poniedziałek, 22 marca 2010

Sulks.

Wyzwolenie z kozaków i zimowych płaszczów zaliczone! I od razu robi się lżej, także na duszy:) Te pierwsze wiosenne dni są jeszcze dość pochmurne i depresyjne, ale pewnie niedługo będzie lepiej.

Mnie natomiast czeka ciężki tydzień- kolokwium, do tego test na angielskim... Wiem, że oznacza to wręcz "okradanie" mojego planu dnia i przeznaczanie dodatkowych godzin na naukę. Weekend też nie zapowiada się oszałamiająco, bo w sobotę pobiegnę do pracy, a potem czeka mnie "impreza", na którą wcale nie mam ochoty iść, a zrobię to tylko ze względu na mojego Lubego (a on pewnie i tak tego nie "doceni"). Nadchodzące święta też nie nastrajają wybitnie optymistycznie. Wygląda na to, że jako- taki odpoczynek czeka mnie po 10 kwietnia... Cóż.

Chyba muszę znaleźć sobie jakiś cel, swojego rodzaju "nagrodę". Czuję, że stoję w miejscu i wszystko wydaje się takie same... Ta sama droga do pracy, te same zajęcia wieczorem... Żyję od pobudki do powrotu do łóżka. Kiedy wieczorem gaszę światło, myślę, że to właśnie na tą chwilę czekałam cały dzień. A kiedy dzwoni rano budzik, pocieszam się w myśli, że ten dzień wkrótce się skończy.... Tak być nie może. Czy naprawdę dwudziestolatka powinna tak żyć? Potrzeba mi przebudzenia- takiego naprawdę, kopa, wiary i uśmiechu. Na razie w zamian mam strach i poczucie przeraźliwej niepewności. Niepewności co do przyszłości, co do kolejnej pracy, co do mojego życia prywatnego... Jeszcze kilka tygodni temu wydawało mi się, że moje wybory są przemyślane, że mam PLAN. Teraz myślę, że to wszystko mżonki i że te moje "wybory" są w istocie ucieczką- od samotności, od odpowiedzialności, od wszelkiej maści trudności... Z jednej strony chcę stabilizacji, ale z drugiej, kiedy wreszcie ją osiągam, zaczynam myśleć o nowych wyzwaniach, o tym, czego jeszcze chcę spróbować... Boję się, że przez te moje młodzieńcze fantazje stanę się bardzo egoistyczną, egocentryczną i niezrównoważoną osobą. A może już taka jestem? ...

2 komentarze:

  1. Jak ja to dobrze rozumiem. Znajdujemy zajęcia, poświęcamy im cały czas, cieszymy się z nich... i nagle okazuje się, że wcale nie jest tak fajnie, że nie ma kiedy odpocząć i nie ma czasu na przyjemności. Czemu? Bo cele i zajęcia długodystansowe mają odroczoną gratyfikację - np. studia trwają 5 lat, to nic dziwnego, że czasem ma się dość i ma się ochotę "pożyć", a nie tylko się męczyć. Fajnie byłoby znaleźć coś co nam bezsprzecznie sprawia radość i poświęcać się temu codziennie, co dwa dni albo raz na tydzień, i czekać z utęsknieniem na tę chwilę... Przynajmniej wtedy ma się świadomość nagrody, co z kolei wskrzesza motywację.

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie. Takiej "nagrody"- odskoczni mi brakuje. Dobrze prawisz- przydałoby się mieć coś, co sprawia radość, czemu mogłabym się poświęcić z jakąś regularnością. Trudno jest jednak wprowadzić w życie takie "postanowienie"- bo po pierwsze- wiadomo- brak czasu, po drugie- nie do końca unormowane życie i zajęcia, a po trzecie- sama nie wiem co to miałoby być. Gdy mam tak całkowicie wolne popołudnie lub wieczór, sama nie wiem na co mam je przeznaczyć- bo z jednej strony mam ochote i na czytanie prasy, i na film, i na książke i na angielski... Zaległości się piętrzą;) A tak naprawdę, chyba jestem po prostu domatorką i potrzebuję spokoju, całusa i ciszy;)

    OdpowiedzUsuń