środa, 15 września 2010

Panna Sknera;)

Ironia - akurat w miesiącu, kiedy moje zarobki są najmniejsze, wydatki ciągle się mnożą! To irytujące, bo bywały czasy, kiedy (z radością) patrzyłam na swoje konto bankowe, które rosło w siłę;)

Z roku na rok jestem jednak coraz bardziej samodzielna i przekonuję się, że w życiu wystarczająca ilość pieniędzy nie równa się tylko wydatkom na mieszkanie i jedzenie - wstyd przyznać, ale kiedyś tak myślałam;) Oczywiście pomijając to, że wydałam trochę pieniędzy na wyprawie w góry, początek października będzie czasem, w którym moje konto będzie się z dnia na dzień uszczuplało.

Wydatek nr 1: angielski. Bardzo zależy mi na tym, żeby dokończyć naukę i zwieńczyć ją certyfikatem. Już teraz wiem, że będzie mi trudno pogodzić studia z przygotowaniami do egzaminu, ale liczę, że dam radę. Chcę też zapłacić za cały semestr z góry, co da mi 100 zł rabatu i pozwoli na spokojne oszczędzenie na kolejną płatność.

Wydatek nr 2: dentysta. Nie znam żadnej osoby, która korzysta z usług "publicznego" stomatologa i ja też do nich nie należę. A prywatne usługi to niemały (choć moim zdaniem konieczny) koszt. Mam 3 zęby do leczenia, co będzie kosztowało ok. 400 zł. Z żalem rozstaję się z tymi pieniędzmi przy każdej wizycie, ale zęby zdecydowanie stały się moim priorytetem. Przestraszyłam się, że jak nadal będę tak lekceważyła tą kwestię, w efekcie szybko będę musiała się pozbyć moich własnych zębów. To świetna motywacja, i postanowiłam większą uwagę przykładać do codziennej pielęgnacji - dziś kupiłam nić dentystyczną, a niedługo dokupię płyn do płukania. Mam nadzieję, że to je wzmocni i pomoże unikać tak dużych wydatków w przyszłości.

Wydatek nr 3: książki. Rozpoczyna się rok akademicki, moja biblioteka uczelniana jest bardzo kiepsko zapatrzona, a to, czego się uczę zmienia się bardzo szybko i często nawet książki z poprzedniego roku są bardzo nieaktualne. Oczywiście postaram się koszty zmniejszyć do minimum (ksero, ewentualnie odkupienie od starszego rocznika), ale nie mam wątpliwości, że i tak będzie to spory wydatek.

Wydatek nr 4: pantofle na jesień, a w dalszej perspektywie kozaki. Na szczęście nie mam w zwyczaju kupować drogich butów, ale pantofle i tak będą kosztowały pewnie niecałą stówę. O kozakach na razie nie myślę.

Wydatek nr 5: październikowe wesele znajomych. Szczerze powiedziawszy nawet nie mam ochoty na nie iść i najchętniej zostałabym w ten weekend w warszawie, ale pojechała do domu rodzinnego, ale to "nie wypada" nie iść... To są w zasadzie znajomi od strony mojego Lubego, ale mimo wszystko czuję się w obowiązku "dołożyć" do prezentu...

Wydatki poboczne: oczywiście wszystko to, co kupujemy i wydaje się być absolutnie niezbędne. Niektórzy twierdzą, że na tzw. życiu nie da się oszczędzać. Nie zgadzam się z tą teorią, staram się kupować tańsze zamienniki, ale wiadomo, że czasami zdarza mi się zaszaleć z jedzeniem, skusić się na bluzkę, błyszczyk i mam zwyczaj kupowania co tydzień gazety (choć nie wykluczam, że z braku czasu wkrótce to porzucę). Wszystko to jest małym wydatkiem, ale po zsumowaniu wychodzi wcale nie taka mała kwota.

Przy okazji zauważyłam u siebie dość śmieszną cechę - w gruncie rzeczy mam trochę oszczędności i bez problemu mogłabym je wypłacić i kupić to wszystko na raz. Jednak kombinuję jak mogę (m. in. wystawiając swoje nieużywane rzeczy na allegro, planując ze szczegółami i starając się dodatkowo oszczędzać), by w jak najmniejszym stopniu ruszyć swoje oszczędności. Praca w redakcji nie jest stała i nie jest pewna, wiem, że nie będę miała czasu na dodatkową pracę, więc w efekcie zaczęłam nawet rozmyślać nad funduszami na prezenty świąteczne;) Ot, nic innego tylko panna Sknera ze mnie;)

1 komentarz:

  1. też ostatnio obudziła się we mnie sknera :D niestety, u mnie im bardziej chcę oszczędzać, tym więcej nieplanowanych wydatków się pojawia :) (Undi)

    OdpowiedzUsuń