środa, 5 maja 2010

Post na co dzień. vol. 2.

Tak właściwie nie do końca wiem o czym dziś chcę pisać. Moje przemyślenia na "poważne" tematy mieszają się z problemami dnia codziennego, a taki mix to nic ciekawego.

Na początek: Utonęłam w książkach. Do piątkowego wieczoru jestem uziemiona z prawem spadkowym (co za ironia;)) Czytam, analizuję, zapamiętuje, powtarzam, przetwarzam i bierze mnie już NIEMOC. Wirtualnie uśmiercam każdego członka mojej rodziny i (również wirtualnie) analizuję komu, jaki spadek przypadnie. Nie ma co, rodzinka byłaby zachwycona, z pewnością.

Łikent majowy wcale nie był dugi, a spędzony w stolicy niewiele różnił się od innych dni. No, może tym, że po raz pierwszy od długiego czasu widziałam mojego Lubego siedzącego nad książkami. Przez chwilę poczułam nawet ... współczucie! Ale i ten stan się nie przedłużał, bo 3 dni na dopracowanie pracy dyplomowej to widać wystarczająco, więc już wszystko wróciło do normy. Do normy- czyli ja się uczę i fantazjuje co mogłabym robić gdybym miała odrobinę więcej wolnego (ktoś złośliwy mógłby rzucić od niechcenia: no tak, na przykład pisać bloga o niczym! Ale jestem twarda i się nie daję takim złowrogim sugestiom;)
Jedyne co mi teraz sprzyja to pogoda, bo jesienno- depresyjna mżawka skutecznie tłumi moją chęć do wystawienia swojej dupki na świeże, wiosenne powietrze.

Soczki, kawki, ciasteczka- może to pomoże przetrwać;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz