sobota, 5 lutego 2011

(Nad)ambicja i niespełnione plany.

Na dwa tygodnie prawie całkowicie wyłączyłam ze swojego życia inne aktywności niż nauka do sesji. Cele sesyjne ładnie wypisałam na blogu w poprzednim poście, a to, co chcę zrobić już "po" zapisywałam w moim prywatnym kalendarzu. Oczywiście ta lista rosła w dość szybkim tempie, ale powtarzałam sobie, że przecież warto, a energii dodawała mi świadomość, że w zasadzie jest to moja przedostatnia prawdziwa sesja.

No i cóż. Od dwóch dni jestem przygnębiona, zawiedziona i wyssana z jakiejkolwiek energii. Nie zdałam jednego egzaminu. Jest oczywiście jeszcze jeden termin (dopiero w marcu niestety), a sam fakt niezdania nie jest czymś nadzwyczajnym ani w mojej karierze studenckiej, ani wśród ogólnych wyników na roku. Mimo to, nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Zawsze byłam osobą, która dość dobrze radziła sobie z tego typu porażkami, więc tym bardziej jestem zdziwiona moim samopoczuciem.

Może to prowadzenie tego bloga albo upływ czasu sprawiły, że stałam się taka (nad)ambitna... Jedno jest pewne - wcale nie czuję się z tym dobrze. Po ogłoszeniu wyników natychmiast zaczęłam się porównywać z "najlepszymi" i.... nawet trochę im zazdrościć. Nie wiem jak oni to robią, że potrafią się nauczyć, wstrzelić w oczekiwania wykładowców i nigdy nie mieli żadnej wpadki... Najgorsze jest to, że czuję, że naprawdę się przyłożyłam, wiem, że sporo umiem, więc gorycz porażki jest tym większa... a przez to czuję się też "gorsza", mniej inteligentna, mam wrażenie, że nie jestem zdolna tylko "wyuczona", a za tym przychodzą myśli dość długoterminowe "jakim ja będę prawnikiem", czy "będę do końca życia gniła w urzędzie"... Chyba wynika to wszystko z mojego kompleksu jeszcze z pierwszego roku. Byłam wtedy o włos od skreślenia z listy studentów i przy każdej sesji towarzyszy mi z jednej strony taki podświadomy lęk, że znów pójdzie mi tak kiepsko, a z drugiej chęć udowodnienia, że jednak się nadaję. I podobnie jest teraz - jestem zła, że nie udało mi się zdać, ale jednocześnie jest mi wstyd, że aż tak bardzo w środku to przeżywam..!

Nic to. Dość marudzenia. Przez najbliższych kilka dni planuję troszkę odpocząć, spokojnie przeanalizować moje najbliższe obowiązki na uczelni (bo niestety nowy semestr wcale nie oznacza, że mam do nadrobienia tylko ten felerny egzamin) i przygotować nowy plan działania. Jestem pewna, że nie zamierzam na kolejny miesiąc wyłączać się z życia, bo niemal każdego dnia przekonuję się jak bardzo wszystko co mamy jest kruche i nieobliczalne.

2 komentarze:

  1. http://i-love-stilettos.blogspot.com/niedziela, 06 lutego, 2011

    Rozumiem Cię doskonale, bo to jest najgorsze z możliwych kiedy dostaje się lufę za coś, do czego naprawdę się przygotowywaliśmy. Ale nie zamartwiaj się aż tak bardzo! Wpadka może się zdarzyć każdemu a porównywaniu się to nie jest najlepsze rozwiązanie. Odpocznij, złap oddech, przygotuj się jeszcze lepiej, a w marcu na pewno zaliczysz. Najważniejsze,że się starałaś! Nie oceniaj się aż tak surowo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nadambicja jest straszna, wiem, bo sama to przechodzę. Co z tego że udało mi się wszystko zaliczyć, jak ciągle w głowie "mogłaś być lepsza" :/ Nie przejmuj się egzaminem, zdarza się nawet najlepszym (i mówię to ja, która po oblanym egzaminie rzuciłam indeksem w ścianę tak, że później musiałam kartki prasować, bo tak się pogniotły).

    OdpowiedzUsuń