poniedziałek, 15 listopada 2010

Antyspołeczna ja

Słyszałam bardzo wiele opinii, że ludzie w trakcie studiów otwierają się na innych, stają się duchami towarzystwa i zdobywają znajomych / przyjaciół na całe życie. Ja zauważyłam coś przeciwnego - od jakiegoś czasu jestem coraz bardziej zamknięta w sobie, nie mam ochoty na towarzyskie udzielanie się i coraz gorzej mi z tym idzie. Być może spory wpływ na to ma to, że przez długi czas pracowałam w "obsłudze klienta" i wciąż pamiętam, jak miałam tego dość. Przyrzekłam sobie, że jak już będę szukała poważnej pracy to na pewno musi to być praca samodzielna, z niewielkim kontaktem z ludźmi. Może to troszkę przykre, ale faktycznie nasłuchałam się i napatrzyłam na głupotę / chamstwo / obrzydliwe obrzydlistwo w najróżniejszych formach.

Kiedyś, fakt, że miałam wtedy ledwo naście lat, miałam w sobie spore zapędy społecznikowskie i z rumieńcami na twarzy planowałam jak będę pomagać innym, słabszym. Miałam być przedszkolanką, dziennikarką, zajmującą się problemami społecznymi, socjologiem (oczywiście wybitnym socjologiem, a nie absolwentką socjologii;), a nawet pielęgniarką (a to jeszcze w ogólniaku;)) Dziś dobrze wiem, że nie spełniłabym się w co najmniej połowie tych zawodów, bo...

... bo pomyślałam niedawno ze smutkiem, że ja chyba nie lubię ludzi. Brzmi niedobrze i tak właśnie się z tym czuję. W każdym razie czuję jakieś takie zniechęcenie. Na uczelni nawet nie za bardzo chce mi się uczestniczyć w rozmowach towarzyskich. Te same twarze od 4 lat, a z niektórymi jeszcze nie rozmawiałam, wszyscy pogrupowani. Rozmowy oczywiście o pierdołach, no bo o czym rozmawiać z kimś kogo widuje co tydzień tylko w atmosferze zajęć? Męczy mnie to. Niby i ja mam swoją "grupkę", ale ostatnio też nie czuję bluesa. Nie mam ochoty chodzić na imprezy, nie mam ochoty "bywać", nie mam ochoty się integrować.

Skoro mi z tym dobrze, to czym się martwić... Tym, że jednak czasami myślę, że to ze mną jest coś nie tak. Boję się, że zostanę sama, że jednak zabraknie mi tych rozmów o duperelach, no ale wtedy może będzie za późno...

4 komentarze:

  1. Pewnie nie będzie to pocieszeniem, ale ja też na studiach outsideruję. Tak było na poprzednim kierunku (pod koniec ludzi wręcz nienawidziłam), i z tego co widzę - tak jest też na obecnym kierunku (mimo, że ludzie całkiem nowi). Co z tego, że to kierunek "społecznikowski"?:) Czasem w związku z tą aspołecznością źle się czuje, ale czasem myślę - cholera dobrze mi tak. Nie wiem tylko czemu tą "aspołeczność" tak bardzo porównujesz do obsługi klienta i pracy z ludźmi... Wydaje mi się, że to całkiem inny rodzaj relacji?:) Może chodzi o to, że nie potrzeba nam głębszych relacji, przyjaciół na siłę i integracji na siłę?:) Ty wiesz najlepiej :) Nie życzę powodzenia w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi na studiach, może tak jak teraz miało właśnie być? :) Buziak :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Helineth:) Myślę, że to faktycznie tak jest, że nie potrzeba nam głębszych relacji, przyjaciół na siłę itd. Tylko to wieczne porównywanie się z innymi... Wiem, że wszystkie moje znajomości są super - powierzchowne i po prostu szkoda mi na nie czasu i energii;/ Ale z drugiej strony myślę, że kiedyś mogę tego żałować;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A wiesz, że ja też ostatnio do takiego wniosku doszłam? Że ludzi "nie lubię"? Mam takie momenty, że brakuje mi towarzystwa, ale jednak, gdy przychodzi co do czego, to z okazji to uspołeczniania się rezygnuję. Czasem - bo mnie to nie bawi, czasem - bo tak wygodniej...

    Chyba trzeba się do tego przyzwyczaić, bo wątpię, żeby czas miał coś zmienić. W końcu do 30tki już niedaleko ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy - doskonale Cię rozumiem;) Czasami nie chce mi się wychodzić, bo myślę, że po prostu "nie chce mi się":) Jestem domatorką, zdecydowanie. No, i cóż, nie warto walczyć o coś na siłę (zwłaszcza ze sobą!) i chyba dopóki nie jestem kompletnym "dzikiem" - nie jest tak źle. Mam nadzieję, że nie będę kiedyś załowała:)

    OdpowiedzUsuń