środa, 31 marca 2010

Uśmiech!

Miło jest mieć wreszcie uśmiech na twarzy:) Czas przedświąteczny sprzyja jednak lenistwu. Dziś wreszcie się wyspałam (oczywiście kosztem jednych zajęć), poszłam na mój ulubiony wykład, odwiedziłam ksero, wypiłam kawę ze znajomymi i już jestem z powrotem w domu. Dzisiejsze popołudnie też na pewno spędzę z uśmiechem- mam nowy numer Polityki, czeka mnie robienie pysznego obiadu, a wieczorem pewnie obejrzę z Lubym jakiś film. Jutro i piątek spędzę w pracy, ale praktycznie każdy jest już skupiony na świętach, więc myślę, że nie będę miała zbyt dużo do roboty.
Po świętach czekają mnie w stolicy intensywne weekendy- parapetówka u koleżanek i do tego połowinki na studiach (kto by pomyślał, że to już połowa?).
Takk- właśnie tego mi trzeba. Trochę rozrywki, a z drugiej strony trochę skupienia. Potrzeba mi trochę siebie. Od 2 dni idę przez życie z uśmiechem. Jestem towarzyska, miła, pomocna, nie warczę na nikogo, nie czepiam się Lubego i nawet zaczęłam się cieszyć na myśl o nadchodzących świętach. Nieprawdopodobne- czy to na pewno JA?;)

czwartek, 25 marca 2010

Wiosenne porządki!

No dobrze, wiosna i mnie się wreszcie udzieliła! Co prawda wciąż jestem wyczerpana, ale przynajmniej mam siłę, by znajdować motywacje dla każdego dnia. Nie mam pojęcia skąd wzięło się to moje zmęczenie- sypiam w miarę normalnie, odżywiam się tak, jak zwykle, w zasadzie nic się nie zmieniło. A ja mam ochotę cały dzień leżeć w łóżku, jestem permanentnie niewyspana i przede wszystkim- brak mi chęci na cokolwiek. Coś na kształt jesienno- zimowej depresji. Pozytywne jest to, że przynajmniej zlokalizowałam problem i przekonałam sama siebie, że przecież zawsze tak nie będzie. Pracę kończę w połowie kwietnia- potem dam sobie chwilę wytchnienia, odpocznę, pozałatwiam sprawy, które były "do załatwienia" już kilka miesięcy temu, i nadrobię piętrzące się zaległości. To będzie dobry czas, z całą pewnością:)

Wczoraj już pozwoliłam sobie na popołudnie relaksu- piwo, czipsy, filmik, do tego niezła atmosfera w relacjach z Lubym- miodzio;) Nastawiłam się pozytywie i mam nadzieję, że dam radę przetrwać w takim nastroju jeszcze ze 2-3 tygodnie. Co prawda krążą mi po głowie różnego rodzaju przemyślenia i wnioski, ale staram się nimi na razie nie dołować.

Podsumowując, cel na najbliższe tygodnie: żyć z dnia na dzień, i codziennie znajdować powód do uśmiechu. Na razie odganiać złe chmury, skupiać się tylko na tym, co dobre. Teraz, kiedy jestem tak zmęczona i rozkojarzona, kiedy nie mam czasu, by zebrać w całość wszystkie moje myśli, nie będę zajmowała się planowaniem dalekosiężnym. Muszę gdzieśtam w czasoprzestrzeni znaleźć siebie, a na pewno chaos w głowie i w życiu nie sprzyja tego typu poszukiwaniom.

A na sam koniec piosenka (klik), która zawsze nastraja mnie optymistycznie;)
A więc.... sezon wiosenny czas zacząć! A wraz z wiosną powrócą i ciepłe wieczory, i pewna- siebie- JA:)

poniedziałek, 22 marca 2010

Sulks.

Wyzwolenie z kozaków i zimowych płaszczów zaliczone! I od razu robi się lżej, także na duszy:) Te pierwsze wiosenne dni są jeszcze dość pochmurne i depresyjne, ale pewnie niedługo będzie lepiej.

Mnie natomiast czeka ciężki tydzień- kolokwium, do tego test na angielskim... Wiem, że oznacza to wręcz "okradanie" mojego planu dnia i przeznaczanie dodatkowych godzin na naukę. Weekend też nie zapowiada się oszałamiająco, bo w sobotę pobiegnę do pracy, a potem czeka mnie "impreza", na którą wcale nie mam ochoty iść, a zrobię to tylko ze względu na mojego Lubego (a on pewnie i tak tego nie "doceni"). Nadchodzące święta też nie nastrajają wybitnie optymistycznie. Wygląda na to, że jako- taki odpoczynek czeka mnie po 10 kwietnia... Cóż.

Chyba muszę znaleźć sobie jakiś cel, swojego rodzaju "nagrodę". Czuję, że stoję w miejscu i wszystko wydaje się takie same... Ta sama droga do pracy, te same zajęcia wieczorem... Żyję od pobudki do powrotu do łóżka. Kiedy wieczorem gaszę światło, myślę, że to właśnie na tą chwilę czekałam cały dzień. A kiedy dzwoni rano budzik, pocieszam się w myśli, że ten dzień wkrótce się skończy.... Tak być nie może. Czy naprawdę dwudziestolatka powinna tak żyć? Potrzeba mi przebudzenia- takiego naprawdę, kopa, wiary i uśmiechu. Na razie w zamian mam strach i poczucie przeraźliwej niepewności. Niepewności co do przyszłości, co do kolejnej pracy, co do mojego życia prywatnego... Jeszcze kilka tygodni temu wydawało mi się, że moje wybory są przemyślane, że mam PLAN. Teraz myślę, że to wszystko mżonki i że te moje "wybory" są w istocie ucieczką- od samotności, od odpowiedzialności, od wszelkiej maści trudności... Z jednej strony chcę stabilizacji, ale z drugiej, kiedy wreszcie ją osiągam, zaczynam myśleć o nowych wyzwaniach, o tym, czego jeszcze chcę spróbować... Boję się, że przez te moje młodzieńcze fantazje stanę się bardzo egoistyczną, egocentryczną i niezrównoważoną osobą. A może już taka jestem? ...

czwartek, 18 marca 2010

... i mnie dopadło!

Złość, żal, chandra, a nade wszystko zniesmaczenie wszystkim dookoła! Nie wiem, może to biorytm niekorzystny, może za dużo tej zimy w zimie, za dużo pracy w pracy, a prawdopodobnie jeszcze coś innego. Skutek jest jednak wyraźny: rozmemłanie i zniechęcenie.
Udaje, że się uśmiecham, udaję, że rozumiem, co inni do mnie mówią. Kiwam głową i mam nadzieję, że cała reszta społeczeństwa nie zauważy, jaki mam pustostan w głowie.
Panowie i panie synoptycy zapowiadają ciepły weekend. Czekam z utęsknieniem.

poniedziałek, 15 marca 2010

Odwaga bez brawury:)

Rozchorowałam się i najbliższe dni spędzam w domu:) Na szczęście nie mam zbyt dużej gorączki, więc dni te mogę spędzić całkiem świadomie:) Oczywiście miałam masę planów na cały weekend i dzisiejszy dzień... Nie udało mi się zrealizować jakiejś połowy z nich, ale mam do zrobienia naprawdę wiele i nie mam wcale poczucia, że marnuję czas.

Wczoraj miałam okazję posłuchać ciekawej audycji - rozmowy z doradcą do spraw planowania kariery. Pani psycholog zwróciła uwagę na to, jak wiele rzeczy zależy od naszego otoczenia- od rodziców, rodzeństwa, rówieśników, a nawet obecnych trendów. Radziła zatrzymać się na chwilę, i zastanowić się, jaki wpływ na to co obecnie robimy i jak żyjemy, miały tzw. czynniki zewnętrzne. Rzeczywiście- trudno w wieku 18- stu lat od kogokolwiek wymagać samodzielnych, przemyślanych decyzji, popartych jeszcze zdrowymi przemyśleniami o dzisiejszym świecie:) I oczywiście, bez pomocy rodziców, nikt nie staje się poliglotą. To naturalne. Środowisko kształtuje ludzi, ludzie kształtuję siebie nawzajem, ale jednocześnie każdy z nas ma własny charakter, coś wewnętrznego i osobistego. Warto, by każdy co kilka lat wsłuchał się w siebie- przez pryzmat tego, co osiągnęliśmy i tego, do czego dążymy. Czasami może się okazać, że to, co było ważne kiedyś, teraz wcale nie odgrywa tak dużej roli. Priorytety się zmieniają i trzeba to zauważać, zamiast ślepo pędzić do tego, co sobie założyliśmy w wieku 20 lat.

Dużą część programu zajęła dyskusja o odwadze. Wiadomo- teoria sobie, a praktyka sobie;) Etacik, biureczko, stała pensja- może nie brzmi ekscytująco, ale daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Mnie samej, choć jestem młoda, i nie mam wielu zobowiązań trudno jest się z tym pożegnać. Prowadząca nie zachęcała do rzucania bez zastanowienia dotychczasowego życia, ale do przemyślenia i opracowania metody lub działań, by pogodzić nasze pragnienia, czy może nawet (niech będzie górnolotnie) marzenia, z możliwościami i koniecznością zaspokojenia potrzeb.

Morał był taki: "Odważny, to nie ten kto się nie boi, ale ten który wie, że istnieją rzeczy ważniejsze niż strach. "

I na koniec jeszcze jedno zdanie, które chyba stanie się moim mottem:

"Umieć żyć to:
żyć lekko bez lekkomyślności;
być wesołym bez swawoli;
mieć odwagę bez brawury,
zaufanie i radosną rezygnację."

czwartek, 11 marca 2010

Kiedyś zatrzymam czas, i na skrzydłach jak ptak....

Życie w Warszawie jest dość specyficzne. Lepsze perspektywy, kina, teatry, ciekawe wydarzenia- fakt. Ale z drugiej strony- ciągły pośpiech. Warszawa pędzi. Tłum pędzi. Na autobus, do metra, z pracy, do pracy, na zajęcia dodatkowe... Rzuca się w oczy to, że ludziom szkoda jest każdej minuty. W drodze do pracy czytają książki lub robią ćwiczenia językowe, a co niektórzy plotkują ze znajomymi przez telefon.

Ja sama wpadłam w tą pułapkę. Mam na głowie dużo obowiązków; codziennie wychodzę z domu o 8.00, a wracam ok. 19- 20. W całym tygodniu mam 1 dzień wolny. Po ostatnich wydarzeniach byłam zmuszona przemyśleć kilka spraw... I niestety, okazało się, że zatraciłam trochę priorytety. Zapomniałam PO CO to wszystko robię, większość zajęć traktowałam "po łebkach" i wcale nie jest mi z tym dobrze. Co jakiś czas zmagałam się z wyrzutami sumienia, ale skutecznie je tłumiłam albo tłumaczyłam bardzo zdroworozsądkowo, że "no takie już jest życie". Oczywiście- właśnie takie jest życie, nie można mieć wszystkiego na co mamy ochotę, zawsze coś odbywa się kosztem czegoś, i zazwyczaj odpoczynek jest zbyt krótki;) Ja jednak zapomniałam, że moja praca jest (była?) tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Uświadomiłam sobie, że za bardzo weszła w moje życie, skutecznie utrudniając uczestniczenie w zajęciach, a nawet w angielskim, za który płacę sporo pieniędzy! Szkoła, angielski, rozwijanie się- to teraz powinno być dla mnie naprawdę ważne. A ja nie miałam czasu, żeby przeczytać cokolwiek co nie było podręcznikiem. Nie miałam czasu przeczytać wiadomości. Ba! Ja nie miałam czasu iść do lekarza!

Nie chcę być zbyt niewdzięczna... Oczywiście cieszę się, że nauczyłam się tylu rzeczy. Zdobyłam doświadczenie, zarobiłam pieniądze, trochę odłożyłam, a przy okazji przez te pare miesięcy miałam naprawdę różnorodne obowiązki. Ale! Moim celem zawodowym NIE JEST praca w sekretariacie przy obsłudze klienta aż do emerytury... Chcę się piąć do przodu, zdobywać kolejne umiejętności i mieć na koncie nowe sukcesy. Chcę być ambitna, mieć motywację i przyjemność z tego, co robię! Tutaj niestety troszkę różnimy się z moim M.- on twierdzi, że każda praca jest dobra, jeśli pozwala na w miarę godne życie...

Ja natomiast przypomniałam sobie, że przyszłość jest ciągle przede mną (niby oczywiste). Jeśli teraz nie zadbam, by być dobrym specjalistą po ukończeniu studiów, będę skazana na pracę, która nie przynosi satysfakcji. Albo, co gorsza, sama będę lekceważyła swoje umiejętności i wiedzę!

Na chwilę obecną mam mnóstwo planów i pomysłów. Jeszcze nie wiem na co się zdecyduję i na co mi pozwolą moje możliwości. Na pewno otrząsnęłam się z bezmyślnej egzystencji- jestem teraz bardziej świadoma i skupiona.
Skupiona na sobie:)

poniedziałek, 8 marca 2010

Bo najważniejsza jest wiara....

... w lepsze jutro.

Tytuł posta może trochę przewrotny, ale tak przewrotny był też mój dzisiejszy dzień. Po niemal 9 miesiącach pracy dowiedziałam się, że moja "kariera" w tej firmie dobiega końca... Kiedy składałam zgłoszenie na to stanowisko ogłoszenie mówiło o pracowniku biurowym na 10- 15 godzin tygodniowo. Pomyślałam wtedy, że to praca wprost idealna dla mnie - miałam dość pracy na telefonach, ale oczywiście chciałam mieć czas na naukę. W takim wymiarze czasu przepracowałam może 2 tygodnie. Potem było tylko więcej. Na szczęście plan w kolejnym semestrze pozwalał mi na większe zaangażowanie- zresztą nauczyłam się wszystkiego, polubiłam to zajęcie, więc z łatwością kombinowałam, by wszystko razem połączyć. Udawało się, do dziś. Bo dziś usłyszałam, że jednak z tytułu moich studiów ( i 2 dni zajęć na nich...) nie można na mnie liczyć. W porządku. Rozumiem, firma się rozrasta, jest coraz więcej pracy, ALE mimo to czuję się trochę "niepotrzebna" i niedoceniona.
Wracałam z ciężkim sercem. Znów czeka mnie szukanie pracy, chodzenie na rozmowy (ach, jak ja tego nie lubię!) i oczywiście po raz kolejny będę musiała przystosować się do nowego zajęcia. Przyznaję też, że miałam inne zamierzenia. Planowałam w mojej obecnej pracy zostać do sierpnia, we wrześniu robić praktyki, a kolejny semestr poświęcić na naukę (to będzie bardzo ciężki semestr) i tzw. prace dorywcze. A wobec dzisiejszych wydarzeń, wypada, że powinnam poszukać pracy na kilka miesięcy i dopiero potem realizacja wcześniejszych założeń...

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że mój Luby naprawdę stanął na wysokości zadania. Pocieszył, był w tym stanowczy, obiecał pomoc. Poczułam, że gramy w jednej drużynie i że to my zwyciężymy;)

No, ale nic. Wszystko będzie dobrze. Obecna sytuacja może nie jest mi na rękę (wolę nie myśleć o nadchodzących wydatkach!), ale wierzę, głęboko wierzę, że wszystko znajdzie swój sens. Z pewnością nic nie dzieje się bez przyczyny. Każdy ma swoje pięć minut i każdy potrzebuje zmian.

Kto wie co mnie jeszcze czeka?:) Pozytywne myślenie to coś, czego (o dziwo!) na chwilę obecną mi nie brakuje!;)

czwartek, 4 marca 2010

Wprowadzenie, część druga;>

Przyznam, że to już moje drugie podejście do prowadzenia bloga. Poprzednio brakowało mi czasu, pomysłu, i chyba na samym przodzie- samozaparcia. Odkąd pamiętam byłam osobą dość poukładaną, miałam potrzebę notowania, pisania, planowania i systematyzowania;) I realizowałam te moje potrzeby poprzez pisanie pamiętnika. Tak, owszem. Takiego pisanego , w zeszycie, w kratkę. Minęło już pare lat, w wieku 18-stu lat stwierdziłam, że "wyrosłam z pamiętnika jak ze szkolnego fartucha" i , że czas porzucić już te nastoletnie nawyki. Teraz jednak, kiedy moje życie obrało trochę inne tory, uświadomiłam sobie, że bardzo dużo rzeczy mi "umyka", że czas przelatuje mi między palcami, a ja tak naprawdę nie czerpię życia w taki sposób, w jaki bym chciała. Gdzieśtam mi się plącze po głowie myśl, że dzieje się to wszystko za szybko. Mam nadzieję, że to miejsce pozwoli mi jakoś poukładać sobie świat, wyznaczyć cele i do nich dążyć.

Czuję, że jestem w szczególnym okresie. Bo przecież jestem teraz na przełomie młodzieńczych emocji i marzeń, a szarej dorosłości. To właśnie teraz mam czas na poznawanie samej siebie, na zmianę planów i w ogóle na określenie ich. Tak w gruncie rzeczy, to mam podejrzenia, że ten "przełomowy czas", to tylko wymówki.
W zasadzie czas ten trwa nieprzerwanie od jakiś 10 lat; bo najpierw wiek dojrzewania, potem jakieś życiowe wybory; typu studia , matura, potem uczenie się przetrwania w obcym mieście, na własny rachunek, a teraz znów wymyślam jakieś "kształtowanie siebie". No ale niech będzie.

środa, 3 marca 2010

Primo.

No cóż. Wypadałoby się przedstawić, zawrzeć tu jakiś welcome post, tak dla pro formy. Szczerze wątpię, by ten blog miał jakiegokolwiek czytelnika poza mną, ale samą satysfakcją będzie posiadania kawałka internetu dla siebie;)
Skąd w ogóle taki pomysł? W chwili obecnej 21-letnią studentką dość poważnie brzmiącego kierunku, która odkryła, że ma sporo nowych pasji i które to pasje trzeba jakoś poukładać. Ogólnie wszystko trzeba poukładać- i szkołę, i pracę i życie. I obowiązki, i przyjemności. I radość, i smutki. Potknięcia małe, i duże.

Koniec. Będzie, co będzie. Będzie, co sama tu stworzę;)