środa, 11 sierpnia 2010

Kryzysowo!

No i cóż, przeżywam kryzys. Jedynym pocieszeniem jest to, że jest to kryzys wyłącznie na płaszczyźnie "zawodowej". Niemniej jednak przez to jestem pełna niepokoju, a moja motywacja do czegokolwiek spadła bardzo gwałtownie.

Wspominałam już, że chodzi o praktyki. Nie podoba mi się, mam wrażenie, że to praca, w której baaardzo długo czeka się na efekty... Może innym odpowiada taka robota dla samej roboty, ale ja lubię widzieć co wynika z mojego wysiłku. Logika - praca -> efekt -> zadowolenie -> nowa praca. A tu mam wrażenie, że jest tak: praca -> praca -> praca -> porażka -> praca -> praca -> .............. -> efekt (albo i nie). Przyznaję, że nie tak to sobie wyobrażałam.

Kolejne prawidłowości: klient = praca -> praca = kasa. Najgorsze jest to, że paradoksalnie każda porażka jeszcze bardziej związuje z klientem. Przecież zawsze można się odwołać, złożyć zażalenie, zmienić żądanie, przedstawić nowe dowody - o, wierzcie, katalog jest bogaty. A każda odpowiedź na porażkę kosztuje klienta - i to nie mało.

Jaki jest efekt? Ciągnące się do nieskończoności sprawy, wiele godzin spędzonych nad papierami. A jakakolwiek gwarancja? Zerowa.

Czasami czytam akta i szkoda mi ludzi. Szkoda mi tych klientów, którzy uwierzyli, że mogą coś wywalczyć w sądzie (czasami słusznie!) , a skoro wynajęli prawnika, to wygraną mają w kieszeni - a guzik. Zaskakująco wiele zależy od reprezentanta strony przeciwnej i ... i od sędziego.

Rozczarowałam się tym wszystkim. Nigdy nie ukrywałam, że moja decyzja o kierunku studiów nie była wybitnie przemyślana, ale szybko to polubiłam i nawet wyobrażałam sobie moją karierę. To nie było tak, że zdecydowałam się "zostać prawnikiem" na podstawie Ally McBeal albo Magdy M. Nie. A teraz wychodzi, że i tak padłam ofiarą takich słodko - sielskich obrazków. Wyobrażałam sobie, że jednak będę mogła pomagać ludziom, że ktoś będzie doceniał moją wiedzę i pracę, którą w to wszystko wkładam i pewnie będę wkładała.

Czuję się trochę oszukana. Oczywiście zaczęłam rozmyślać i kombinować co jeszcze mogę robić. Niestety, za wiele pomysłów nie mam. Oprócz kompletnego przekwalifikowania (którego zdecydowanie chciałabym uniknąć, bo może się okazać, że to była moja fanaberia, albo że coś znowu jest nie tak, jak sobie wyobrażałam. Poza tym włożyłam w te studia dużo energii i mimo wszystko wciąż uważam, że jest to ciekawe i przydatne!) nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele. Pojawiły się myśli, żeby zrobić kurs księgowej (ale po prawdzie, zwyczajnie się do tego nie nadaję), może zrobię licencjat z zarządzania, albo finansów, może kariera w banku?

Nadal istnieje mit (a może fakt?), że osoba po studiach prawniczych ma sporo możliwości. To na pewno okaże się dopiero za 2 lata. Z tym, że ja też jestem wybredna. Nie pociąga mnie praca w wielkich korporacjach, mam wrażenie, że wszyscy tam są ofiarami jakiegoś wielkiego prania mózgu - "a bo u nas tak fajnie, tak miło, prawie jak w rodzinie, są wyjazdy integracyjne 5 razy w roku, bawimy się, a jak trzeba to pracujemy po godzinach..".

Może przesadzam, niewykluczone. Wiem tyle , że szukam i myślę co dalej. Mimo wszystko cieszę się, że zauważam takie nieprawidłowości i jestem jeszcze człowiekiem myślącym i współczującym innym...

5 komentarzy:

  1. Niestety studia, a jeszcze bardziej życie po ich ukończeniu, odzierają człowieka z wyidealizowanej wizji świata. Sama jeszcze ślepo wierzę, że bezinteresowność również prowadzi na szczyt. Że nie trzeba mieć znajomości, góry pieniędzy, aby być szczęśliwym. I.. cholera, przecież tak jest! Nie pozwól odebrać sobie tych "słodko-sielskich obrazów". Mimo że będziesz na każdym kroku spotykała się z brutalną rzeczywistością. Staraj się stąpać mocno po ziemi ale też nie zatrać tych swoich ideałów, aby nie stać się taką, jak ci wszyscy, których teraz spotkałaś i o których piszesz :)
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mary - staram się zostać sobą, dlatego właśnie zaczęłam kombinować... Jak to wszystko wyjdzie - się okaże. Piszesz, że nie trzeba mieć znajomosci i góry pieniędzy by być szczęśliwym - masz racje, ale odpowiednia ilość pieniędzy dużo ułatwia. A ich brak zazwyczaj generuje jakieś kłótnie, zmartwienia itd. Ten blog pomaga mi w dążeniu do celu - tylko, że cel się ciągle zmienia;)

    Pozdrawiam i widzę, że ten prowadzisz podobnego bloga. Będę do Ciebie na pewno zaglądała. Pisz, bo to fajna sprawa;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bank odradzam - jako prawnik trafisz pewnie do obsługi klienta i... (że pozwolę sobie zmienić trochę Twoją wypowiedź) "Czasami czytam [listy] i szkoda mi ludzi. Szkoda mi tych klientów, którzy uwierzyli, że mogą coś wywalczyć w [banku] (czasami słusznie!) , a skoro [zwrócili się do prezesa banku/KNF/rzecznika konsumentow], to wygraną mają w kieszeni - a guzik". Przerabiam to codziennie, jak to mi dziś powiedziała dziewczyna ode mnie z zespołu "przez pierwsze miesiące cię to wszystko rusza, potem robisz się coraz bardziej obojętna, a w końcu już masz to gdzieś, czy ktoś umiera, czy ma 10 dzieci, czy stracił prace... po prostu robisz swoje". I takie jest życie niestety.

    OdpowiedzUsuń
  4. Undi - szczerze mówiąc - troszkę mnie zdziwiłaś... Widziałam wiele razy ogłoszenia o pracy, czy praktykach w banku w "dziale prawnym"... Dział prawny to obsługa klienta? ...
    Dziękuję bardzo za wskazówki!
    Niestety - to prawda - zawsze na poczatku się przejmujemy, a potem jest już obojętne... To strasznie przykre;/

    OdpowiedzUsuń
  5. nie wiem jak jest w innych bankach, więc powiem jak jest w moim :-) Dział prawny to właśnie obsługa klienta, co prawda nie taka "face-to-face" tylko obsługa poprzez korespondencję. Do działu prawnego trafiają listy od prawników reprezentujących klientów, syndyków, komorników, sądów, a także wezwania przedprocesowe od klientów - dział prawny to czyta i ustosunkowuje się, odpisuje i wysyła.

    OdpowiedzUsuń