środa, 22 września 2010

Oj tam, oj tam!

Plan na nowy semestr ułożony - walka z usosem wygrana! Przez pół wczorajszego dnia wydawałam z siebie całe potoki brzydkich słów, denerwując się, że usos nie działa, że strona znów niedostępna, że na pewno ktoś właśnie zajmuje ostatnie miejsce na "moje" seminarium, a ja ćwiczę mięśnie kciuka przez ciągle naciskanie "odśwież, odśwież".
W rezultacie okazało się, że w tym pojedynku mój kciuk całkiem nieźle się spisał i udało mi się zapisać na (niemal) wszystko tak, jak planowałam. Sukcesem jest to, że nie muszę biec do dziekanatu z podaniem o zmianę grup, a niestety wśród moich znajomych jest wiele nieszczęśników, którym zostały miejsca na najmniej obleganych przedmiotach specjalizacyjnych (np. rozpad związku sowieckiego;)) i wybitnie (nie)ciekawych seminariach magisterskich (no, kto nie chciałby pisać pracy na temat ustrojów małżeńskich w starożytnym Rzymie?):) Cóż, dziekanat czeka oblężenie;)

Ja w ramach przedmiotów specjalizacyjnych będę chodziła na negocjacje i ustroje konstytucyjne współczesnych państw. Chociaż nie do końca to planowałam, jestem dość pozytywnie nastawiona i jestem ciekawa czego się dowiem na tych zajęciach.

Aleeee... żeby nie było zbyt optymistycznie - mój plan życia na najbliższe pół roku nie zapowiada się najlepiej. Czuję, że będzie mało spania, a wiele narzekania. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy jest sens zapisywania się na ten angielski, skoro będę taka zajęta, ale nie dam się. Najwyżej do CAE podejdę dopiero w zimę 2011 - póki co nie będę znowu odwlekała tego wszystkiego i zapominała tego, czego nauczyłam się w zeszłym roku.

Póki co jednak cieszę się jesienią. Dość ciepłą, całkiem słoneczną. Żegnam lato, żałując, że następne dopiero za rok. Powoli robię rachunek sumienia ze swoich wakacyjnych postanowień, robię kolejne na najbliższy czas. Szkoda, że mam tak mało czasu na taką "celebracje", ale wiem - oczekuję zbyt wiele;) Ostatnio chodzi za mną powiedzenie mojej koleżanki: "oj tam, oj tam, haha". I mam nadzieję, że tak będzie przez najbliższy czas - z dystansem - oj tam, oj tam. Ha.

środa, 15 września 2010

Panna Sknera;)

Ironia - akurat w miesiącu, kiedy moje zarobki są najmniejsze, wydatki ciągle się mnożą! To irytujące, bo bywały czasy, kiedy (z radością) patrzyłam na swoje konto bankowe, które rosło w siłę;)

Z roku na rok jestem jednak coraz bardziej samodzielna i przekonuję się, że w życiu wystarczająca ilość pieniędzy nie równa się tylko wydatkom na mieszkanie i jedzenie - wstyd przyznać, ale kiedyś tak myślałam;) Oczywiście pomijając to, że wydałam trochę pieniędzy na wyprawie w góry, początek października będzie czasem, w którym moje konto będzie się z dnia na dzień uszczuplało.

Wydatek nr 1: angielski. Bardzo zależy mi na tym, żeby dokończyć naukę i zwieńczyć ją certyfikatem. Już teraz wiem, że będzie mi trudno pogodzić studia z przygotowaniami do egzaminu, ale liczę, że dam radę. Chcę też zapłacić za cały semestr z góry, co da mi 100 zł rabatu i pozwoli na spokojne oszczędzenie na kolejną płatność.

Wydatek nr 2: dentysta. Nie znam żadnej osoby, która korzysta z usług "publicznego" stomatologa i ja też do nich nie należę. A prywatne usługi to niemały (choć moim zdaniem konieczny) koszt. Mam 3 zęby do leczenia, co będzie kosztowało ok. 400 zł. Z żalem rozstaję się z tymi pieniędzmi przy każdej wizycie, ale zęby zdecydowanie stały się moim priorytetem. Przestraszyłam się, że jak nadal będę tak lekceważyła tą kwestię, w efekcie szybko będę musiała się pozbyć moich własnych zębów. To świetna motywacja, i postanowiłam większą uwagę przykładać do codziennej pielęgnacji - dziś kupiłam nić dentystyczną, a niedługo dokupię płyn do płukania. Mam nadzieję, że to je wzmocni i pomoże unikać tak dużych wydatków w przyszłości.

Wydatek nr 3: książki. Rozpoczyna się rok akademicki, moja biblioteka uczelniana jest bardzo kiepsko zapatrzona, a to, czego się uczę zmienia się bardzo szybko i często nawet książki z poprzedniego roku są bardzo nieaktualne. Oczywiście postaram się koszty zmniejszyć do minimum (ksero, ewentualnie odkupienie od starszego rocznika), ale nie mam wątpliwości, że i tak będzie to spory wydatek.

Wydatek nr 4: pantofle na jesień, a w dalszej perspektywie kozaki. Na szczęście nie mam w zwyczaju kupować drogich butów, ale pantofle i tak będą kosztowały pewnie niecałą stówę. O kozakach na razie nie myślę.

Wydatek nr 5: październikowe wesele znajomych. Szczerze powiedziawszy nawet nie mam ochoty na nie iść i najchętniej zostałabym w ten weekend w warszawie, ale pojechała do domu rodzinnego, ale to "nie wypada" nie iść... To są w zasadzie znajomi od strony mojego Lubego, ale mimo wszystko czuję się w obowiązku "dołożyć" do prezentu...

Wydatki poboczne: oczywiście wszystko to, co kupujemy i wydaje się być absolutnie niezbędne. Niektórzy twierdzą, że na tzw. życiu nie da się oszczędzać. Nie zgadzam się z tą teorią, staram się kupować tańsze zamienniki, ale wiadomo, że czasami zdarza mi się zaszaleć z jedzeniem, skusić się na bluzkę, błyszczyk i mam zwyczaj kupowania co tydzień gazety (choć nie wykluczam, że z braku czasu wkrótce to porzucę). Wszystko to jest małym wydatkiem, ale po zsumowaniu wychodzi wcale nie taka mała kwota.

Przy okazji zauważyłam u siebie dość śmieszną cechę - w gruncie rzeczy mam trochę oszczędności i bez problemu mogłabym je wypłacić i kupić to wszystko na raz. Jednak kombinuję jak mogę (m. in. wystawiając swoje nieużywane rzeczy na allegro, planując ze szczegółami i starając się dodatkowo oszczędzać), by w jak najmniejszym stopniu ruszyć swoje oszczędności. Praca w redakcji nie jest stała i nie jest pewna, wiem, że nie będę miała czasu na dodatkową pracę, więc w efekcie zaczęłam nawet rozmyślać nad funduszami na prezenty świąteczne;) Ot, nic innego tylko panna Sknera ze mnie;)

niedziela, 12 września 2010

Jesienna chandra?

Wpadłam w jakiś marazm. Dni mijają bardzo szybko, spędzam je dość aktywnie, ale przy ogólnym bilansie wszystko wygląda jednak blado. W ramach szlifowania angielskiego czytam książkę, łikend spędziłam w rodzinnym domu więc korzystałam z dobrodziejstw telewizji i TVN24, oprócz tego czytam gazety, słucham muzyki, ale robię to wszystko bez przekonania i jest jakoś jałowo.

Nagle, niemal wszystko co robię wydaje się bez sensu. I angielski, i nauka, i nawet redakcja. Mój Luby dostał nową pracę, widzę jak się tam odnajduję, widzę, że ma zapewnione niezłe warunki. I boję się, że ja nie będę mogła czerpać takiej satysfakcji z mojego życia. Że będę przemęczona, że ciągle będę musiała się dokształcać, a przy tym będę czuła wielką presję.

Do tego przygnębiają mnie te praktyki. Wiem, że jestem monotematyczna i właściwie od dwóch miesięcy narzekam na nie przy okazji każdego posta, ale wierzcie, że jeśli coś tak bardzo męczy, a przy okazji jest tak ściśle związane z niedaleką (przecież) przyszłością, można przez to stracić wiele energii. Marzę by poświęcić się czemuś innemu, by zobaczyć jak wygląda praca w sądzie albo większej firmie. Niestety, przez najbliższe kilka miesięcy jest to niemożliwe.

Szkoda, widzę, że troszkę tracę cele i motywacje. Nie mogę napisać, że już niedługo wiosna, nie mogę napisać, że niedługo wypocznę… Wobec tego muszę liczyć, że „samo przejdzie”. Mam taką nadzieję, bo jeśli tak się nie stanie, wejdę w nowy rok akademicki zła, zniechęcona i już na starcie zmęczona…

środa, 8 września 2010

I kolejne rozterki...

Ogarnia mnie złość, jak myślę, że już za 3 tygodnie muszę wrócić na zajęcia. Dni jak zwykle mijają za szybko, a ja chcę mieć czas (i pieniądze;)) na wszystko. Tak się nie daaa - wiem;)

Na stronie mojego wydziału pojawił się już plan - spodziewałam się, że będę miała dużo zajęć, ale rozkład wykładów i ćwiczeń jest i tak beznadziejny;/ Jeśli uda mi się zarejestrować do odpowiednich grup 3 dni w tyg. będę miała zajęcia cały dzień (od 8 -9 do 18.15), pozostałe dwa będą trochę "wolniejsze". Z takim planem nie mam co myśleć o październikowych praktykach - nie ma sensu chodzić do kancelarii po 2 godziny 2 razy w tygodniu...

Najbardziej zdenerwowałam się jak odkryłam, że zajęcia będą kolidowały z dodatkowym angielskim! Niestety, choćbym nie wiem jak się nagimnastykowała nie dam rady przesunąć tych zajęć, a w szkole językowej zmiana godziny też nie wchodzi w grę. Wczoraj odbyłam mały rajd po okolicznych szkołach i pozostaje mi albo dojeżdżać do centrum miasta w dni, które mi zupełnie nie odpowiadają albo płacić więcej;/ Jeśli wybiorę opcje pierwszą kurs wyniesie mnie taniej (duży plus!), zostanę w tej samej szkole (też plus), ale czas każdych zajęć rozciągnie się o niecałą godzinę (dojazdy), w dodatku nie do końca odpowiadają mi dni. Jeśli zdecyduję się na opcję drugą - będę musiała płacić o jakieś 200 zł drożej na semestr, i tak będę musiała wychodzić z zajęć (na studiach) o 15 minut wcześniej, ale za to będę miała blisko zarówno ze szkoły, jak i z powrotem do domu. Na chwilę obecną mam jeszcze trochę czasu na zastanowienie, ale w głowie okropny mętlik. Na pewno nie chciałabym rezygnować w tego angielskiego, ponieważ szkoda mi inwestycji z poprzedniego semestru, a poza tym nie sądzę bym na piątym roku dała radę pracować, uczyć się, pisać pracę mgr i w dodatku przygotowywać się do advance'a. Wydaje mi się, że teraz jest ostatni dzwonek, bym dokończyła ten mój angielski...

Jedynym plusem wśród wszystkich tych myśli i zdarzeń jest to, że w redakcji mogę liczyć na kolejne umowy. Nie wiem oczywiście jak długo wydawca będzie tak hojny;) W każdym razie mam pewność na wynagrodzenie w przyszłym miesiącu;)

poniedziałek, 6 września 2010

Powrót do codzienności...

Powrót z wakacji zazwyczaj jest dość "bolesny". Warszawa, choć dobrze mi już znana i całkiem lubiana, rozczarowuje po konfrontacji z terenami "dziewiczymi". Przyznaję, że przez te parę dni było parę kwestii, które mnie wkurzały (przede wszystkim - czynnik ludzki), ale ogólnie urlop zdecydowanie na plus.

Przede wszystkim ogromne wrażenie zrobiły na mnie góry... Co prawda jako dzieciak zwiedziłam sporą część Sudetów, ale wtedy zupełnie nie rozumiałam idei zdobywania szczytów. To była moja pierwsza "dorosła" wyprawa w góry i poraził mnie ich majestat. Świadomość, że wszystko wokół powstawało przez setki i tysiące lat, że wszystko jest jeszcze nie tknięte przez urbanizację i technologię była naprawdę motywująca. A widoczki i krajobrazy też robiły wrażenie. Oczywiście co chwila wyjmowaliśmy aparat, w efekcie przywieźliśmy ponad 300 zdjęć, ale oglądając wszystko na spokojnie, w domu, stwierdziliśmy, że jednak zdjęcia w ogóle nie oddają tego, co widzieliśmy. Świeże powietrze, zmęczenie, bagaże - wszystko to tworzy niesamowity klimat.

Te pięć dni spędziliśmy bardzo aktywnie. Zdobyliśmy najwyższe szczyty w okolicy, podziwialiśmy dwa wodospady, odwiedziliśmy kilka schronisk, widzieliśmy przepiękne masywy skalne, szliśmy wodą, piachem, błotem i skałami, weszliśmy na kilka najsłynniejszych punktów widokowych, a nawet przez jeden dzień zwiedzaliśmy czeską Pragę. I choć oczywiście chciałabym zobaczyć więcej, pooddychać jeszcze tym górskim powietrzem, moje stopy i moje zmęczenie mówią "dość". Czas odpocząć (fizycznie), szkoda tylko, że ten odpoczynek będzie trwał co najmniej rok.

W górach okazało się, że w ogóle nie ufam swojemu ciału. Nie było tajemnicą, że kondycję mam raczej kiepską, ale przed wyjazdem przed parę tygodni robiłam ćwiczenia rozciągające i wzmacniające. Na szlaku okazały się one bezużyteczne, ja często traciłam równowagę, bałam się wysokości i potrzebowałam "amortyzacji".

Oprócz tego udało mi się zdystansować, docenić uspokajającą moc spokojnego oddechu i zakochać się w bębnach afrykańskich;) Wróciłam z uśmiechem i nadzieją, że w przyszłym roku wrócę tam z lepszą kondycją i solidniejszymi butami.