czwartek, 27 maja 2010

Lista życzeń.

Wielkich postanowień ciąg dalszy: czas na naukę! Nie tak jak dotychczas - że odrobina czytania, w międzyczasie forum internetowe, trochę obserwacji własnych paznokci, krótkie spojrzenie na zegarek i okazuje się, że "już tak późno!".

Przyznam, że to moje postanowienie nie wynika z niczego innego niż poczucie winy. Większość ludzi na moim roku już ma za sobą przynajmniej jedną praktykę, w planach więcej, a sporej części udało się nawet złapać już do pracy w zawodzie. Barwnie opowiadają o swoich obowiązkach, osiągnięciach, o tym ile się codziennie uczą i jak bardzo jest to motywujące. A ja, mimo, że wcale się nie obijałam, marnie wypadam w konkurencji z osobami, które mają już takie bogate doświadczenie. Szukam praktyk, a na nich w większości wymagają świetnej średniej ocen albo znajomości dwóch języków, czytam profile pracowników - a wśród nich sami absolwenci UW, i to z wyróżnieniem... Łatwo w takich warunkach stracić wiarę w siebie. Dodatkowo dochodzi strach przed nieznanym i obawa, że "tak mało jeszcze wiem"... O ile innych branżach braki w teorii można szybko nadrobić albo po prostu ich nie eksponować, o tyle moja praca będzie się opierała w 90% na wiedzy, którą teraz zdobywam.

Jeszcze 2 lata studiów. Najbliższy rok będzie ciężki- pod względem ilości zajęć i poziomu trudności. To będzie chyba ostatni sprawdzian dla naszej motywacji - przedmioty ważne, na których opiera się całe działanie systemu i obsługi interesantów, ale jednocześnie nudne i wymagające dużej precyzji. Jeśli uda się to starcie przejśc bez większych przygód, na piątym roku głównym wyzwaniem będzie pisanie pracy i pewnie plany - "co dalej?" .

"Co dalej"- to pytanie pojawia się coraz częściej. Nasz ćwiczeniowiec, który jest absolwentem od 2 lat, polecił życzliwie, żeby nie tracić czasu i jeśli jeszcze nie mamy doświadczenia, szybko zapełnić tą lukę. "Nie łudźcie się, że jedna wystarczy"- powiedział poważnie, nie dowierzając, że ktoś chciał to zostawić na wakacje za rok.
Posłuchałam tej rady i postanowiłam, że lipiec poświęcę na praktyki. Moja działalność w potralu internetowym, o którym pisałam wcześniej, nie jest zbyt absorbująca, więc bez problemu 4 dni w tygodniu mogłabym "praktykować" w jakiejś większej firmie, stricte związanej z prawem. Pozostałe 2 miesiące wakacji mogłabym pracować (pieniążki!!!) tylko powstaje pytanie czy tak prędko uda mi się znaleźć pracę...

Nie wiem na ile mój plan jest racjonalny, a na ile jest wynikiem coraz większej presji.
Od dziś akcja: oszczędzanie! W końcu przede mną 2 miesiące bez większych dochodów... Dość z bezmyślnym wydawaniem pieniędzy. Czas zainwestować w przyszłość?

poniedziałek, 24 maja 2010

... bo być żałosnym to wielkie szczęście!

Woody Allen: "Myślę, że życie dzieli się na straszne i żałosne. To są dwie kategorie. Straszne to, no nie wiem, śmiertelne przypadki, niewidomi, kalectwo. Nie wiem jak sobie ludzie dają z tym radę, to zadziwiające. A żałosne są życia wszystkich pozostałych. Więc jeżeli jesteś żałosny, powinieneś być wdzięczny losowi, że jesteś żałosny, bo być żałosnym to wielkie szczęście."

Na co dzień mam coś w sobie z typowego Polaka- trochę marudna, trochę pesymistyczna, trochę bierna, chcąca czegoś, ale tak nie do końca wiedząca czego. Nadchodzi taki czas w życiu kobiety (a miejmy nadzieję, że w życiu mężczyzny również), że trzeba się przebudzić, zauważyć, że nie jest się już tym samym podlotkiem, co kiedyś, i przestać wszystko co tylko możliwe zwalać na tak trudny okres dojrzewania, bądź też na urokliwą, ale męczącą niedojrzałość wieku młodzieńczego;) No. Ale jak już ta wielka chwila nadejdzie, przychodzi okres zagubienia i szukania jestestwa. I dla spostrzegawczych- kolejna wymówka gratis:)

Ponieważ wiosna się trochę ociąga, a ja nie potrafię w tak nieprzewidywalnych warunkach pogodowych szukać wspomnianego jestestwa, postanowiłam sobie pomóc. Sama! O, jaka jestem przedsiębiorcza;D Plan jest taki: codziennie, dzień w dzień, tydzień po tygodniu, zrobić dla siebie coś miłego. Świadomie zrobić coś miłego i to docenić.
Lista drobiazgów, które mnie uszczęśliwiają jest długa: słodka kawa rano, dobre śniadanie zamiast bułki z masłem spożywanej "w kęsach" w przerwie między malowaniem rzęs, a nakładaniem pudru, lektura ciekawego artykułu w ciągu dnia, dobra muzyka, długa kąpiel wieczorem... i tak wymieniać można długo. Takie drobiazgi, tak łatwe przecież to zrealizowania, sprawiają, że po pierwsze, jestem bardziej naładowana energią, po drugie- bardziej pewna siebie! Mam też wrażenie, że mam swoje życie pod kontrolą- bo skoro znajduję czas i na czytanie, i na jajecznicę, to muszę być naprawdę świetnie zorganizowanym cyborgiem:) Nienawidzę, kiedy jestem wciąż zajęta i wciąż"w biegu"- jeśli czymś się zajmę np. w tramwaju- od razu mam poczucie lepiej wykorzystanego czasu. A po trzecie- bardziej doceniam, to co mam- a mam przecież bardzo wiele.

Poza tym stałam się maniakiem planowania. Robię, co mogę by sesja mnie nie zaskoczyła w to lato. Zaczęło się od tego, że zapisywałam terminy kolokwiów i ważnych spraw- teraz do kalendarza wpisuję nawet sprzątania łazienki!

Koniec, proszę państwa, idę cieszyć się swoją żałosnością;)

wtorek, 18 maja 2010

I co ja robię tu?...

Dni spędzane w domu już mnie nudzą. Wiszą nade mną kolokwia, zaliczenia, egzaminy, więc nie podejmuje żadnych sensownych aktywności, bo "przecież mam tyle nauki". Ale w efekcie do tej nauki też mi się trudno zabrać. Może to takie złudne poczucie, że mam tyyyle czasu;) Oczywiście czas ma to do siebie, że się kurczy, kiedy chcę, żeby się dłużył i dłuży, kiedy chcę, żeby się kurczył. Prawidłowość wszechświata, ot co.

Zauważam( dla odmiany), że szkoła stała się dla mnie bardzo inspirująca;) Od paru miesięcy uczestniczę w kursie dotyczącym prawidłowej wymowy, dobrej autoprezentacji i prowadzenia różnego rodzaju wystąpień, wykładów i prezentacji. Oczywiście jak to zwykle bywa po ciekawych wykładach, dziś też poczułam, że moje studia są absolutnie najbardziej ogólnorozwojowe i oprócz tego, że uczę się na nich rozumieć dzisiejszy świat, to przy okazji mam do wyboru całe mnóstwo możliwości co do ścieżki zawodowej. Nie dziwi więc, że dziś wymyśliłam ze dwie nowe wersje mojej przyszłości. No dobrze, chyba to średnio rozsądne zmieniać plany co tydzień... Niezdecydowanie, albo i mnogość zainteresowań- jak kto woli- ja przychylam się raczej do tej drugiej wersji;)
Dlatego też, w imię poszerzania horyzontów, od przyszłego tygodnia zaczynam praktyki w portalu internetowym o którym już pisałam w poprzednim poście. Na szczęście moje zapędy redaktorskie zostały docenione, artykuł próbny- zaakceptowany i zobaczymy gdzie mnie to poniesie. Mam nadzieję, że oprócz satysfakcji i ciekawego wpisu w CV, uda mi się podszkolić trochę "warsztat";) Póki co nakazałam mojemu Lubemu, by zwracał się do mnie per "Pani Redaktor", a co ;D

Pogoda za oknem, oprócz tego , że barowa, skutecznie sprawia, że tracę poczucie czasu! Zalegam na łóżku (lub w łóżku) z ulubioną herbatą, albo kieliszkiem wina i upajam się tą... jesienią;) Tymczasem wczoraj ze zgrozą odkryłam, że zostało jeszcze tylko 1,5 tygodnia maja! A czerwiec dla studentów to czas trudny- sesja, do tego angielski, egzamin końcowy zarówno w szkole, jak i na prywatnym kursie, a potem chyba jakieś szukanie dochodowej pracy, bo przecież samą pisaniną się raczej nie nakarmię...
W ogóle chcę powiedzieć, że czerwca nie lubię. Katar sienny, zatkany nos, pyłki, komary, no i poczucie, że znów coś się skończyło- a to szkoła, a to kolejny rok studiów. Paradoksalnie sylwester to dla mnie miły przerywnik w całym roku, od razu po świątecznym obżarstwie miło przecież potańczyć, spalić kalorie, wypić szampana i się z czegoś pocieszyć. A te czerwcowe końce są mniej szumne, mniej patetyczne. Są takie BIEDNE i NIEZAUWAŻANE, więc, dla kontrastu, na dłużej przykuwają moją uwagę.
Oj, dobrze, na dziś to będzie na tyle;)

piątek, 14 maja 2010

Staram się praktykować;)

Niedawno pisałam, że byłam u doradcy zawodowego. W zasadzie wiele się nie dowiedziałam, życia mi to na pewno nie zmieniło i oprócz kosmetycznych poprawek w moim CV i małego testu predyspozycji nic innego nie wyniosłam. Z drugiej strony od początku wiedziałam, że zbyt wiele oczekuję od tego spotkania. W każdym razie, we wspomnianym teście wyszło, że posiadam umiejętność posługiwania się słowami w mowie i piśmie (nooo.... w końcu od 6 roku życia chodzę do szkoły- byłoby mi co najmniej głupio gdybym do tej pory tego nie opanowała;), a także wyjaśniania, instruowania, reprezentowania, wyjaśniania cudzych opinii. Sugerowane zawody: tłumacz, nauczyciel, dziennikarz, spiker.
Przypadek sprawił, że natknęłam się na ofertę praktyk studenckich w redakcji pewnego portalu internetowego. Szybciutko wysłałam odpowiedź, po kilku dniach zostałam zaproszona na rozmowę, a teraz przede mną ostatni etap- "próbny" artykuł:) Wierzę, że mi się uda, i kto wie, może naprawdę to coś, co zajmie mnie na kilka najbliższych lat?

W duszy mi więc gra, jednak pogoda w ogóle mnie w tej radości nie wspiera;) Deszczowo, pochmurnie, nostalgicznie i jesiennie. Ale trzymam się dzielnie, popijam kawkę i staram się pożytkować czas jak tylko mogę. Wczoraj miałam popołudnie pełne relaksu w doborowym towarzystwie, co dodatkowo napełniło mnie energią i motywacją. A już jutro w stolicy organizowana jest Noc Muzeów, a w jej ramach nawet koncert Stanisława Soyki, nauka jedzenia pałeczkami i szereg innych atrakcji zupełnie niezwiązanych z tradycyjnym (i nudnym!) skojarzeniem z muzeum. Mam nadzieję, że pogoda znów nie zawiedzie. No, a nawet jeśli, trudno, raz w roku warto zażyć trochę więcej kultury niż serial na kompie- nawet jeśli mam to odkupić za cenę nie-idealnego wyglądu;)

niedziela, 9 maja 2010

"Teraz albo nigdy"

I kolejna muzyczna inspiracja- klik - nie jestem najwierniejszą fanką T. Love, ale fanką w stopniu umiarkowanym- owszem;) Dodatkowo pobudza mnie myśl, że już za tydzień prawdopodobnie będę na koncercie tej grupy:)
W tym poście nie zamierzam polemizować z oczywistościami dzisiejszej rzeczywistości- mamy XXI wiek, społeczeństwo konsumpcyjne, więc i mało kogo stać (zarówno finansowo, jak i psychicznie) rzucić wszystko i zająć się "prawdziwym życiem". Bo i czym jest to prawdziwe życie, którym śpiewa Muniek? No chyba po prostu poczucie "nie marnowania czasu". Teraz ludzie biegną i nie do końca wiedzą po co. No i faktycznie- ja też generuję ciągle nowe potrzeby, mam ciągle nowe wydatki, a pewnie w gruncie rzeczy obeszłabym się bez połowy z tych rzeczy. Studia zaczęłam nie dla przyjemności- zwyciężyła presja otoczenia, że no przecież dziewczyna z takiej dobrej szkoły- to było nie do pomyślenia, żebym nie kontynuowała nauki. Do tego chciałam bardzo wyrwać się z rodzinnego domu, i wówczas nie miałam żadnego innego pomysłu jak to zrobić. Udało się- wyjechałam, zaczęłam bywać na "Uniwersytecie", i choć znalazłam się tam z kompletnego przypadku, po pewnym czasie stało się to moją, no niech będzie, pasją. A jeśli nie pasją to czymś, co naprawdę lubię.

No i co będzie dalej? Moja babcia pewnie powiedziałaby, żebym się tym nie zajmowała, bo i tak będzie jak zechce Bóg;) Ja myślę, że właśnie teraz, w tym nowoczesnym świecie, ludzie są bardziej zagubieni niż kilkadziesiąt lat temu... Jesteśmy świadomi masy możliwości, a jednocześnie żyjemy osiągnięciami innych (nie bójmy się do tego przyznać). Śledzimy losy naszych przyjaciół, rodziny i nie rzadko - zazdrościmy. Samochodów, wiedzy, wykształcenia, a nawet grzecznych dzieci, dobrych mężów i ładnych żon;) Chcemy mieć wszystko naj... I ja też! Przecież stąd wziął się ten blog, kurs języka i nawet moje zeszłotygodniowe spotkanie z doradcą zawodowym! Ale czasami pojawia się taka cicha myśl: że po co to wszystko? Czy naprawdę jak zdam tego Advance'a to będę wymiernie szczęśliwsza? Czy wiem do czego dążę?....

Tu do akcji wkracza moja teoria świata (a tak, mam swoją własną;) Zatem: uważam, że nasz rzeczywistośc jest w istocie czymś w rodzaju czyśćca. Albo nawet piekła. Bo niech każdy uświadomi sobie w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy. Od dzieciństwa uczymy się życia, potem podejmujemy mniejsze lub większe wysiłki, by się jakoś "urządzić" w życiu. I tak się staramy, pocimy lub przeciwnie, wykonujemy marną pracę za marne pieniądze i nie wiemy do czego to prowadzi. I nie wiemy kiedy nastąpi koniec. Kiedy zastanawiam się co bym zrobiła gdybym wiedziała, że za 2 lata czeka mnie śmierć, wiem tyle, że na pewno nie robiłabym tego, co teraz. Może zaczęłabym uczyć się tańczyć, może wzięłabym udział w Idolu, a może napisałabym książkę? To tylko przykłady;) Tymczasem toczę ciągłą walkę z czasem, myślę o tym kiedy będę mogła wybrać kafelki do kuchni w mieszkaniu, którego jeszcze nie mam i tylko czasami, kiedy słyszę ulicznych grajków myślę, że jednak coś mi ucieka...

Ten post naprawdę nie miał mieć w założeniu tak pesymistycznego wydźwięku.

środa, 5 maja 2010

Post na co dzień. vol. 2.

Tak właściwie nie do końca wiem o czym dziś chcę pisać. Moje przemyślenia na "poważne" tematy mieszają się z problemami dnia codziennego, a taki mix to nic ciekawego.

Na początek: Utonęłam w książkach. Do piątkowego wieczoru jestem uziemiona z prawem spadkowym (co za ironia;)) Czytam, analizuję, zapamiętuje, powtarzam, przetwarzam i bierze mnie już NIEMOC. Wirtualnie uśmiercam każdego członka mojej rodziny i (również wirtualnie) analizuję komu, jaki spadek przypadnie. Nie ma co, rodzinka byłaby zachwycona, z pewnością.

Łikent majowy wcale nie był dugi, a spędzony w stolicy niewiele różnił się od innych dni. No, może tym, że po raz pierwszy od długiego czasu widziałam mojego Lubego siedzącego nad książkami. Przez chwilę poczułam nawet ... współczucie! Ale i ten stan się nie przedłużał, bo 3 dni na dopracowanie pracy dyplomowej to widać wystarczająco, więc już wszystko wróciło do normy. Do normy- czyli ja się uczę i fantazjuje co mogłabym robić gdybym miała odrobinę więcej wolnego (ktoś złośliwy mógłby rzucić od niechcenia: no tak, na przykład pisać bloga o niczym! Ale jestem twarda i się nie daję takim złowrogim sugestiom;)
Jedyne co mi teraz sprzyja to pogoda, bo jesienno- depresyjna mżawka skutecznie tłumi moją chęć do wystawienia swojej dupki na świeże, wiosenne powietrze.

Soczki, kawki, ciasteczka- może to pomoże przetrwać;)