sobota, 26 czerwca 2010

W żyłach płonie...

Sesja zakończona w stylu taneczno - grilowo - pijackim. Czyli standard. Piątkowy dżdżysty wieczór przerodził się w przepiękny słoneczny sobotni ranek, przywitany zresztą nie w swojej pościeli i nie w swoim łóżku. Teraz "dzień po" borykam się z obolałymi niemal wszystkimi częściami ciała i z rzeczywistością, która już nie wiruje. Cóż, skoro na tym blogu jest miejsce na moje osobiste postanowienia to czas dorzucić jeszcze jedno: picie bez upijania się.

Ostatni rok był dla mnie dość mocno imprezowy, wkręciłam się w życie studenckie, no może daleka byłam od cotygodniowych popijaw, ale jednak, zdarzały się i takie, moim zdaniem, trochę zbyt intensywne. Także koniec z tym, wkraczam (a raczej wracam!) w erę imprezowania z "kulturą", imprezowania dłużej niż do północy i imprezowania bez kaca giganta i bez żadnych luk w pamięci.

Czas też na zweryfikowanie moich znajomości - ile z nich przetrwa? Czy nadal te spotkania będą takie zabawne, jeśli będzie mi towarzyszyła mniejsza dawka alkoholu? Czy nadal będę chciała uczestniczyć w tych spotkaniach? Czas pokaże.

Przyznaję bez bicia, że jeszcze 2 miesiące temu byłam zafascynowana tym całym życiem towarzyskim. Byłam przekonana, że wokół mnie jest tyle serdecznych osób, że jest tak swojsko i że ojej- jednym słowem Szał. Radość, uśmiech, tańce, swawola. Ale to nie wszystko. Mam dość robienia z siebie głupka, mam dość patrzenia na takich głupków. Aż wreszcie, na końcu - jest mi trochę wstyd...

Hm, post brzmi trochę jak spowiedź anonimowego alkoholika;) Nie to, że jestem jakąś naczelną imprezowiczką, która wymiotuje gdzieś pod stołem za każdym razem;) Po prostu, to życie, te imprezy, ten model spędzania czasu stał się trochę za bardzo "prymitywny". Czas otworzyć oczy i smakować życie, a nie gasić to pragnienie dawką wody ognistej. Świętować sukcesy, a nie je "zapijać". Cieszyć się z wolnego czasu, a nie przypominać sobie poprzednią noc.

wtorek, 22 czerwca 2010

postcrossing.com

Korzystając z odrobiny wolnego czasu i miłej pogody, sprzyjającej nic - nie - robieniu, postanowiłam powrócić do, no nazwijmy to mojego małego hobby.

Projekt nazywa się Postcrossing - Postcards Travel Around the World. Czyli nazwa mówi sama za siebie; cała rzecz polega na tym, że ludzie z całego świata wymieniają się pocztówkami. Na początku cała ta idea wydawała mi się bez sensu, bo przecież co to za radość wysyłać kartki, a zresztą gdzie te kartki znaleźć? Z drugiej strony byłam strasznie ciekawa skąd przychodziłyby pocztówki do mnie i kto by je wysyłał. Wysłałam więc swoją pierwszą pocztówkę...

Teraz na koncie mam 4 wysłane, 7 odebranych. Moje pocztówki przemierzyły 12 510 km i 3 kontynenty. Pocztówka z najdalszego miejsca to kartka z Nowej Zelandii od Gordona, któremu wydawało się, że jest kotem... Najdalej wysłana przede mnie pocztówka była do ok. 10 - letnich bliźniaków mieszkających na zachodnim wybrzeżu USA.

Jednym słowem - fajna zabawa. To jest dla mnie taki substytut dalekich podróży - w końcu w tej sposób mogę zobaczyć "kawałeczek"(dosłownie;) innego kraju i "poznać" jego mieszkańca;)

Moim postrossingowym marzeniem jest dostanie kartki z jakiejś egzotycznej wyspy albo któregoś afrykańskiego państwa;) Jedyne ograniczenie, które sama sobie narzuciłam to nie wysyłanie więcej niż 5 kartek miesięcznie, bo jednak nie chcę, żeby to za bardzo pustoszyło mi portfel;)

Także... niech Panie na poczcie mają się na baczności - wracam;)

niedziela, 20 czerwca 2010

Cicho - sza i wakacje tuż - tuż.

Przede mną ostatnia prosta do udanego końca sesji. Najtrudniejszy egzamin mam za sobą, zaliczony powyżej moich oczekiwań, także jeśli szczęście nie opuści mnie jeszcze przez chwile, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii mojej uczelnianej kariery zaliczę sesję letnią w terminie. I będę się mogła cieszyć 3 miesięcznymi wakacjami bez żadnych wrześniowych „zobowiązań”;) Cieszy mnie to bardzo i motywuje!

A wakacje… Na pewno będą inne od wszystkich. Z wielu powodów. Po pierwsze, po raz pierwszy nie będę musiała wykonywać pracy typowo „dorywczej” i będę zarobkowo zajmowała się czymś co naprawdę lubię! Może nie zarobię „kokosów”, ale mogę sobie na to pozwolić. Po drugie, mój Luby ma w planach kupić motor, a to otwiera drzwi do ciekawych wyjazdów i spędzania wolnego czasu w terenie. Po trzecie, wydaję za mąż własną matkę, co jest jeszcze dla mnie samej zjawiskiem nie do końca zrozumianym – ale z pewnością zmieni to także moje dotychczasowe życie…

Poza tym, chcę wybrać temat magisterki, zrobić praktyki studenckie, poduczyć się angielskiego, nadrobić zaległości w czytaniu, w słuchaniu… Praktycznie we wszystkim. Może zrealizuje mój plan odświeżenia wiadomości w niemieckiego, o którym pisałam?

Wierzę, że będzie fajnie i inaczej. To chyba ostatnie tak beztroskie wakacje, na jakie będę mogła sobie pozwolić, więc naprawdę mam silną motywacje, by wykorzystać je jak najlepiej.

Tymczasem… mamy ciszę wyborczą. Swój obywatelski obowiązek już wypełniłam i zagłosowałam. Ogólnie jestem osobą emocjonującą się polityką. Wiem, że ostatnia kampania była raczej występem zdolnych PR – owców, ale mimo to znajduję sporą przyjemność w śledzeniu tych wszystkich politycznych wydarzeń. Dziś po raz pierwszy pomyślałam, że w demokracji jednak nie każdy głos powinien być równy. Korzystając z okazji, że jestem w rodzinnym mieście, odwiedziłam ciotkę. Oczywiście rozmowa zeszła na politykę i cioteczka radośnie stwierdziła, że głosuje na kandydata, który jej zdaniem wygląda na geja. A geje to tacy wrażliwi ludzie. On nie ma żadnego poparcia. Będzie mu przykro. Więc ona odda mu swój głos. To co, że nie ma nawet pojęcia z ramienia jakiej partii kandyduje. To co, że nie ma pojęcia jakie poglądy reprezentuje.
Szanuje ludzi, którzy mają inne poglądy. Poglądy. Ale nie mogę strawić, że ktoś tak lekkomyślnie traktuje kwestie wyborów, a potem jest PIERWSZY do krytykowania.

Uf, musiałam się wygadać;)

sobota, 12 czerwca 2010

Nastój przedsesyjny.

Zacznę od tego co najświeższe - przed chwilą zmieniłam szablon bloga. To jakieś nowa opcja udostępniona przez bloggera, która bardzo przypadła mi do gustu. Poprzedni wygląd nie za bardzo mi się podobał - a teraz, po zmianach, mam zdecydowanie większą motywację do pisania;)

Od kilku dni z nieba płynie jeden wielki skwar, oczywiście idąc za tłumem- również narzekam. Tak jak narzekałam na początku miesiąca, że jest za zimno, tak teraz że się topię. Przynajmniej w jednej kwestii jestem konsekwentna - moja nauka wciąż nie jest efektywna! Jak mam się uczyć, gdy w mieszkaniu poci mi się wszystko łącznie z przestrzeniami między palcami, a do tego katar zatyka mi wszystkie dziurki w nosie jakie mam? Niemożliwe. Poza tym mam oczywiście milion tysięcy innych wymówek - a bo zrobię sałatkę, a bo sezon na truskawki się zaczął, a bo musze zjeść winogrona, a bo trzeba włożyć butelkę wody do lodówki.... Ten kto wymyślił sesję w czerwcu był nieszczęśliwym człowiekiem.

Szef - szefów z którym miałam rozmawawiać też okazał się być nieszczęśliwym człowiekiem. A jeśli szczęśliwym to na pewno gburowatym. Nic się od niego konkretnego nie dowiedziałam oprócz tego że jestem młoda, studiuję , więc trochę nie- halo i w zasadzie to on nie wie co ja miałabym robić. No cóż, przecież to nie ja organizowałam to spotkanie... Na szczęście Pani Naczelna jest trochę bardziej zorganizowana i w zasadzie merytoryczne spotkanie odbyło się właśnie z nią. Co z tego wyjdzie - nie chcę zapeszać. Wszystko się okaże w lipcu lub pod koniec czerwca.

Tymczasem, sesja. Oddalam się w stronę kodeksu....

piątek, 4 czerwca 2010

Dwa wnioski i jeden sukces.

Dziś będzie o wnioskach. Może nie jestem przesadnie rozważną osobą, ale czasami uda mi się jakąś naukę wyciągnąć ze zdarzeń, które mi się przytrafiają.

A zatem - wniosek namber łan: planować można wiele, a życie i tak idzie swoim torem. Ok, przyznaję, że miewam bardziej błyskotliwe myśli - ale do sedna! Martwiłam się i o pieniądze, i o wakacje, i o brak doświadczenia. Przyszło wszystko - perspektywa zarobków, fajnej pracy i rozwijania swojej wiedzy - związanej ze studiami! A jakim cudem wszystko to przyszło do mnie w jednym czasie? Tutaj czas zapoznać się z ...

...wnioskiem namber TU: komunikacja to podstawa! Tak, znów brzmi trywialnie. O komunikacji słyszy się wiele; psycholodzy - radzą, gazety - piszą, telewizja - kłamie. Gdybym jednak siedziała cicho, potulnie wykonywała wszystkie polecenia - nadal byłabym w tym samym miejscu co tydzień temu - czyli z praktykami, które mnie nie satysfakcjonują i pilną potrzebą zdobycia jakiegokolwiek doświadczenia.

Nic nie ryzykowałam i zasygnalizowałam szefowej, że chciałabym się zacząć zajmować innymi tematami. System pracy poznałam, wszystko co mi zlecono robiłam bezbłędnie, więc uznałam, że po dwóch tygodniach zasługuję na trochę więcej wyzwań;) Początkowo trochę mnie zbyła i zasugerowała, żebym się zastanowiła co w takim razie chcę robić. I to właśnie mi otworzyło drzwi. Nie musiałam się zastanawiać, bo już dobrze to wiedziałam. Jedyne co zrobiłam to sprecyzowałam moje oczekiwania i wysunęłam kilka propozycji. Inicjatywa widać jest w cenie. Reszta potoczyła się bardzo szybko - dostałam propozycję pracy, trochę pochwał i zdecydowanie odsunięto mnie od działu, w którym dotychczas działałam. Teraz przede mną spotkanie z szefem szefów, który zapragnął mnie poznać osobiście:)

Tak naprawdę wciąż nie wierzę w to co się dzieje. Najbardziej motywujące jest to, że naprawdę wszystko zawdzięczam sobie (no i oczywiście reakcji Pani Naczelnej). Nie ma w tym wszystkim ani chwili przypadku. Sama znalazłam te praktyki, napisałam list motywacyjny, sama wyszłam z inicjatywą, a jak tylko pojawił się cień szansy - natychmiast to wykorzystałam.

To jest mój sukces - pierwszy tak ściśle związany z tematyką tego bloga. Nie chcę popadać w nadmierny zachwyt - ale to trudne. Nie chcę wyprzedzać zdarzeń - ale wyobraźnię mam bujną. Wiem, że muszę czekać co przyniesie rozmowa z Szefem - Szefów i jak bardzo nasze wizje się pokryją. Ale mimo to czuję się doceniona, jestem traktowana jak równorzędny partner i widzę przed sobą wyzwanie. Czy mogę chcieć więcej?

wtorek, 1 czerwca 2010

Miła niespodzianka.

Dostałam bardzo miłą niespodziankę:) Na moich praktykach zaproponowano mi niewielkie wynagrodzenie za moderowanie pewnego forum internetowego. Mimo tego, że to wynagrodzenie faktycznie niewielkie, jestem zadowolona. Po pierwsze, cieszę się bardzo że ktoś mnie docenił (i to jeszcze w tak krótkim czasie!), po drugie - wreszcie coś związanego ze studiami, po trzecie - myślę, że da mi to możliwość "wykazania się" i dalszych małych i mniejszych sukcesów?;) No w każdym razie, jest super, troszkę mój budżet zostanie zasilony , więc nie pozostało mi nic innego jak tylko być wdzięczna losowi, że zostałam potraktowana w tak "specjalny" sposób.

Jedynym minusem tych praktyk jest to... że muszę dosłownie walczyć o każdy temat gospodarczo - prawny. Może jeszcze za wcześnie, może na razie mam się wdrożyć i nauczyć, a może po prostu jestem jeszcze młoda stażem i jestem ostatnia w kolejce po fajne zadania. Fakt jest jednak taki, że jestem troszkę zła, że poszłam na praktyki studenckie, które z moimi studiami niewiele mają wspólnego. Biorąc jednak pod uwagę, że taki wpis będzie całkiem fajnie wyglądał w CV (tak naprawdę to już wygląda;) i to, że ogólnie praktyki te nie są absorbujące czasowo - na pewno do końca czerwca zostaję. Jak będzie dalej - zobaczymy.

Plan A - w lipcu 3- 4 razy w tyg. będę chodziła na praktyki typowo prawnicze w jakiejś kancelarii lub biurze prawnym. Pozostała część tygodnia- redakcja i moderowanie "mojego" forum. Reszta wakacji - bez precyzyjnych planów - ale mogą to być choćby telefony.

Plan B - nie wiem:( Mam bardzo silną presję i motywację, by zrealizować plan A, że nawet nie wymyśliłam innej opcji. Nie przypuszczałam niestety, że będzie tak trudno znaleźć bezpłatne przecież praktyki. Wydawało mi się, że w okresie urlopowym taki studenciak jest świetną opcją dla firm. A jednak - trochę się myliłam. W środę zamierzam odwiedzić Biuro Karier mojej uczelni - może oni mnie gdzieś skierują "z urzędu?;)