niedziela, 9 maja 2010

"Teraz albo nigdy"

I kolejna muzyczna inspiracja- klik - nie jestem najwierniejszą fanką T. Love, ale fanką w stopniu umiarkowanym- owszem;) Dodatkowo pobudza mnie myśl, że już za tydzień prawdopodobnie będę na koncercie tej grupy:)
W tym poście nie zamierzam polemizować z oczywistościami dzisiejszej rzeczywistości- mamy XXI wiek, społeczeństwo konsumpcyjne, więc i mało kogo stać (zarówno finansowo, jak i psychicznie) rzucić wszystko i zająć się "prawdziwym życiem". Bo i czym jest to prawdziwe życie, którym śpiewa Muniek? No chyba po prostu poczucie "nie marnowania czasu". Teraz ludzie biegną i nie do końca wiedzą po co. No i faktycznie- ja też generuję ciągle nowe potrzeby, mam ciągle nowe wydatki, a pewnie w gruncie rzeczy obeszłabym się bez połowy z tych rzeczy. Studia zaczęłam nie dla przyjemności- zwyciężyła presja otoczenia, że no przecież dziewczyna z takiej dobrej szkoły- to było nie do pomyślenia, żebym nie kontynuowała nauki. Do tego chciałam bardzo wyrwać się z rodzinnego domu, i wówczas nie miałam żadnego innego pomysłu jak to zrobić. Udało się- wyjechałam, zaczęłam bywać na "Uniwersytecie", i choć znalazłam się tam z kompletnego przypadku, po pewnym czasie stało się to moją, no niech będzie, pasją. A jeśli nie pasją to czymś, co naprawdę lubię.

No i co będzie dalej? Moja babcia pewnie powiedziałaby, żebym się tym nie zajmowała, bo i tak będzie jak zechce Bóg;) Ja myślę, że właśnie teraz, w tym nowoczesnym świecie, ludzie są bardziej zagubieni niż kilkadziesiąt lat temu... Jesteśmy świadomi masy możliwości, a jednocześnie żyjemy osiągnięciami innych (nie bójmy się do tego przyznać). Śledzimy losy naszych przyjaciół, rodziny i nie rzadko - zazdrościmy. Samochodów, wiedzy, wykształcenia, a nawet grzecznych dzieci, dobrych mężów i ładnych żon;) Chcemy mieć wszystko naj... I ja też! Przecież stąd wziął się ten blog, kurs języka i nawet moje zeszłotygodniowe spotkanie z doradcą zawodowym! Ale czasami pojawia się taka cicha myśl: że po co to wszystko? Czy naprawdę jak zdam tego Advance'a to będę wymiernie szczęśliwsza? Czy wiem do czego dążę?....

Tu do akcji wkracza moja teoria świata (a tak, mam swoją własną;) Zatem: uważam, że nasz rzeczywistośc jest w istocie czymś w rodzaju czyśćca. Albo nawet piekła. Bo niech każdy uświadomi sobie w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy. Od dzieciństwa uczymy się życia, potem podejmujemy mniejsze lub większe wysiłki, by się jakoś "urządzić" w życiu. I tak się staramy, pocimy lub przeciwnie, wykonujemy marną pracę za marne pieniądze i nie wiemy do czego to prowadzi. I nie wiemy kiedy nastąpi koniec. Kiedy zastanawiam się co bym zrobiła gdybym wiedziała, że za 2 lata czeka mnie śmierć, wiem tyle, że na pewno nie robiłabym tego, co teraz. Może zaczęłabym uczyć się tańczyć, może wzięłabym udział w Idolu, a może napisałabym książkę? To tylko przykłady;) Tymczasem toczę ciągłą walkę z czasem, myślę o tym kiedy będę mogła wybrać kafelki do kuchni w mieszkaniu, którego jeszcze nie mam i tylko czasami, kiedy słyszę ulicznych grajków myślę, że jednak coś mi ucieka...

Ten post naprawdę nie miał mieć w założeniu tak pesymistycznego wydźwięku.

1 komentarz:

  1. Witaj :) Pytanie tylko: co ucieka? Nawet jeżeli wymieniłabyś klika rzeczy... założę się, że tak naprawdę nie chciałabyś ich zrobić. Bo zawsze w nas są i będą sprzeczności. Teraz chcę mieć męża, a jak już będę szczęśliwą żoną, będę marzyć o tym, aby być znów studentką i nie mieć zobowiązań na całe życie. Teraz chcę podróżować, a jak już to zrobię i rzucę wszystko, zatęsknię do spokojnych wieczorów przed TV i miękkiego fotela we własnych czterech kątach. Nie można spróbować wszystkiego w jednym krótkim życiu, bez poświęcania czegoś innego. Więc róbmy to co sprawia nam satysfakcję, radość, może nawet to co "wypada" aby uszczęśliwić innych (np. rodziców)... a niedosyt i tak zawsze będzie. Tak jesteśmy już skonstruowani aby chcieć więcej i więcej i więcej...

    OdpowiedzUsuń