czwartek, 28 października 2010

Wracam!

No i powróciłam! Z blizną, z jeszcze nie do końca sprawną dłonią, ale jestem!;)

Faktycznie oczywiście nie wróciłam z żadnej wojny, a generalnie miniony tydzień nie był taki okropny. Niekomfortowy - tak, ale na pewno nie był to żaden dramat. Mam nadzieję, że teraz wszystko mi się szybko zagoi i wszystko wróci do normy (przede wszystkim - że będę mogła sobie wreszcie sama umyć włosy!).

Stwierdziłam, że może jednak czasami takie obowiązkowe "zatrzymanie się" nie jest takie złe... Jasne, że generuje sporo problemów logistycznych, ale bez tego trudno, naprawdę trudno, docenić to, co się ma. Bo na co może narzekać pracująca studentka, posiadająca chłopaka (który beż żadnego szemrania robił za nią pranie, prasowanie, sprzątanie i masę innych rzeczy i udogodnień), nie posiadająca za to żadnych większych zobowiązań? Pracująca na swój sukces, wierząca we własną siłę i zdolności?

Doceniajmy wszystkie małe szczęścia, które nas spotykają. To niesamowite, jak szybko to życie, z którego nie zawsze jesteśmy zadowoleni, w którym zawsze coś chcemy poprawiać, może się zmienić. I to niekoniecznie na korzyść. Nie jesteśmy kowalami własnego losu – o tym, jak będziemy żyli decyduje coś innego – nie wiem czy Los, czy Fortuna, czy Bóg, czy przypadek. W każdym razie nie wszystko zależy od nas. Szkoda, ale warto o tym pamiętać.

:)

wtorek, 19 października 2010

Doceń kciuka swego!

Sobotnie wesele, co do którego byłam uprzedzona od samego początku (przyznaję!), zakończyło się wizytą na pogotowiu i szyciem "rany ciętej dłoni lewej". No cóż, trochę nieuwagi i pecha i tak właśnie skończyłam. Po wielkim szoku, jakoś się z tym wszystkim pogodziłam i względnie daję sobie radę. Problem w tym, że dla mnie lewa ręka jest tym, czym dla większości prawa. Lewą ręką piszę, jem i wykonuje szereg innych codziennych czynności. Do tego wszystkiego dochodzi problem kiepsko działającego kciuka...

Doceń kciuka swego - bo bez kciuka ciężko rozpakować batona, umalować rzęsy, zapiąć spodnie, pisać na kompie... Bez kciuka nie da się samodzielnie umyć włosów, zapiąć stanika, czy przekroić bułki...

W związku z tym najbliższa nieobecność na blogu niech będzie uprawiedliwiona. Mam nadzieję, że nie potrwa ona długo i już wkrótce wrócę ze sprawnymi palcami i kolejnymi pomysłami:)

piątek, 15 października 2010

Krewni i znajomi królika....

Proces zaliczania praktyk na mojej uczelni w żadnym wypadku nie kończy się na "wyrobieniu" odpowiedniej liczby godzin. Oprócz tego, trzeba wykonać szereg czynności przed (m. in. otrzymanie zgody, jakaś dziwna rozmowa, uzupełnianie i odbieranie dokumentów) i szereg czynności po (uzyskanie opinii, dwóch podpisów, wpisu do indeksu i złożenie wszystkich kopii do dziekanatu, biura karier i pełnomocnika do spraw praktyk)... Wszystko oczywiście "okraszone" większą lub mniejszą kolejką... A w kolejce, tak jak u lekarza - zaczynają się rozmowy, wymienianie doświadczeń i opinii. I okazuje się, że nikt nie jest zadowolony z praktyk. Ci, którzy byli w większych kancelariach narzekają na brak zajęć i kompletną anonimowość, zaś Ci którzy praktykowali w małych miejscach (np. ja) skarżą się na to, że pracownicy też nie zwracają na nich uwagi. Wyszło, że wszyscy "odbębniliśmy" swój czas tam i że nic się nie nauczyliśmy. A przecież są osoby, choćby z mojego roku, które jednak pracują w kancelariach różnej maści, czasami nawet już po kilka lat! No ale właśnie - klucz polega na tym, że każda z tych osób jest "krewnym lub znajomym królika" i mogła liczyć na solidne przeszkolenie, a potem na pracę...

Niby to nie dziwi, prawda? Wiadomo - znajomości, tzw. "plecy" są, były i będą. Nie da się tego całkowicie wyeliminować, no i właściwie nie ma co się obrażać, bo gdybym i ja miała taką możliwość pewnie też bym z niej skorzystała... Bo czemu nie? W imię sprawiedliwości społecznej? W imię zasady, że sama zapracuję na swój sukces? Pewnie zapracuję.

Tyle, że takie sytuacje; nawet to, że na obowiązkowych praktykach każdy mnie odwodził od pomysłu związania się z zawodami typowo prawniczymi, że zewsząd słyszę, że teraz już wyeliminowano nepotyzm, ale jednak "Kazia i Basia" pracują u znajomych swoich ojców, trochę mnie zniechęca. Zniechęca do 8 lat ciężkiej nauki, po której tak naprawdę nie mam gwarancji dobrej i satysfakcjonującej pracy. Przede mną zawsze będą Kazie i Basie, które będą przodowały pod względem doświadczenia zawodowego, no i znajomości... Poza tym, jestem osobą ceniącą sobie spokój, rodzinę i odpoczynek, a przy niektórych zawodach ciężko jest oddzielić życie prywatne od pracy. Adwokat nie ma 8 godzin pracy, nie przysługuje mu pełnowymiarowy urlop, macierzyński, nie ma umowy o pracę, nie może wziąć płatnego zwolnienia chorobowego... Czy naprawdę warto walczyć o ten tytuł? Myślę, że nie. Oczywiście, jest parę innych aplikacji i jest parę innych dróg. Ja w tym momencie raczej skłaniam się do szukania tych innych dróg...

środa, 13 października 2010

Dni złych wiadomości

Tak jak w tytule - ostatnie dni były jakieś takie pełne kiepskich wiadomości...

Najpierw dowiedziałam się, że po raz pierwszy będę spędzała w bardzo małym gronie - tylko ja, mama, no i jej nowy mąż. Dotąd wigilia była najważniejszym dniem świąt, spotykaliśmy się w ok. 20 osób i choć krótko, było całkiem miło - z niektórymi członkami rodziny (także z moim kuzynostwem) widywałam się raz na rok, także teraz podejrzewam, że w ogóle urwie nam się kontakt. Rodzinka stwierdziła, że teraz jest nas za dużo, że się nie mieścimy, a tak w ogóle to i tak było męczące wszystko. No ok. Dla mnie jednak trochę szkoda.

Potem okazało się, że aż 4 moich znajomych zostało skreślonych z listy studentów albo muszą powtarzać rok. Może nie byli to moi bliscy znajomi, ale jednak przykro, zwłaszcza, że jeden z nich całą sytuację "zawdzięcza" swoim problemom zdrowotnym i tym, że w zeszłym roku większość czasu musiał spędzić w szpitalu;/

I na koniec kolega stracił mamę... Historia jest o tyle gorsza, że był jedynakiem, mama go wychowywała samotnie i naprawdę zupełnie nie potrafię się teraz postawić w jego sytuacji i ta wiadomość bardzo mnie zdołowała.

W takich sytuacjach doceniam jak wiele mam i że jednak towarzyszy mi tzw. szczęście. Ale poza tym, przypominam sobie, że w życiu tak naprawdę mało rzeczy zależy od nas i wydaje mi się, że moje przemyślenia, pragnienia są takie... płytkie i nijakie...

niedziela, 10 października 2010

Zaległości są zawsze, czyli o spędzaniu weekendów

Doszły mnie słuchy, że mamy ostatni ciepły weekend w sezonie. Nie do końca wiem o jakim sezonie mowa, a poza tym też nie wiem co kto rozumie przez słowo ciepły. No w każdym razie, jako osoba lubująca się w wyższych temperaturach czuję, że powinnam jakoś czerpać z tego weekendu, radować się tą słoneczną pogodą, a pod koniec weekendu pomachać jej białą chusteczką na pożegnanie. Nic z tego. Korzystając z czasu piszę do redakcji, porządkuję, piorę, gotuję (tu taki egzotyczny element - sałatka z ananasem) i nawet mam w planach zacząć odrabiać moją "pracę domową". Coż, nic ciekawego.

A żałuję. Troszkę zazdroszczę osobom, które potrafią tak fajnie i aktywnie spędzać weekendy. No bo oczywiście niby można - zwłaszcza mieszkając w Stolicy. A ja, jak już mam wolny czas, postanawiam że nadrobię szereg zaległości, które wygenerowałam przez ostatni tydzień/ miesiąc/ lub jakikolwiek inny okres czasu. Zaległości zawsze są - wiadomo. A nawet jeśli się nie rzucają w oczy, wystarczy chwilę podumać i się znajdują;)

Postanowiłam nieco aktywniej spędzać czas. Może to kiepskie postanowienie, biorąc pod uwagę nadchodzącą wielkimi krokami zimę, ale nawet w zimę warto się dotleniać. Jestem zniechęcona życiem "na szybko", no i nie od dziś wiadomo, że dotlenienie wpływa dobrze na cały organizm. W jaki sposób mam zamiar się dotleniać? Nie wiem;) Jeszcze. Na pewno utrudnieniem jest mój "jak- zwykle - zapchany - grafik" i to, że mój Luby pracuje prawie codziennie od świtu do nocy... Ale i tak mam nadzieję, że się uda!

środa, 6 października 2010

... z linii frontu walki z wirusem!

Się narobiło! Oficjalnie drugi dzień nauki spędzam w łóżku... Pochorowałam się trochę i od wczorajszego wieczora intensywnie się leczę. A że doświadczenia w byciu swoim własnym prywatnym lekarzem mi brak, przyjęłam metodę "na czuja" i "na to co mam w domu" (bo przecież mam wiele - febrisan, rutinoskorbin i herbatę). No i "na łóżko", oczywiście. Mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie, bo wczoraj doszłam do odkrywczego wniosku, że nie ma nic gorszego niż siedzenie na zajęciach z gorączką, bólem uszu i istnienia;)

Wczoraj też, między smarkiem, a smarkiem i kawą, a kawą, pojawiło się we mnie kolejne wielkie spostrzeżenie - że tożto już jestem na czwartym roku. Jak przypominam sobie moje myśli z pierwszego, to robi mi się weselej. Jednak to fakt, że w wieku studenckim i licealnym zachodzą w człowieku największe zmiany. W każdym razie wyobrażałam sobie, że na czwartym roku będę pełną powagi, już Prawie Panią Prawniczką, przesiąkniętą dorosłością (taką przez duże D) i jakimś takim majestatem. Nikim takim nie jestem jak do tej pory, co więcej, wydaje mi się, że jeszcze długo nie będę. Zatem albo zatrzymałam się w rozwoju, albo w życiu (i studiach!) nie chodzi jednak o to, by być kimś z majestatem;) Tak, skłaniam się raczej do tej drugiej wersji, chociaż nie zmienia to faktu, że nadal nie wymyśliłam o co w takim razie w życiu chodzi. W obecnej fazie myślę, że może o uśmiech? Ale to takie płytkie się wydaje, nieprzemyślane, i przecież wiem, że to raczej nie uśmiech jest lekiem na całe zło, i że uśmiechem nie zapłacę za prąd, wodę i jedzenie;) Ale, oj tam, niech będzie.

Teraz czas na parę postanowień "noworocznych". Oczywiście, tradycyjnie, systematyczna nauka. Nie będę siebie oszukiwała, wiem, że na pewno nie będę po każdym wykładzie uzupełniała notatek i wiedzy;) Wyrosłam już z takich myśli. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by posilić się na odrobinę systematyczności. Ja naprawdę uważam, że krzta nauki przez cały semestr potrafi zaowocować w sesji, więc kwestia, żeby tą krztę z siebie wykrzesać.

Poza tym, przyszedł czas wybierania seminarium, a nawet rozmów o poważniejszych życiowo - karierowych planach. Zaczynam wręcz kipieć pomysłami i optymistycznie myśleć, że wszystko się jakoś ułoży i znajdę swoje miejsce. Przeszły mi już moje wakacyjne wątpliwości i pomysły, by zaczynać studia stomatologiczne... Ten rok ma mi upłynąć pod znakiem nauki i wybierania swojej drogi. Mam nadzieję, że praca w redakcji mi to znacznie ułatwi;)

I tyle październikowych postanowień. Postanowienie na dziś - wyrzucić ból z mojej głowy!

sobota, 2 października 2010

Wakacyjny rozrachunek

Następne lato dopiero za rok. Szkoda, bo taka pogoda nie nastraja mnie pozytywnie, zwłaszcza, że ciągle pojawia się myśl, że będzie ciemniej, zimniej i … gorzej. W takiej właśnie atmosferze wkraczam w kolejny rok nauki.

Wypadałoby zrobić jakiś rachunek sumienia. W końcu wraz z początkiem wakacji postawiłam sobie parę celów. Niestety, jak zwykle, nie wszystko szło po mojej myśli...

1) Praktyki. Bardzo chciałam mieć już zaliczone studenckie praktyki, poza tym zależało mi żeby wreszcie zobaczyć jak wygląda zawód od środka i w praktyce. Trochę się tym wszystkim rozczarowałam i pisałam o tym nie raz na blogu. Ale ogólnie zrobiłam to, co założyłam i bardzo się z tego cieszę;)
2) Praca. Na szczęście już w końcówce czerwca wyjaśniło się, że uda mi się pracować w redakcji. Nadal to robię i chociaż mam chwile zwątpienia, wiem, że nie mam prawa narzekać. Pracuję w domu, przy muzyczce, pogłębiam swoje wiadomości i myślę, że wciąż pracuję na swoje cv.
3) Temat pracy. Założyłam też, że wymyślę sobie temat pracy magisterskiej. W tym tygodniu czeka mnie pierwsze seminarium i nie chciałam iść na nie kompletnie nieprzygotowana… Moje początkowe plany uległy małej zmianie. Nie mam jeszcze dokładnego tematu, ale wiem „mniej więcej” o czym chcę pisać. Myślę, że na początek wystarczy, a promotor(ka) pomoże mi doprecyzować tą kwestię.
4) Angielski. Miałam plan, by się bardzo regularnie uczyć. Nie udało się. Winą jest przede wszystkim brak czasu, niestety troszkę jednak przeceniłam wakacje. Ale przerobiłam zeszłoroczny podręcznik, nadrobiłam trochę słownictwa i przeczytałam (prawie;P) dwie książki. Nie jest tragicznie.
5) Wakacjeeee…. W końcu jak lato, to i wakacje. A jak wakacje, to i urlop. Wyjazd w góry zaliczony, przywiozłam z niego lepszą kondycję i miłe wspomnienia;)

Właściwie udało mi się, w mniejszym lub większym stopniu zrealizować plany.
Największą porażką jest niemiecki. Chciałam przypomnieć sobie to, co umiałam jeszcze 3 lata temu i popracować, tak by znać go na poziomie „komunikatywnym”. Nie udało się, ale wcale nie z mojej winy. Letnie dni, mimo że z pozoru dłuższe, wcale nie wydłużają doby;) Liczę, że i na to przyjdzie czas.