piątek, 15 października 2010

Krewni i znajomi królika....

Proces zaliczania praktyk na mojej uczelni w żadnym wypadku nie kończy się na "wyrobieniu" odpowiedniej liczby godzin. Oprócz tego, trzeba wykonać szereg czynności przed (m. in. otrzymanie zgody, jakaś dziwna rozmowa, uzupełnianie i odbieranie dokumentów) i szereg czynności po (uzyskanie opinii, dwóch podpisów, wpisu do indeksu i złożenie wszystkich kopii do dziekanatu, biura karier i pełnomocnika do spraw praktyk)... Wszystko oczywiście "okraszone" większą lub mniejszą kolejką... A w kolejce, tak jak u lekarza - zaczynają się rozmowy, wymienianie doświadczeń i opinii. I okazuje się, że nikt nie jest zadowolony z praktyk. Ci, którzy byli w większych kancelariach narzekają na brak zajęć i kompletną anonimowość, zaś Ci którzy praktykowali w małych miejscach (np. ja) skarżą się na to, że pracownicy też nie zwracają na nich uwagi. Wyszło, że wszyscy "odbębniliśmy" swój czas tam i że nic się nie nauczyliśmy. A przecież są osoby, choćby z mojego roku, które jednak pracują w kancelariach różnej maści, czasami nawet już po kilka lat! No ale właśnie - klucz polega na tym, że każda z tych osób jest "krewnym lub znajomym królika" i mogła liczyć na solidne przeszkolenie, a potem na pracę...

Niby to nie dziwi, prawda? Wiadomo - znajomości, tzw. "plecy" są, były i będą. Nie da się tego całkowicie wyeliminować, no i właściwie nie ma co się obrażać, bo gdybym i ja miała taką możliwość pewnie też bym z niej skorzystała... Bo czemu nie? W imię sprawiedliwości społecznej? W imię zasady, że sama zapracuję na swój sukces? Pewnie zapracuję.

Tyle, że takie sytuacje; nawet to, że na obowiązkowych praktykach każdy mnie odwodził od pomysłu związania się z zawodami typowo prawniczymi, że zewsząd słyszę, że teraz już wyeliminowano nepotyzm, ale jednak "Kazia i Basia" pracują u znajomych swoich ojców, trochę mnie zniechęca. Zniechęca do 8 lat ciężkiej nauki, po której tak naprawdę nie mam gwarancji dobrej i satysfakcjonującej pracy. Przede mną zawsze będą Kazie i Basie, które będą przodowały pod względem doświadczenia zawodowego, no i znajomości... Poza tym, jestem osobą ceniącą sobie spokój, rodzinę i odpoczynek, a przy niektórych zawodach ciężko jest oddzielić życie prywatne od pracy. Adwokat nie ma 8 godzin pracy, nie przysługuje mu pełnowymiarowy urlop, macierzyński, nie ma umowy o pracę, nie może wziąć płatnego zwolnienia chorobowego... Czy naprawdę warto walczyć o ten tytuł? Myślę, że nie. Oczywiście, jest parę innych aplikacji i jest parę innych dróg. Ja w tym momencie raczej skłaniam się do szukania tych innych dróg...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz