środa, 7 kwietnia 2010

Plany, plany, plany!

Studiowanie jest modne. Trend mówi, że teraz jeden mgr to za mało. Teraz trzeba mieć co najmniej 2 tytuły, 4 języki, no albo doktorat. Czy na pewno? Moim zdaniem teoria ta jest trochę naginana i rozdmuchiwana przez absolwentów Wyższych- Szkół- Nie- Do- Końca- Wiadomo- Czego, którzy są zadziwieni, że rynek pracy nie czeka na nich z otwartymi ramionami. Wiadomo, dziś najłatwiej wszystko zwalić na "system". Może jestem niesprawiedliwa, może jestem idealistką i może nie znam prawdziwych praw rządzących sferą rekrutacji. Ale cóż, wolno mi;)

2 lata pracy przy zajęciach dorywczo-tymczasowych, typowo przy "obsłudze klienta" upewniły mnie, że po studiach chcę być kimś w rodzaju samodzielnego specjalisty. Niestety, do tego typu pracy potrzebne są konkretne umiejętności i nie mówię tu o perfekcyjnym przyrządzaniu kawy;) Chciałabym być sprytniejsza (a co!) i dołożyć wszelkich starań, by mieć poza moim wykształceniem mieć "jeszcze coś" w zanadrzu, w kieszeni, w CV. Mam nieśmiały plan, żeby moje umiejętności razem tworzyły ciekawą, spójną całość, ale zarazem by każda z osobna też była wartością samą w sobie.
Studiuję kierunek po ukończeniu którego będę miała ładny tytuł. I żeby naprawdę wykorzystać zdobytą wiedzę powinnam jeszcze poświęcić 3 kolejne lata na naukę i zdawanie egzaminów. Ta wizja nie do końca mi się podoba. Biorę pod uwagę , że coś może "nie pójść" po mojej myśli. Poza tym ogólnie jestem raczej tradycjonalistką, i chyba na pierwszym miejscu stawiam rodzinę i potencjalne macierzyństwo. A jak pogodzić karierę w korporacji, naukę i życie rodzinne? Pewnie to możliwe, ale jednocześnie jak bardzo trudne. Stąd narodził się pomysł szlifowania angielskiego. Mam to szczęście, że moja Mama zadbała jeszcze w ogólniaku, żebym umiała język obcy, także teraz mogę śmiało ruszać w drogę po Advance'a. Ale fakt, teraz każdy zna angielski, więc moje sukcesy wcale nie są takie znowu zapierające dech w piersiach;) Są raczej głosem rozsądku, żebym za bardzo nie została w tyle;)
Marzy mi się nauka drugiego języka. Naprawdę pociąga mnie rosyjski. Jest bardzo melodyjny, i ponoć nietrudny. W wakacje nawet kupiłam sobie płytę i książkę do nauki, ale szybko straciłam zapał- gdzieś przy okazji nauki cyrylicy;)
Oczywiście nie mam środków na opłacenie kolejnych zajęć. Wyliczyłam, że w przyszłym roku mój angielski pochłonie ok. 2000 zł. Teoretycznie mam już odłożoną kase, ale muszę się liczyć z dodatkowymi wydatkami, zwłaszcza, że kolejny rok akademicki nie będzie rokiem "stałych dochodów".
Wobec tego postanowiłam, że od wakacji (wcześniej niestety nie dam rady pod względem czasu) będę systematycznie sama uczyła się niemieckiego. W szkole średniej byłam jego wielką fanką. Chyba tylko dlatego, że faktycznie nauka szła mi gładko, i miałam takie małe dziwactwo- uwielbiałam zasady niemieckiej gramatyki. Poza tym nałogowo pisałam wypracowania znajomym- można nawet powiedzieć, że w pewnym momencie byłam taką małą hurtownią;P Niemiecki to język twardy, suchy, powiedziałabym, że dość "matematyczny". Nie jest moim ulubieńcem, ale wydaje się to dobrą inwestycją w przyszłość. Mam podstawy, opanowałam najważniejsze zasady gramatyki i wymowy, więc powinno mi być łatwiej.
Wiem, że ten post nic nie wnosi, ale lubię sobie ułożyć rzeczy i mieć to spisane! Czuję się wtedy bardziej zobligowana i mam wrażenie , że posunęłam się odrobinkę do przodu (bo o pierwszym kroku mówić jeszcze nie można;)
I tylko jeden mała kwestia do przemyślenia: jak zapewnić sobie płynność finansową na najbliższy czas?;) Jakieś pomysły?;)

1 komentarz:

  1. Pomysłów na finanse niewiele, zresztą jestem pewna, że też na takie wpadłaś:)ew. bardzo elastyczna praca w czasie wolnym, ew. udzielanie korepetycji z angielskiego, ew. własny biznes :D
    Poza tym oszczędzanie na każdym polu :)

    OdpowiedzUsuń