczący (co wcale nie takie rzadkie;) można powiedzieć sobie, że urlop był, więc teraz nie ma wymówek i trzeba ostro pracować:)

W tym roku będę wypoczywała w Karkonoszach. Bardzo cieszyłam się na ten wyjazd, czekałam z niecierpliwością, bo wiedziałam, że wyjadę "dopiero" we wrześniu. Wrzesień za pasem, ja już jutro będę w górach, a małe niedomówienia z towarzystwem od wyjazdu, które nastąpiły "po drodze" trochę mnie zniechęciły. Teraz, przyznaje, nie bardzo mam ochotę na te wakacje, ale cóż - zaliczka zapłacona, poza tym i tak nie wyobrażam sobie co mogłabym robić w tym czasie, więc torba już prawie spakowana. Tu niestety nie obyło się bez wpadek, bo dziś rano zorientowałam się, że mam brudne wszystkie bluzy, włączyłam więc szybkie pranie, ale z tego wszystkiego zapomniałam sprawdzić kieszeni. Po wyjęciu ciuchów z pralki wszystkie były w małe białe farfocle, bo razem z bluzami uprałam chusteczkę higieniczną;/

Mimo wszystko liczę, że wrócę wypoczęta, uśmiechnięta, ale też ... zmęczona. Potrzebuję takiego "zmęczenia fizycznego", bo w zasadzie moje życie polega na siedzeniu na dupsku i nic nie wskazuje, żeby taki stan rzeczy uległ zmianie;)

czwartek, 26 sierpnia 2010

Kolejna inwestycja.

Miałam cichą nadzieję, że uda mi się zdobyć wcześniejszy wpis na praktykach i zakończyć je z końcem sierpnia. Nie udało się, czyli czeka mnie jeszcze niecały miesiąc chodzenia do tej kancelarii.

Mimo tego, że ogólnie jestem z nich niezadowolona, udało mi się wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, twierdzenie, że "teoria to jedno, a praktyka to zupełnie co innego" okazało się być 100 % prawdą. Nie miałam pojęcia, że tak trudno jest przełożyć przepisy na życie i życie na przepisy. Nie miałam też pojęcia, że czynności związane z obsługą prawną są tak skomplikowane - piszę tu o wiedzy gdzie wysłać jakie pismo, jaką formę odpowiedzi przyjąć itp. Nie podejrzewam, żeby kolejny miesiąc praktyk w tej kancelarii przyniósł mi wymierne korzyści, ale trudno, niech będzie, że potraktuję to jak lekcję. W najgorszym wypadku będę się uczyła cierpliwości;)

Tymczasem opracowałam plan znalezienie własnej ścieżki;) Nie jestem pewna, czy nie odpowiadałaby mi praca w tej konkretnej kancelarii, czy może w kancelarii w ogóle, dlatego zdecydowałam, że zaraz na początku roku akademickiego postaram się znaleźć kancelarię, która ma szansę mi się spodobać. Teraz byłam trochę przyciśnięta do muru - bardzo chciałam mieć już obowiązkowe praktyki za sobą, dlatego nie byłam zbyt kapryśna.

Teraz poszukam kancelarii, która specjalizuje się w tej dziedzinie, która mnie naprawdę interesuje. Jest szansa, że jeśli nie będę miała skierowania z uczelni, nie potraktują mnie jako "zło konieczne". Jeśli to podejście również skończy się niezadowoleniem, trudno, będę szukała innej drogi. Jeśli mi się w miarę spodoba, zostanę tam na dłużej i postaram się naprawdę nauczyć najwięcej jak tylko będę mogła. Na początku przyszłego roku lub w kolejne wakacje spróbuję zahaczyć się w banku lub dziale prawnym większej firmy, żeby mieć porównanie jak się pracuje w warunkach "korporacyjnych".

Plan jest rozsądny. Nie zrażam się po pierwszej porażce, ale jednocześnie docelowo chcę mieć zróżnicowane doświadczenie i porównanie. Pytanie tylko, gdzie w tym wszystkim znajdzie się miejsce na zarabianie pieniędzy;) Teoretycznie, gdybym miała plan taki jak w poprzednim semestrze nie miałabym z tym problemu. Szkopuł w tym, że wiem, że takiego planu mieć nie będę. Co prawda nie znam jeszcze dokładnej siatki godzin, ale po samym programie studiów widzę, że będę miała prawie 2 razy więcej godzin tygodniowo! Idealnie byłoby, gdyby przedłużono mi umowę w redakcji - jednak tej pewności nie mam, wydawca każdego miesiąca ustala nowe wydatki i informuje moją bezpośrednią "szefową" o tym czy są "na mnie" fundusze, czy nie. Jeśli nie uda mi się z nimi nawiązać stałej współpracy podejrzewam, że ostatecznie stanę przed wyborem - albo praca, albo praktyki.

Czuję, że muszę "postawić" na doświadczenie. Nie wiem, czego pracodawcy oczekują po absolwentach prawa, ale wiem, że muszę zrobić wszystko, by sprostać tym wymaganiom i po studiach nie żałować, że traciłam czas na głupoty. Na chwilę obecną widzę jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, i teorii, i praktyki. Muszę poszukać własnego miejsca, znaleźć cel i usystematyzować swoją wiedzę.

Uda się. Ten rok będzie inwestycją w doświadczenie.

piątek, 20 sierpnia 2010

Przebudzenie i dalej do boju!

Od ostatniego posta dość intensywnie myślałam nad swoją przyszłością. Byłam zła i rozczarowana, rozważałam chyba wszystkie możliwe opcje i zastanawiałam się jakie wnioski opiszę w kolejnej notce tutaj. Niespodzianka! Wniosków dziś nie będzie!;)

Oczywiście na praktykach wciąż karmiona byłam całą serią "opowieści z krypty" - jak to kiepsko jest na rynku pracy, jak bardzo zarobki idą w dół i jak każdy głupek może zostać dziś prawnikiem. Mistrzem w serwowaniu tych historii jest szczególnie jeden młodziutki adwokat. I robił to tak przekonująco, że zaczęłam poważnie zastanawiać się dlaczego nie poszłam na żadną uczelnie techniczną! Że przecież zdolna byłam, wiele się potrafiłam nauczyć, więc pewnie i ta matematyka by mi jakoś weszła do głowy, no. Czytałam jakieś artykuły o najbardziej przyszłościowych kierunkach i projektowałam w swoim umyśle wizję niedalekiej przyszłości, w której wszystko jest absolutnie zmechanizowane (dzięki teraźniejszym ambitnym studentom uczelni technicznych), nie ma żadnego czynnika ludzkiego, a wszyscy humaniści ... no humanistów w moich przerażających wizjach nie było. No a jak nie chciałam się realizować na politechnice to było chociaż iść na medycynę. No, medycyna to jednak ciężka sprawa, ale taka stomatologia... O, tak, może trochę obrzydliwe, ale mój dentysta ma 3 dni weekendu... idealnie. Zaraz, zaraz, a może jeszcze nie jest za późno? W końcu trzeba byłoby tylko zdać jeszcze raz maturę i postudiować, ale za to potem czekałaby mnie świetlana przyszłość, której zaledwie połowę spędzałabym w cudzym zgryzie i protezie.

Takich rozważań było mnóstwa. Ba! A żeby chociaż były to rozważania! To były żale i pretensje kierowane do siebie i do całej reszty wszechświata. Czas mijał, ja chciałam konkretnego planu i celu. No i przyszła mi do głowy myśl, że zaraz, zaraz! Dlaczego ten kąśliwy pan adwokat tak narzeka? Przychodzi do pracy na 12, wychodzi o 17, przez większą część dnia emocjonuje się internetowymi newsami i czyta sobie internetowe wydania gazetek. Czy naprawdę jest taki nieszczęśliwy? Przyszła też inna myśl - że przecież właśnie - zdolna jestem, ambitna. Lubię czytać, lubię politykę, lubię pisać, umiem ładnie formułować myśli, umiem ładnie się wyrażać, umiem się kłócić... Czy taka osoba jak ja naprawdę powinna być Bobem Budowniczym albo chirurgiem plastycznym? A może jednak, skoro nie jestem taka bardzo przeciętna, uda mi się znaleźć ciekawy zawód?

Podniosłam głowę wysoko i zdecydowałam, że jednak nie czas na takie zmartwienia. Oczywiście, czas ucieka, więc wypadałoby mieć pomysł na siebie, ale przecież głupotą byłoby siedzenie teraz na portalach z ogłoszeniami o pracę i szukanie idealnej oferty dla siebie;) Nie zwalniam tempa, będę się doskonalić, uczyć i zdobywać doświadczenia, a potem... potem jakoś to wykorzystam!

środa, 11 sierpnia 2010

Kryzysowo!

No i cóż, przeżywam kryzys. Jedynym pocieszeniem jest to, że jest to kryzys wyłącznie na płaszczyźnie "zawodowej". Niemniej jednak przez to jestem pełna niepokoju, a moja motywacja do czegokolwiek spadła bardzo gwałtownie.

Wspominałam już, że chodzi o praktyki. Nie podoba mi się, mam wrażenie, że to praca, w której baaardzo długo czeka się na efekty... Może innym odpowiada taka robota dla samej roboty, ale ja lubię widzieć co wynika z mojego wysiłku. Logika - praca -> efekt -> zadowolenie -> nowa praca. A tu mam wrażenie, że jest tak: praca -> praca -> praca -> porażka -> praca -> praca -> .............. -> efekt (albo i nie). Przyznaję, że nie tak to sobie wyobrażałam.

Kolejne prawidłowości: klient = praca -> praca = kasa. Najgorsze jest to, że paradoksalnie każda porażka jeszcze bardziej związuje z klientem. Przecież zawsze można się odwołać, złożyć zażalenie, zmienić żądanie, przedstawić nowe dowody - o, wierzcie, katalog jest bogaty. A każda odpowiedź na porażkę kosztuje klienta - i to nie mało.

Jaki jest efekt? Ciągnące się do nieskończoności sprawy, wiele godzin spędzonych nad papierami. A jakakolwiek gwarancja? Zerowa.

Czasami czytam akta i szkoda mi ludzi. Szkoda mi tych klientów, którzy uwierzyli, że mogą coś wywalczyć w sądzie (czasami słusznie!) , a skoro wynajęli prawnika, to wygraną mają w kieszeni - a guzik. Zaskakująco wiele zależy od reprezentanta strony przeciwnej i ... i od sędziego.

Rozczarowałam się tym wszystkim. Nigdy nie ukrywałam, że moja decyzja o kierunku studiów nie była wybitnie przemyślana, ale szybko to polubiłam i nawet wyobrażałam sobie moją karierę. To nie było tak, że zdecydowałam się "zostać prawnikiem" na podstawie Ally McBeal albo Magdy M. Nie. A teraz wychodzi, że i tak padłam ofiarą takich słodko - sielskich obrazków. Wyobrażałam sobie, że jednak będę mogła pomagać ludziom, że ktoś będzie doceniał moją wiedzę i pracę, którą w to wszystko wkładam i pewnie będę wkładała.

Czuję się trochę oszukana. Oczywiście zaczęłam rozmyślać i kombinować co jeszcze mogę robić. Niestety, za wiele pomysłów nie mam. Oprócz kompletnego przekwalifikowania (którego zdecydowanie chciałabym uniknąć, bo może się okazać, że to była moja fanaberia, albo że coś znowu jest nie tak, jak sobie wyobrażałam. Poza tym włożyłam w te studia dużo energii i mimo wszystko wciąż uważam, że jest to ciekawe i przydatne!) nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele. Pojawiły się myśli, żeby zrobić kurs księgowej (ale po prawdzie, zwyczajnie się do tego nie nadaję), może zrobię licencjat z zarządzania, albo finansów, może kariera w banku?

Nadal istnieje mit (a może fakt?), że osoba po studiach prawniczych ma sporo możliwości. To na pewno okaże się dopiero za 2 lata. Z tym, że ja też jestem wybredna. Nie pociąga mnie praca w wielkich korporacjach, mam wrażenie, że wszyscy tam są ofiarami jakiegoś wielkiego prania mózgu - "a bo u nas tak fajnie, tak miło, prawie jak w rodzinie, są wyjazdy integracyjne 5 razy w roku, bawimy się, a jak trzeba to pracujemy po godzinach..".

Może przesadzam, niewykluczone. Wiem tyle , że szukam i myślę co dalej. Mimo wszystko cieszę się, że zauważam takie nieprawidłowości i jestem jeszcze człowiekiem myślącym i współczującym innym...

piątek, 6 sierpnia 2010

Niezadowolenie.

No niestety, w życiu nie wszystko wychodzi tak, jak sobie to wyobrażamy. Zmobilizowałam się wreszcie do napisania posta, bo niestety w zeszłym tygodniu ilość wolnego czasu mnie co najmniej nie rozpieszczała. Czułam się trochę jak podczas sesji - terminy mnie goniły, więc byłam ciągle niewyspana i niezadowolona. O ile terminy już minęły i wreszcie mogłam się wyspać, o tyle niezadowolenie wciąż jest we mnie.

Stoją za tym praktyki. Nie wiem, czy to ja za dużo oczekiwałam, czy może te praktyki są jednak poniżej poziomu... Jestem niezadowolona, bo uczę się tam bardzo mało, a jak już dostaję coś do zrobienia to okazuje się, że nic nie wiem i nic nie umiem;) Oczywiście chciałabym się tego wszystkiego nauczyć, co, po co, gdzie i dlaczego, ale pracownicy nie są zbyt chętni, żeby mi to wszystko wyjaśniać. Wobec tego przez cały czas tam spędzony czuję się jak piąte koło u wozu - i to bardzo głupie koło... Jedną z niewielu rzeczy, o których opowiadają z pasją jest to, jak bardzo "nasz" zawód schodzi na psy, jak bardzo staje się nieopłacalny, jak bardzo klienci są niewdzięczni i jak złe są widoki na przyszłość. Zdaję sobie sprawę, że może chcą mnie zniechęcić, ale ... najgorsze jest to, że im się to udaje...

Czas tam spędzony staram się mimo wszystko wykorzystać - czytam wszystkie możliwe dokumenty, dopytuje, a jak już zupełnie nie mam co robić to wykonuje pracę, którą i tak musiałabym zrobić w domu (artykuły). W efekcie wracam zdołowana, z poczuciem, że jestem wyczerpana, ale jednocześnie, że niż pożytecznego nie wyciągnęłam z tych praktyk.

Tak jak wspomniałam - nie wiem, czy to ja za dużo nie oczekiwałam... Może to normalne, system jest opieszały i zwykle nie pisze się kilku pozwów dziennie, może mają mało klientów i faktycznie nie ma pracy dla praktykantów... Nie wiem. Wiem, że chciałabym teraz uzyskać pieczątkę i zniknąć z tego miejsca. Niestety, mam poczucie marnowanego czasu, a godzin do odrobienia jest sporo, bo 120...

Oprócz tego zaczęłam oceniać moje szanse na rynku pracy po skończeniu studiów - mieli racje - wystarczy dokonać prostej matematyki - zliczyć ilość absolwentów albo nawet aplikantów i porównać to z ilością miejsc pracy. W efekcie zaczęłam zastanawiać się nad kolejnym kierunkiem studiów albo szkołą policealną. Albo czymś co w jakikolwiek sposób zwiększy moje szansę na znalezienie pracy...

sobota, 24 lipca 2010

Weryfikacja.

Jestem z siebie dumna - nauczyłam się pracować w domu. Od kilku dni naprawdę dobrze mi idzie praca - nie dekoncentruje się, w miarę możliwości realizuję to, co sobie założyłam, jestem w tym wszystkim coraz bieglejsza i czerpię z tego sporą przyjemność. Dodatkowo widzę same plusy takiej pracy - nie tracę czasu na dojazdy, nie topię się jak mysz w autobusach, jestem w stanie dostosować mój czas do swoich "zachcianek" czy tam innych planów / obowiązków, a pracę mogę realizować w zasadzie wszędzie, gdzie mam dostęp do internetu i worda. Dlatego korzystam ile się da z tej rozpusty - uśmiecham się często, a w przyszłym tygodniu planuję kilkudniowy wyjazd do mojego rodzinnego miasta, żeby trochę odpocząć od Warszawy (choć w lipcu tej Warszawy w moim życiu i tak nie było tak wiele), pooglądać z Lubym Travel Chanel, a potem spotkać się z moją mamą i spędzić z nią weekend.

Pięknie to wszystko brzmi, ale żałuję, że tak szybko leci czas - bo przecież niedługo zaczynam praktyki i tej beztroski będę miała zdecydowanie mniej;) Pewnie przez to sierpień zleci mi jeszcze szybciej niż lipiec, wrzesień to już mój wakacyjny wyjazd i ... jestem pewna, że rok akademicki przyjdzie w trybie ekspresowym. I zostanie tylko pytanie "czemu tak szybko, czemu!?";)

A razem z tym pytaniem przyjdzie rozczarowanie, że tak mało zrealizowałam. Praca, mimo że fajna i rozwojowa - wykańcza. Pracuję umysłem, i co tu owijać w bawełnę - wieczorami jestem padnięta. Musiałam przyznać się przed samą sobą, że nie dam rady uczyć się języków w takim wymiarze w jakim to zakładałam. Jestem zbyt zmęczona, mój umysł codziennie przyswaja bardzo wiele wiadomości, tak naprawdę wciąż jestem w książkach, orzeczeniach, więc kiedy chcę czytać jeszcze angielską czytankę po prostu odmawia współpracy...

Wymyśliłam więc formę zastępczą - w moim specjalnym zeszyciku wypisuję słówka i każdy dzień postanowiłam rozpoczynać i kończyć tą krótką lekturą. System ten stosowałam już w roku akademickim, więc wiem, że na mnie działa i prędzej czy później wejdą mi do głowy na stałe. Oczywiście oprócz tego oglądam filmy, staram się słuchać jakiś audycji, czegokolwiek, ale mam wrażenie, że tak naprawdę niewiele z tego wynoszę i że to za mało.

Znacznie gorzej jest z niemieckim. Bardzo zależy mi, żeby go odświeżyć i dojść do poziomu jaki miałam pod koniec ogólniaka. Niestety, był to poziom, który nie pozwala na słuchanie "żywego języka". Wobec tego metoda "słowek" na niewiele się zda, muszę powtarzać od początku, zgodnie z podręcznikiem, robić jakieś ćwiczenia z gramatyki, a to oczywiście wiąże się z systematycznością i czasem. Ustaliłam więc, że w każdą niedzielę poświęcę choćby godzinkę na ten niemiecki. Mam taką śmieszną motywację - bardzo chciałabym kiedyś odwiedzić Szwajcarię, i stwierdziłam, że to głupota jechać tam z samą znajomością angielskiego;) Także pojadę tam, ale dopiero jak nauczę się tego języka na poziomie w miarę komunikatywnym;) Jak już zrealizuję to założenie pewnie będę miała problem z funduszami, ale o to już będę martwiła się później;)

wtorek, 20 lipca 2010

Jak niańczyć faceta?

Po sobotnio - niedzielnym weselu naszło mnie kilka refleksji i spostrzeżeń. Nie mam siły, by wszystko zmieścić w jednym poście, dlatego zacznę od czegoś związanego poniekąd z tematyką tego bloga - od postanowienia.

Postanowiłam, że nigdy nie stanę się niańką własnego faceta! Będąc na tym weselu, gdzie oczywiście jedzenia i picia było pod dostatkiem, zauważyłam, że kobiety zajmują się głównie (!) "doglądaniem" swoich partnerów. Najpierw by zbyt dużo nie wypili, potem, jak już się oczywiście (!) za późno, żeby nie oddalali się nie - wiadomo - gdzie ze swoimi kompanami w wiadomo jakim celu, a przy końcówce imprezy, kontrolując czy aby na pewno nie robią nic głupiego... Zakończenie jest też identyczne - próbują ściągnąć małżonków, narzeczonych, chłopaków do domu, do łóżka i do spania.

Kobieta pełni funkcję gderającej głupiej gęsi lub (w tym lepszym przypadku) nudziary, a facet pieczołowicie dba o wizerunek uroczego, niewinnego lekkoducha, który tylko czeka na okazje by wyfrunąć spod (nad)opiekuńczych skrzydeł swojej partnerki. Argumenty też są zazwyczaj te same - faceci twierdzą, że MUSZĄ się napić (a gdzie tam - "napić" - w naszym wolnym tłumaczeniu to raczej zrobienie z siebie totalnego głupka), a kobiety, że MUSZĄ ich pilnować, bo przecież "no kto to widział".

No kto to widział? Widziałam ja - kompletny bezsens, walkę z wiatrakami, głupawe przepite oczy facetów, mętne, chwiejne kroki i niezadowolone miny ich kobiet. A dzień PO też nie zaskoczył - leczenia kaca "klinem" i nawet gdzieniegdzie słychać było głos, że "a, dobrze że mnie zawinęła do domu".

Jestem... rozczarowana. Coraz trudniej jest mi zobaczyć prawdziwego Mężczyznę w osobniku, który nie potrafi sobie (albo innym) powiedzieć "dość", który chwieje się na nogach przy okazji niemal każdej imprezy rodzinnej lub towarzyskiej, który po alkoholu (a może i bez niego) widzi w swojej partnerce jakiegoś szalonego żandarma. Po nieudanym małżeństwie moja mama wyciągnęła jeden wniosek - "Kiedy chociaż raz wódka wygra z Tobą - powinna Ci się zapalić czerwona lampka, kiedy stanie się tak drugi raz - zrób porządny krok w tył, a kiedy taka sytuacja będzie się powtarzała - uciekaj.". Ironia, że właśnie teraz przypomniałam sobie jej słowa.

Ktoś powie, że faceci zawsze pili, zawsze robili głupoty, i dodać można tylko tyle, że tak już jest ten świat zbudowany. Ktoś inny natomiast stwierdzi, że co to za facet, który nie potrafi zapewnić poczucia bezpieczeństwa swojej partnerce? Który wymaga "wożenia" po imprezie, który nie potrafi stabilnie stać na swoich nogach i nie potrafi trafić do własnej kieszeni? Który doprowadza do łez, także swoją córkę. Ja na te pytania odpowiem tak , jak mi się teraz wydaje - to facet, który szuka niańki, a nie kobiety. Tylko, że jak już taką znajdzie, to po paru latach przyjdzie refleksja, że tyle jest pięknych niezależnych kobiet na świecie, a ta którą ma pod swoim dachem to taka zrzędząca istota. I tyle. Żal rodzi żal. Rozczarowanie rodzi kolejne rozczarowanie.

Zdaję sobie sprawę, że ten post ma charakter dość osobisty i "prywatny", ale przyznaję że jestem zasmucona tym, co zobaczyłam. Bo zobaczyłam, że ja też mogę być nieszczęśliwa.

środa, 14 lipca 2010

I znów to samo!

To samo - czyli brak czasu. Myślę o tym co sobie wyobrażałam pod koniec czerwca - zaczną się wakacje, nie będzie szkoły, a ja rozpocznę długie, emocjonujące życie w którym będzie miejsce na wszystko. Jak daleka byłam od rzeczywistości...

Fakt, plusem jest to, że sama zarządzam swoim czasem. Mogę sobie wziąć "dzień wolny" bez żadnego pytania. Ale z drugiej strony każdy dzień wolny muszę nadrobić. Wstaję rano i pierwsze co robię to włączam komputer. Zaczynam moją pracę, kończę ją ok. 18. Jeśli się trochę "obijam" w ciągu dnia to trochę później. Z żalem przyznaję, że brak mi czasu na angielski, na niemiecki, którym tak bardzo chciałam się zająć.

Z mojej wakacyjnej listy wypełniłam na razie jeden punkt - przeczytałam książkę, którą dostałam na urodziny. No i jeszcze regularnie czytam gazety.

Trochę jestem rozczarowana. Zamiast beztroskiej Martiki, jest spocona (:P) , zmęczona i walcząca z czasem dziewczyna. Muszę się nauczyć tego nowego trybu zajęć, bo nie ukrywam, że wiele rzeczy mnie dekoncentruje. Przecież skoro jestem w domu to mogę zrobić pranie, wyskoczyć na chwilkę na zakupy, czy sprawdzić jaki mam stan konta;) Takie myślenie jest oczywiście zgubne i tak właśnie tracę czas!

Dziś znów wybywam ze stolicy. Muszę "doglądnąć" mieszkania w moim rodzinnym mieście, a w sobotę czeka mnie kolejne wesele. Dlatego postanawiam, że to tych małych wakacjach biorę się ostro do pracy. Motywacja jest, przychodzi na każdym kroku - przez czytanie innych blogów, przez czytanie ulubionego forum.
A skoro mam motywacje to wystarczy tylko poukładać sobie czas...;)

niedziela, 11 lipca 2010

Wydana za mąż.

No i tak - mama wydana za mąż. Sprzedana. Prezenty pozbierali, toast wzniesiony, kieliszek wypity - dalej niech sobie dają radę sami;)

Od początku cała idea tego ślubu była dla mnie dziwaczna. Niezrozumiała - to chyba lepsze słowo. Mama zawsze była sobą bardzo niezależną, ceniącą sobie samotność i spokój, więc o ile rozumiałam, że się z kimś zaczęła spotykać, o tyle byłam w szoku, że planuje tak bardzo zreorganizować sobie życie. Cóż, kiedy dorosła kobieta podejmuje taką decyzje nie pozostaje nic innego jak tylko pogratulować i próbować dobrze bawić się na ślubie.

Próbować - to też dobre słowo. Uzbroiłam się we wszystko, co pomogłoby mi w dobrym przeżyciu tego wydarzeniu. W kieckę, w obcasy, w uśmiech. W optymizm - to chyba najważniejsze. Zaczęło się od super - szybkiej ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego i super - pysznego, ale i super - drętwego obiadu w restauracji. Kiedy myślałam, że to co najgorsze już za nami, i że wódka rozwiąże języki i wzmocni porozumienie między rodzinne okazało się, że po pierwsze - nie, nie rozwiązuje i nie wzmacnia, a po drugie, że zawiązał się jakiś dziwny i niezrozumiały temat.

Po paru minutach odkryłam, że rodzina (zwłaszcza jedna para) mojego ... "ojczyma" (?) to najwięksi antysemici z jakimi miałam do czynienia w życiu. Zostałam poczęstowana nieziemskimi wręcz teoriami spiskowymi, a gdy nie wytrzymałam i włączyłam się do dyskusji, tworząc oczywiście przeciwny front, okrzyknięto mnie "młodą, naiwną, niedoświadczoną, nic o życiu nie wiedzącą i w dodatku zafascynowaną żydowskimi hipermarketami" (żeby była jasność - wg nich wszystkie większe sklepy są żydowskie). Nie robią zakupów w żadnym markecie, brzydzą się nawet stawać na parkingu przy tych sklepach, wszyscy którzy są bogatsi i lepiej sytuowani są z całą pewnością żydami (a żeby było śmieszniej, oni sami są jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w miasteczku), Żydzi stworzyli jakiś tajny karter (nazywany przez nich "kraterem", dzięki czemu przejęli władzę nad całym światem - łącznie z wszystkimi mediami i za ich pomocą robią nam sieczkę z mózgu - albo kaszankę. Oczywiście krew już szybciej płynie, ja mam coraz większe oczy ze zdziwienia, oni coraz bardziej krzyczą, nie raz, nie dwa padła jakaś "kurwa" przy stole. Ci bardziej liberalni odeszli się przewietrzyć, ja pobiegłam z nimi, a mama już przybladła z wrażenia. Potem przyznała się, że wiedziała, że oni "tacy są", no ale myślała, że już się powstrzymają, zwłaszcza, że ponoć uprzedzała, że "nasza rodzina" reprezentuje raczej inne poglądy.

No ale nic, trzeba było wrócić na tą szaleńczą imprezę, zmierzyć się z wrogimi (a jakże!) spojrzeniami. Znam siebie, wiem, że już minuty dzielą mnie od wyskoczenia w jakąś jadowitą ripostą, więc postanowiłam skupić swoją uwagę i energię na czymś innym. I tak przechodzimy gładko do największej atrakcji tego weekendu - jedzenie. Wciągałam w siebie wszystko co było na stole. A było wiele i naprawdę pyszne. Zazwyczaj staram się jeść w wyczuciem, bo mam w sobie takie dziwne przeświadczenie, że jak będę zbyt łapczywa, to wszyscy pomyślą, że przyszłam tylko się najeść. Ale skoro i tak ustaliliśmy wcześniej, że się nie lubimy, to co mi tam. Poza tym byłam córką świeżej mężatki, więc czułam się jak ważny gość. A VIPom przecież można więcej - to wie każdy;)

Podsumowując - pyszny, dziwny weekend. Nadal nie wiem, jak moja mama odnajdzie się wśród tych ludzi, ale w zasadzie wybrała sobie męża - rodzinę musiała wziąć z dobrodziejstwem inwentarza, trudno. Ja mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy, a jeśli nadejdzie chwila, że będziemy musieli przejść przez jeszcze jedną impreze, to przysięgam, przekopię cały internet, przeczytam książki i przyjdę gotowa na polemikę;) Bo powtarzanie sobie w myślach "mam, kurwa, klasę, mam, i się nie odezwę. Oddycham, spokojnie, o jak mamie będzie miło, że nie narobiłam głupot, no" - już mi się znudziło.

środa, 7 lipca 2010

Praktyki +

Jeden punkt z mojej wakacyjnej listy - spełniony! Znalazłam praktyki. Cieszę się, że już mam to z głowy, bo przyznaję, że zaczynałam już tracić nadzieję. Za późno zgłosiłam się do biura karier mojej uczelni, w związku z czym nie mogłam być nigdzie skierowana z "urzędu". Szukałam więc na własną rękę i tu spotkała mnie wielka niespodzianka - myślałam, że taka tania siła robocza jest w cenie, tymczasem nikt mnie nie chciał przyjąć. Wysłałam z 40 zgłoszeń, byłam na 3 rozmowach, na których pytano mnie czy mam już doświadczenie w innych kancelariach (chyba widać w CV, że nie), czy umiem pisać pozwy i zażalenia (a czy nie po to idę na praktyki?) i czy w takim razie mam prawo jazdy... Po trzech odpowiedziach NIE - nikt już nie oddzwaniał. Skoro tak wygląda sytuacja z bezpłatnymi praktykami to zaczynam się poważnie zastanawiać jak rynek pracy przyjmie mnie za 2 lata, kiedy będę szukała pracy na stałe.
W każdym razie z pomocą przyszły mi koleżanki, które dały mi znać, jak u nich w kancelarii zrezygnowała jedna dziewczyna. Zadzwoniłam, umówiliśmy się i zaczynam w sierpniu. Wszystko więc skończyło się dobrze, ale mimo to mam w sobie taki niesmak - że jednak nie do końca sobie to zawdzięczam i że moje dotychczasowe CV (mimo wpisanej już współpracy z redakcją, mimo niemal rocznego doświadczenia w prowadzeniu sekretariatu i pracy biurowej) nie jest tak atrakcyjne jak myślałam...

Lipiec zatem spędzę na wywiązywaniu się z obowiązków redakcyjnych. Trochę tego jest, więc nie będę się nudziła. Założyłam sobie, że do końca miesiąca zrobię wszystko, co powinnam napisać do 10 sierpnia. Zatem w 3 tygodnie - 50 artykułów. Nie, na pewno nie będę się nudziła;)

I tyle. Jutro zaczynam mały "urlop" i wyjeżdżam ze stolicy powoli kierując się na południe Polski, gdzie w sobotę ślubować będzie moja mama (za tydzień zresztą czeka mnie dokładnie to samo, bo w tych okolicach mamy wesele ze strony rodziny mojego Lubego). Nadal nie mogę uwierzyć, że zdecydowała się na taki krok i nadal nie wiem jak będą wyglądały... no na przykład święta. Razem ze stanem cywilnym moja mama zmienia miejsce zamieszkania i wiele rzeczy jest w związku z tym nie do końca jasnych... No nic, stawię czoła i temu.
Tymczasem;)

niedziela, 4 lipca 2010

Realizacja?

Sesja zakończyła się dla mnie tak jak planowałam, czyli bez perspektywy wrześniowych poprawek. Oczywiście od razu po egzaminach planowałam co ja pocznę z wolnym czasem, i tu czekała na mnie wielka niespodzianka - bo czasu wolnego nie miałam.

Od czerwca "dorabiałam" sobie w zupełnie inny niż dotychczas sposób - był projekt, cel, założenia i wszystko miało być skończone do końca miesiąca. Więc dzień po zakończonej sesji musiałam się zmobilizować i wszystko nadrobić. Nadrabiania było tyle, że praktycznie całe dnie spędzałam przy komputerze, w rozjazdach między biurem, a mieszkaniem. Teraz mam już (chwilowo) trochę mniej zajęć, więc mogłam sobie pozwolić i na wycieczkę do Rossmana i na zakup nowej kiecki;) Dwa kolejne weekendy mam zajęte przez śluby i wesela, w dodatku wyjazdowe, więc pierwsza połowa lipca będzie raczej intensywna wcale nie jestem z tego powodu wybitnie zadowolona, bo potrzeba mi raczej odpoczynku i oddechu niż nieprzespanych nocy.

Korzystając z tego, że mam więcej czasu postanowiłam jakoś zweryfikowaćv i rozplanować moje wakacyjne plany. Bo co z tego, że zakładałam, że będę się uczyła angielskiego, powtarzała niemiecki, czytała książki i do tego słuchała czegoś innego niż radiowy shit, skoro w efekcie czas starczało mi na pracę i oglądanie ostatniej serii Dextera?

Niemiecki: w tym tygodniu prawdopodobnie będę na chwilę w domu rodzinnym, więc zabiorę stamtąd wszystkie książki do niemieckiego z których kiedyś się uczyłam (przy okazji poprzedniej wizyty zupełnie o tym zapomniałam!). Poza tym w poniedziałek lub wtorek pójdę do warszawskiej , więc pewnie uda mi się tam kupić niedrogi zestaw ćwiczeń.

Angielski: Postanowiłam ambitnie zarezerwować sobie miejsce na kolejny semestr. Choć tak po prawdzie niewiele miało to wspólnego z ambicją;) Po pierwsze - nasza grupa była bardzo niewielka, w związku z czym powstało ryzyko, że szkoła nie zdecyduje się na utworzenie grupy kontynuującej. Im więcej osób zdecyduje się teraz - tym większe prawdopodobieństwo, że jednak grupa powstanie. Po drugie - zapisując się teraz dostałam 100 zł zniżki i gwarancję tej samej ceny na kolejny rok, co nie jest bez znaczenia, bo grupy certyfikatowe są zwykle sporo droższe. Poza tym, mam dostęp do biblioteki i filmoteki przez całe wakacje, więc to też ma mnie motywować i stymulować do nauki. Oczywiście do września mogę się jeszcze wycofać, ale skoro już zrobiłam ten pierwszy krok, to pewnie z błahych powodów tego nie zrobię;)
Z działań aktualnych: codziennie Six Minute English z BBC LE i troszkę słownictwa.
A skoro jesteśmy przy angielskim - może ktoś zna stronę na której mogę za darmo lub za niewielką opłatą oglądać filmy / seriale po angielsku?

Co do unikania radiowego shitu - z tym idzie mi najlepiej. I najprzyjemniej, nie ukrywam. Zaczęło się od skrzypaczki Vanessy Mae, potem odkryłam Michała Jelonka (który dla mnie momentami bywa trochę zbyt rockowy), następie zafascynowały mnie aranżacje muzyki Chopina wg Rock Loves Chopin. No a teraz, idąc za ciosem, po uświadomieniu sobie, że słucham samych "klonów" sięgnęłam do źródeł i siedzę w muzyce klasycznej - Bach, Beethoven itp. Przyznaję, że sama jestem zdziwiona, że się w tym odnajduję, ale jednocześnie jestem zadowowolona, że do tego dojrzałam.
Kto wie, może jak tak dalej pójdzie to dorosnę też do Trylogii?;>;)

piątek, 2 lipca 2010

Macierzyństwo?

Z powodów osobistych na 2 dni przyjechałam do mojego rodzinnego miasta. Pogoda dopisuje, naprzeciwko mojego mieszkania budowa kwitnie, tylko … tylko ludzie jacyś smutni.

Paradoksalnie najwięcej widać młodych dziewczyn. Może to kwestia dzielnicy, albo tego, że mieszkam blisko „centrum”, ale mam wrażenie, że jest tu mniej starszych schorowanych osób niż w Warszawie! A może po prostu w stolicy ludzie są bardziej mobilni i nie spędzają całych dni w domu? Możliwe.
W każdym razie – młode dziewczyny. Raczej rozebrane niż ubrane, w byle jakich – często brudnych ciuchach. Są umęczone. Przed sobą pchają wózek, w międzyczasie maja „na oku” drugie dziecko. Większość z nich kojarzę z widzenia, z czasów radosnej podstawówki albo gimnazjum. Czyli są naprawdę młode – mają na pewno ledwo skończone 20 lat.

Rozumiem, że nie każda matka musi promiennym uśmiechem reklamować macierzyństwo, ale jeśli to tak wygląda – jeśli dzieci wysysają całą energię, całą radość, cały wigor – to ja dziękuję. Rozumiem też, że każdy miewa gorsze dni – ja też. Ale nie wierzę, żeby wszystkie nagle odnotowały taki spadek formy. Widać, że są znudzone, że nie mają co robić. Stoją, bujają te dzieci, na drugie krzyczą i nie raz, nie dwa przemycają jakieś „ozdobniki” językowe.
Są zniszczone – mają bardzo zaniedbane twarze, zepsute, przebarwione zęby i tłuste włosy. Część w ramach dbania o siebie poszła na solarium i przypłaciła to pomarańczową, ale i schodzącą skórą…

Dziś wieczorem wracam do stolicy. Jestem pewna, że pierwsze co zobaczę w metrze to rozkrzyczane nastolatki. Trudno, niech będzie – wolę taki obraz. Jestem naprawdę zszokowana – dziewczyny, które były jeszcze pare lat temu takie pełne życia, zawsze chętne na imprezy, które tak zachłannie korzystały z życia (czego zresztą im po cichu zazdrościłam) teraz są tak zmęczonymi kobietami. One nawet nie mają siły uśmiechnąć się do własnego dziecka, odpowiedzieć na jego pytania.

Moje pokolenie wchodzi teraz w okres zakładania rodziny, planowania przyszłego życia. Mam nadzieję, że mnie nie czeka taki los…

sobota, 26 czerwca 2010

W żyłach płonie...

Sesja zakończona w stylu taneczno - grilowo - pijackim. Czyli standard. Piątkowy dżdżysty wieczór przerodził się w przepiękny słoneczny sobotni ranek, przywitany zresztą nie w swojej pościeli i nie w swoim łóżku. Teraz "dzień po" borykam się z obolałymi niemal wszystkimi częściami ciała i z rzeczywistością, która już nie wiruje. Cóż, skoro na tym blogu jest miejsce na moje osobiste postanowienia to czas dorzucić jeszcze jedno: picie bez upijania się.

Ostatni rok był dla mnie dość mocno imprezowy, wkręciłam się w życie studenckie, no może daleka byłam od cotygodniowych popijaw, ale jednak, zdarzały się i takie, moim zdaniem, trochę zbyt intensywne. Także koniec z tym, wkraczam (a raczej wracam!) w erę imprezowania z "kulturą", imprezowania dłużej niż do północy i imprezowania bez kaca giganta i bez żadnych luk w pamięci.

Czas też na zweryfikowanie moich znajomości - ile z nich przetrwa? Czy nadal te spotkania będą takie zabawne, jeśli będzie mi towarzyszyła mniejsza dawka alkoholu? Czy nadal będę chciała uczestniczyć w tych spotkaniach? Czas pokaże.

Przyznaję bez bicia, że jeszcze 2 miesiące temu byłam zafascynowana tym całym życiem towarzyskim. Byłam przekonana, że wokół mnie jest tyle serdecznych osób, że jest tak swojsko i że ojej- jednym słowem Szał. Radość, uśmiech, tańce, swawola. Ale to nie wszystko. Mam dość robienia z siebie głupka, mam dość patrzenia na takich głupków. Aż wreszcie, na końcu - jest mi trochę wstyd...

Hm, post brzmi trochę jak spowiedź anonimowego alkoholika;) Nie to, że jestem jakąś naczelną imprezowiczką, która wymiotuje gdzieś pod stołem za każdym razem;) Po prostu, to życie, te imprezy, ten model spędzania czasu stał się trochę za bardzo "prymitywny". Czas otworzyć oczy i smakować życie, a nie gasić to pragnienie dawką wody ognistej. Świętować sukcesy, a nie je "zapijać". Cieszyć się z wolnego czasu, a nie przypominać sobie poprzednią noc.

wtorek, 22 czerwca 2010

postcrossing.com

Korzystając z odrobiny wolnego czasu i miłej pogody, sprzyjającej nic - nie - robieniu, postanowiłam powrócić do, no nazwijmy to mojego małego hobby.

Projekt nazywa się Postcrossing - Postcards Travel Around the World. Czyli nazwa mówi sama za siebie; cała rzecz polega na tym, że ludzie z całego świata wymieniają się pocztówkami. Na początku cała ta idea wydawała mi się bez sensu, bo przecież co to za radość wysyłać kartki, a zresztą gdzie te kartki znaleźć? Z drugiej strony byłam strasznie ciekawa skąd przychodziłyby pocztówki do mnie i kto by je wysyłał. Wysłałam więc swoją pierwszą pocztówkę...

Teraz na koncie mam 4 wysłane, 7 odebranych. Moje pocztówki przemierzyły 12 510 km i 3 kontynenty. Pocztówka z najdalszego miejsca to kartka z Nowej Zelandii od Gordona, któremu wydawało się, że jest kotem... Najdalej wysłana przede mnie pocztówka była do ok. 10 - letnich bliźniaków mieszkających na zachodnim wybrzeżu USA.

Jednym słowem - fajna zabawa. To jest dla mnie taki substytut dalekich podróży - w końcu w tej sposób mogę zobaczyć "kawałeczek"(dosłownie;) innego kraju i "poznać" jego mieszkańca;)

Moim postrossingowym marzeniem jest dostanie kartki z jakiejś egzotycznej wyspy albo któregoś afrykańskiego państwa;) Jedyne ograniczenie, które sama sobie narzuciłam to nie wysyłanie więcej niż 5 kartek miesięcznie, bo jednak nie chcę, żeby to za bardzo pustoszyło mi portfel;)

Także... niech Panie na poczcie mają się na baczności - wracam;)

niedziela, 20 czerwca 2010

Cicho - sza i wakacje tuż - tuż.

Przede mną ostatnia prosta do udanego końca sesji. Najtrudniejszy egzamin mam za sobą, zaliczony powyżej moich oczekiwań, także jeśli szczęście nie opuści mnie jeszcze przez chwile, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii mojej uczelnianej kariery zaliczę sesję letnią w terminie. I będę się mogła cieszyć 3 miesięcznymi wakacjami bez żadnych wrześniowych „zobowiązań”;) Cieszy mnie to bardzo i motywuje!

A wakacje… Na pewno będą inne od wszystkich. Z wielu powodów. Po pierwsze, po raz pierwszy nie będę musiała wykonywać pracy typowo „dorywczej” i będę zarobkowo zajmowała się czymś co naprawdę lubię! Może nie zarobię „kokosów”, ale mogę sobie na to pozwolić. Po drugie, mój Luby ma w planach kupić motor, a to otwiera drzwi do ciekawych wyjazdów i spędzania wolnego czasu w terenie. Po trzecie, wydaję za mąż własną matkę, co jest jeszcze dla mnie samej zjawiskiem nie do końca zrozumianym – ale z pewnością zmieni to także moje dotychczasowe życie…

Poza tym, chcę wybrać temat magisterki, zrobić praktyki studenckie, poduczyć się angielskiego, nadrobić zaległości w czytaniu, w słuchaniu… Praktycznie we wszystkim. Może zrealizuje mój plan odświeżenia wiadomości w niemieckiego, o którym pisałam?

Wierzę, że będzie fajnie i inaczej. To chyba ostatnie tak beztroskie wakacje, na jakie będę mogła sobie pozwolić, więc naprawdę mam silną motywacje, by wykorzystać je jak najlepiej.

Tymczasem… mamy ciszę wyborczą. Swój obywatelski obowiązek już wypełniłam i zagłosowałam. Ogólnie jestem osobą emocjonującą się polityką. Wiem, że ostatnia kampania była raczej występem zdolnych PR – owców, ale mimo to znajduję sporą przyjemność w śledzeniu tych wszystkich politycznych wydarzeń. Dziś po raz pierwszy pomyślałam, że w demokracji jednak nie każdy głos powinien być równy. Korzystając z okazji, że jestem w rodzinnym mieście, odwiedziłam ciotkę. Oczywiście rozmowa zeszła na politykę i cioteczka radośnie stwierdziła, że głosuje na kandydata, który jej zdaniem wygląda na geja. A geje to tacy wrażliwi ludzie. On nie ma żadnego poparcia. Będzie mu przykro. Więc ona odda mu swój głos. To co, że nie ma nawet pojęcia z ramienia jakiej partii kandyduje. To co, że nie ma pojęcia jakie poglądy reprezentuje.
Szanuje ludzi, którzy mają inne poglądy. Poglądy. Ale nie mogę strawić, że ktoś tak lekkomyślnie traktuje kwestie wyborów, a potem jest PIERWSZY do krytykowania.

Uf, musiałam się wygadać;)

sobota, 12 czerwca 2010

Nastój przedsesyjny.

Zacznę od tego co najświeższe - przed chwilą zmieniłam szablon bloga. To jakieś nowa opcja udostępniona przez bloggera, która bardzo przypadła mi do gustu. Poprzedni wygląd nie za bardzo mi się podobał - a teraz, po zmianach, mam zdecydowanie większą motywację do pisania;)

Od kilku dni z nieba płynie jeden wielki skwar, oczywiście idąc za tłumem- również narzekam. Tak jak narzekałam na początku miesiąca, że jest za zimno, tak teraz że się topię. Przynajmniej w jednej kwestii jestem konsekwentna - moja nauka wciąż nie jest efektywna! Jak mam się uczyć, gdy w mieszkaniu poci mi się wszystko łącznie z przestrzeniami między palcami, a do tego katar zatyka mi wszystkie dziurki w nosie jakie mam? Niemożliwe. Poza tym mam oczywiście milion tysięcy innych wymówek - a bo zrobię sałatkę, a bo sezon na truskawki się zaczął, a bo musze zjeść winogrona, a bo trzeba włożyć butelkę wody do lodówki.... Ten kto wymyślił sesję w czerwcu był nieszczęśliwym człowiekiem.

Szef - szefów z którym miałam rozmawawiać też okazał się być nieszczęśliwym człowiekiem. A jeśli szczęśliwym to na pewno gburowatym. Nic się od niego konkretnego nie dowiedziałam oprócz tego że jestem młoda, studiuję , więc trochę nie- halo i w zasadzie to on nie wie co ja miałabym robić. No cóż, przecież to nie ja organizowałam to spotkanie... Na szczęście Pani Naczelna jest trochę bardziej zorganizowana i w zasadzie merytoryczne spotkanie odbyło się właśnie z nią. Co z tego wyjdzie - nie chcę zapeszać. Wszystko się okaże w lipcu lub pod koniec czerwca.

Tymczasem, sesja. Oddalam się w stronę kodeksu....

piątek, 4 czerwca 2010

Dwa wnioski i jeden sukces.

Dziś będzie o wnioskach. Może nie jestem przesadnie rozważną osobą, ale czasami uda mi się jakąś naukę wyciągnąć ze zdarzeń, które mi się przytrafiają.

A zatem - wniosek namber łan: planować można wiele, a życie i tak idzie swoim torem. Ok, przyznaję, że miewam bardziej błyskotliwe myśli - ale do sedna! Martwiłam się i o pieniądze, i o wakacje, i o brak doświadczenia. Przyszło wszystko - perspektywa zarobków, fajnej pracy i rozwijania swojej wiedzy - związanej ze studiami! A jakim cudem wszystko to przyszło do mnie w jednym czasie? Tutaj czas zapoznać się z ...

...wnioskiem namber TU: komunikacja to podstawa! Tak, znów brzmi trywialnie. O komunikacji słyszy się wiele; psycholodzy - radzą, gazety - piszą, telewizja - kłamie. Gdybym jednak siedziała cicho, potulnie wykonywała wszystkie polecenia - nadal byłabym w tym samym miejscu co tydzień temu - czyli z praktykami, które mnie nie satysfakcjonują i pilną potrzebą zdobycia jakiegokolwiek doświadczenia.

Nic nie ryzykowałam i zasygnalizowałam szefowej, że chciałabym się zacząć zajmować innymi tematami. System pracy poznałam, wszystko co mi zlecono robiłam bezbłędnie, więc uznałam, że po dwóch tygodniach zasługuję na trochę więcej wyzwań;) Początkowo trochę mnie zbyła i zasugerowała, żebym się zastanowiła co w takim razie chcę robić. I to właśnie mi otworzyło drzwi. Nie musiałam się zastanawiać, bo już dobrze to wiedziałam. Jedyne co zrobiłam to sprecyzowałam moje oczekiwania i wysunęłam kilka propozycji. Inicjatywa widać jest w cenie. Reszta potoczyła się bardzo szybko - dostałam propozycję pracy, trochę pochwał i zdecydowanie odsunięto mnie od działu, w którym dotychczas działałam. Teraz przede mną spotkanie z szefem szefów, który zapragnął mnie poznać osobiście:)

Tak naprawdę wciąż nie wierzę w to co się dzieje. Najbardziej motywujące jest to, że naprawdę wszystko zawdzięczam sobie (no i oczywiście reakcji Pani Naczelnej). Nie ma w tym wszystkim ani chwili przypadku. Sama znalazłam te praktyki, napisałam list motywacyjny, sama wyszłam z inicjatywą, a jak tylko pojawił się cień szansy - natychmiast to wykorzystałam.

To jest mój sukces - pierwszy tak ściśle związany z tematyką tego bloga. Nie chcę popadać w nadmierny zachwyt - ale to trudne. Nie chcę wyprzedzać zdarzeń - ale wyobraźnię mam bujną. Wiem, że muszę czekać co przyniesie rozmowa z Szefem - Szefów i jak bardzo nasze wizje się pokryją. Ale mimo to czuję się doceniona, jestem traktowana jak równorzędny partner i widzę przed sobą wyzwanie. Czy mogę chcieć więcej?

wtorek, 1 czerwca 2010

Miła niespodzianka.

Dostałam bardzo miłą niespodziankę:) Na moich praktykach zaproponowano mi niewielkie wynagrodzenie za moderowanie pewnego forum internetowego. Mimo tego, że to wynagrodzenie faktycznie niewielkie, jestem zadowolona. Po pierwsze, cieszę się bardzo że ktoś mnie docenił (i to jeszcze w tak krótkim czasie!), po drugie - wreszcie coś związanego ze studiami, po trzecie - myślę, że da mi to możliwość "wykazania się" i dalszych małych i mniejszych sukcesów?;) No w każdym razie, jest super, troszkę mój budżet zostanie zasilony , więc nie pozostało mi nic innego jak tylko być wdzięczna losowi, że zostałam potraktowana w tak "specjalny" sposób.

Jedynym minusem tych praktyk jest to... że muszę dosłownie walczyć o każdy temat gospodarczo - prawny. Może jeszcze za wcześnie, może na razie mam się wdrożyć i nauczyć, a może po prostu jestem jeszcze młoda stażem i jestem ostatnia w kolejce po fajne zadania. Fakt jest jednak taki, że jestem troszkę zła, że poszłam na praktyki studenckie, które z moimi studiami niewiele mają wspólnego. Biorąc jednak pod uwagę, że taki wpis będzie całkiem fajnie wyglądał w CV (tak naprawdę to już wygląda;) i to, że ogólnie praktyki te nie są absorbujące czasowo - na pewno do końca czerwca zostaję. Jak będzie dalej - zobaczymy.

Plan A - w lipcu 3- 4 razy w tyg. będę chodziła na praktyki typowo prawnicze w jakiejś kancelarii lub biurze prawnym. Pozostała część tygodnia- redakcja i moderowanie "mojego" forum. Reszta wakacji - bez precyzyjnych planów - ale mogą to być choćby telefony.

Plan B - nie wiem:( Mam bardzo silną presję i motywację, by zrealizować plan A, że nawet nie wymyśliłam innej opcji. Nie przypuszczałam niestety, że będzie tak trudno znaleźć bezpłatne przecież praktyki. Wydawało mi się, że w okresie urlopowym taki studenciak jest świetną opcją dla firm. A jednak - trochę się myliłam. W środę zamierzam odwiedzić Biuro Karier mojej uczelni - może oni mnie gdzieś skierują "z urzędu?;)

czwartek, 27 maja 2010

Lista życzeń.

Wielkich postanowień ciąg dalszy: czas na naukę! Nie tak jak dotychczas - że odrobina czytania, w międzyczasie forum internetowe, trochę obserwacji własnych paznokci, krótkie spojrzenie na zegarek i okazuje się, że "już tak późno!".

Przyznam, że to moje postanowienie nie wynika z niczego innego niż poczucie winy. Większość ludzi na moim roku już ma za sobą przynajmniej jedną praktykę, w planach więcej, a sporej części udało się nawet złapać już do pracy w zawodzie. Barwnie opowiadają o swoich obowiązkach, osiągnięciach, o tym ile się codziennie uczą i jak bardzo jest to motywujące. A ja, mimo, że wcale się nie obijałam, marnie wypadam w konkurencji z osobami, które mają już takie bogate doświadczenie. Szukam praktyk, a na nich w większości wymagają świetnej średniej ocen albo znajomości dwóch języków, czytam profile pracowników - a wśród nich sami absolwenci UW, i to z wyróżnieniem... Łatwo w takich warunkach stracić wiarę w siebie. Dodatkowo dochodzi strach przed nieznanym i obawa, że "tak mało jeszcze wiem"... O ile innych branżach braki w teorii można szybko nadrobić albo po prostu ich nie eksponować, o tyle moja praca będzie się opierała w 90% na wiedzy, którą teraz zdobywam.

Jeszcze 2 lata studiów. Najbliższy rok będzie ciężki- pod względem ilości zajęć i poziomu trudności. To będzie chyba ostatni sprawdzian dla naszej motywacji - przedmioty ważne, na których opiera się całe działanie systemu i obsługi interesantów, ale jednocześnie nudne i wymagające dużej precyzji. Jeśli uda się to starcie przejśc bez większych przygód, na piątym roku głównym wyzwaniem będzie pisanie pracy i pewnie plany - "co dalej?" .

"Co dalej"- to pytanie pojawia się coraz częściej. Nasz ćwiczeniowiec, który jest absolwentem od 2 lat, polecił życzliwie, żeby nie tracić czasu i jeśli jeszcze nie mamy doświadczenia, szybko zapełnić tą lukę. "Nie łudźcie się, że jedna wystarczy"- powiedział poważnie, nie dowierzając, że ktoś chciał to zostawić na wakacje za rok.
Posłuchałam tej rady i postanowiłam, że lipiec poświęcę na praktyki. Moja działalność w potralu internetowym, o którym pisałam wcześniej, nie jest zbyt absorbująca, więc bez problemu 4 dni w tygodniu mogłabym "praktykować" w jakiejś większej firmie, stricte związanej z prawem. Pozostałe 2 miesiące wakacji mogłabym pracować (pieniążki!!!) tylko powstaje pytanie czy tak prędko uda mi się znaleźć pracę...

Nie wiem na ile mój plan jest racjonalny, a na ile jest wynikiem coraz większej presji.
Od dziś akcja: oszczędzanie! W końcu przede mną 2 miesiące bez większych dochodów... Dość z bezmyślnym wydawaniem pieniędzy. Czas zainwestować w przyszłość?

poniedziałek, 24 maja 2010

... bo być żałosnym to wielkie szczęście!

Woody Allen: "Myślę, że życie dzieli się na straszne i żałosne. To są dwie kategorie. Straszne to, no nie wiem, śmiertelne przypadki, niewidomi, kalectwo. Nie wiem jak sobie ludzie dają z tym radę, to zadziwiające. A żałosne są życia wszystkich pozostałych. Więc jeżeli jesteś żałosny, powinieneś być wdzięczny losowi, że jesteś żałosny, bo być żałosnym to wielkie szczęście."

Na co dzień mam coś w sobie z typowego Polaka- trochę marudna, trochę pesymistyczna, trochę bierna, chcąca czegoś, ale tak nie do końca wiedząca czego. Nadchodzi taki czas w życiu kobiety (a miejmy nadzieję, że w życiu mężczyzny również), że trzeba się przebudzić, zauważyć, że nie jest się już tym samym podlotkiem, co kiedyś, i przestać wszystko co tylko możliwe zwalać na tak trudny okres dojrzewania, bądź też na urokliwą, ale męczącą niedojrzałość wieku młodzieńczego;) No. Ale jak już ta wielka chwila nadejdzie, przychodzi okres zagubienia i szukania jestestwa. I dla spostrzegawczych- kolejna wymówka gratis:)

Ponieważ wiosna się trochę ociąga, a ja nie potrafię w tak nieprzewidywalnych warunkach pogodowych szukać wspomnianego jestestwa, postanowiłam sobie pomóc. Sama! O, jaka jestem przedsiębiorcza;D Plan jest taki: codziennie, dzień w dzień, tydzień po tygodniu, zrobić dla siebie coś miłego. Świadomie zrobić coś miłego i to docenić.
Lista drobiazgów, które mnie uszczęśliwiają jest długa: słodka kawa rano, dobre śniadanie zamiast bułki z masłem spożywanej "w kęsach" w przerwie między malowaniem rzęs, a nakładaniem pudru, lektura ciekawego artykułu w ciągu dnia, dobra muzyka, długa kąpiel wieczorem... i tak wymieniać można długo. Takie drobiazgi, tak łatwe przecież to zrealizowania, sprawiają, że po pierwsze, jestem bardziej naładowana energią, po drugie- bardziej pewna siebie! Mam też wrażenie, że mam swoje życie pod kontrolą- bo skoro znajduję czas i na czytanie, i na jajecznicę, to muszę być naprawdę świetnie zorganizowanym cyborgiem:) Nienawidzę, kiedy jestem wciąż zajęta i wciąż"w biegu"- jeśli czymś się zajmę np. w tramwaju- od razu mam poczucie lepiej wykorzystanego czasu. A po trzecie- bardziej doceniam, to co mam- a mam przecież bardzo wiele.

Poza tym stałam się maniakiem planowania. Robię, co mogę by sesja mnie nie zaskoczyła w to lato. Zaczęło się od tego, że zapisywałam terminy kolokwiów i ważnych spraw- teraz do kalendarza wpisuję nawet sprzątania łazienki!

Koniec, proszę państwa, idę cieszyć się swoją żałosnością;)

wtorek, 18 maja 2010

I co ja robię tu?...

Dni spędzane w domu już mnie nudzą. Wiszą nade mną kolokwia, zaliczenia, egzaminy, więc nie podejmuje żadnych sensownych aktywności, bo "przecież mam tyle nauki". Ale w efekcie do tej nauki też mi się trudno zabrać. Może to takie złudne poczucie, że mam tyyyle czasu;) Oczywiście czas ma to do siebie, że się kurczy, kiedy chcę, żeby się dłużył i dłuży, kiedy chcę, żeby się kurczył. Prawidłowość wszechświata, ot co.

Zauważam( dla odmiany), że szkoła stała się dla mnie bardzo inspirująca;) Od paru miesięcy uczestniczę w kursie dotyczącym prawidłowej wymowy, dobrej autoprezentacji i prowadzenia różnego rodzaju wystąpień, wykładów i prezentacji. Oczywiście jak to zwykle bywa po ciekawych wykładach, dziś też poczułam, że moje studia są absolutnie najbardziej ogólnorozwojowe i oprócz tego, że uczę się na nich rozumieć dzisiejszy świat, to przy okazji mam do wyboru całe mnóstwo możliwości co do ścieżki zawodowej. Nie dziwi więc, że dziś wymyśliłam ze dwie nowe wersje mojej przyszłości. No dobrze, chyba to średnio rozsądne zmieniać plany co tydzień... Niezdecydowanie, albo i mnogość zainteresowań- jak kto woli- ja przychylam się raczej do tej drugiej wersji;)
Dlatego też, w imię poszerzania horyzontów, od przyszłego tygodnia zaczynam praktyki w portalu internetowym o którym już pisałam w poprzednim poście. Na szczęście moje zapędy redaktorskie zostały docenione, artykuł próbny- zaakceptowany i zobaczymy gdzie mnie to poniesie. Mam nadzieję, że oprócz satysfakcji i ciekawego wpisu w CV, uda mi się podszkolić trochę "warsztat";) Póki co nakazałam mojemu Lubemu, by zwracał się do mnie per "Pani Redaktor", a co ;D

Pogoda za oknem, oprócz tego , że barowa, skutecznie sprawia, że tracę poczucie czasu! Zalegam na łóżku (lub w łóżku) z ulubioną herbatą, albo kieliszkiem wina i upajam się tą... jesienią;) Tymczasem wczoraj ze zgrozą odkryłam, że zostało jeszcze tylko 1,5 tygodnia maja! A czerwiec dla studentów to czas trudny- sesja, do tego angielski, egzamin końcowy zarówno w szkole, jak i na prywatnym kursie, a potem chyba jakieś szukanie dochodowej pracy, bo przecież samą pisaniną się raczej nie nakarmię...
W ogóle chcę powiedzieć, że czerwca nie lubię. Katar sienny, zatkany nos, pyłki, komary, no i poczucie, że znów coś się skończyło- a to szkoła, a to kolejny rok studiów. Paradoksalnie sylwester to dla mnie miły przerywnik w całym roku, od razu po świątecznym obżarstwie miło przecież potańczyć, spalić kalorie, wypić szampana i się z czegoś pocieszyć. A te czerwcowe końce są mniej szumne, mniej patetyczne. Są takie BIEDNE i NIEZAUWAŻANE, więc, dla kontrastu, na dłużej przykuwają moją uwagę.
Oj, dobrze, na dziś to będzie na tyle;)