niedziela, 11 grudnia 2011

Uwikłana...

Mam zastój. Zastój w kwestii motywacji, produktywności, a nawet w kwestii rozsądnego planowania czasu. Zapętliłam się. Zapętliłam się w krzyżówce swoich chęci, ambicji i tego, co "powinnam". No właśnie - powinności. To co wyobrażam sobie, że jest najrozsądniejszym rozwiązaniem. Rozsądek - karze mi ciągle myśleć logicznie i nie pozwala na spokojne oczekiwanie na to, co przyniesie los. No, bo przecież coś przyniesie. Ale co, jeśli nie będzie to TO czego oczekuję?... Ale właściwie czego oczekuję? Czego chcę?...

Czuję się absolutnie
uwikłana. Budzę się rano i już myślę o wieczorze, przychodzi poniedziałek, a ja już liczę dni do weekendu. Ale o weekendzie myślę tylko dlatego, że właśnie wtedy będę mogła nadrobić wszystkie zaległości, które narobiły się w ciągu tygodnia... Nadmiar obowiązków i ciągła presja powoli, ale sukcesywnie zabierają mi siły. Przez ostanie kilka miesięcy byłam bardzo aktywna - zrobiłam jeden duży projekt, wzięłam udział w dwóch dłuższych szkoleniach, a wieczorami starałam się "dokształcać" poprzez czytanie różnych mądrych rzeczy - paradoksalnie na blogu w ogóle nie było tego widać, bo w pamięci komputera mam ze trzy na wpół napisane, na wpół niedokończone posty, czekające cierpliwie na publikacje. No ale nie o chwalenie się chodzi. Skondensowanej dawki zmęczenia, zniechęcenia i poczucia galopujących wręcz terminów doznałam wczoraj, a wszystko te uczucia kumulowały się we mnie przez co najmniej dwa tygodnie.

Skąd te wszystkie zaległości? Przecież zajęcia na uczelni mam raz w tygodniu, a w dodatku nie muszę się do nich jakoś specjalnie przygotowywać. Termin oddania pracy mgr gdzieśtam jawi się w przyszłości, ale zostało mi dobrych parę miesięcy, więc w sumie nic się jeszcze strasznego nie dzieje... Prawko (jazdy) to prawko - nie ucieknie (posiadanie albo nieposiadanie tego dokumentu w chwili obecnej nie zmieni diametralnie mojego życia). Nad angielskim i tak spędzam co najmniej pół godziny dziennie, więc kwestii CAE na pewno nie zaniedbuję. To są argumenty logiczne.


Jednak po włączeniu emocji wygląda to tak, że mam świadomość, że na pisanie magisterki mam co najwyżej weekendy (w które i tak jestem zmęczona), bo potrzebne książki mam tylko w bibliotece. Jazd doszkalających mam już dość, bo wydaję na nie mnóstwo $ i jestem przez nie permanentnie niedospana. A jeśli chodzi o angielski, to i tak mam ciągłe poczucie, że robię za mało!


Dodatkowo nerwowo przeszukuję kalendarz w poszukiwaniu wolnego czasu. Którego oczywiście tam nie ma. Ale za to gdzieś w głowie ciągle pali się ambicjonalna lampka:
"od marca miałaś brać się na niemiecki!", "jeśli chcesz zdawać na aplikację to niedługo czas brać się do nauki!" i zaraz potem "ale gdzie ja zmieszczę kolejne obowiązki?". I gubię się. Mam dość nauki "pod przymusem" (aplikacja), ciągle tymczasowej i nieustabilizowanej formy zatrudnienia i mieszkania. Nie wiem tak naprawdę, czy chcę być prawnikiem. A jeśli tak, to jakim? Robić aplikację (i przez trzy kolejne lata poświęcać wieczory i noce na naukę) czy może się wyspecjalizować np. w reklamie albo nieruchomościach albo prawach konsumenta... Teoretycznie może warto przeczekać, ale denerwuje mnie ten ciągły brak pomysłu na siebie. Albo raczej zdecydowanie za dużo pomysłów!

Wiem, że jutro po pracy znów sięgnę po książkę do angielskiego. Wiem, że pewnie do tego poczytam książkę o zniesławieniu albo posłucham podcastów. Ale wiem też, że wszystko to wynikać będzie z tchórzostwa. Z chorego strachu przed byciem przeciętniakiem...

9 komentarzy:

  1. I to jest właśnie największa pułapka samorozwoju - im więcej robisz, tym większe masz poczucie, że powinnaś robić więcej... to jest strasznie dołujące i ciężko to przełamać, ale może zaplanuj sobie tydzień (może ten nadchodzący? wg naukowców to najgorszy tydzień w roku) kiedy nie będziesz robić NIC ponad to, co jest absolutnie konieczne, rozejrzyj się za ludźmi, którzy żyją z dnia na dzień i nie robią nic dla swojej przyszłości (wiem, wiem, powinno się zawsze porównywać z lepszymi od siebie, ale czasem takie spojrzenie na siebie jako kogoś 'lepszego' naprawdę pomaga;), i przede wszystkim... wrzuć na luz. Robisz i tak więcej niż zdecydowana większość otaczającej cię szarej masy, należy ci się urlop;)

    OdpowiedzUsuń
  2. tak czytam, czytam i aż się spojrzałam czy własnego bloga nie czytam xD zupełnie jakbyś napisała (mniej więcej oczywiście) to co sama myślę... Ale wiesz co? Chyba obu nam się przyda odrobina odpoczynku... Tylko czasu brak xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakiś czas temu miałam ciekawy wykład o teorii potrzeb Maslowa i o tym, że podstawowe potrzeby (fizjologiczne) możemy w pełni zaspokoić, bo choćbyśmy chcieli to już więcej nie zjemy (bo pękniemy), więcej nie wypijemy itd. Natomiast potrzeby wyższego rzędu (samorealizacja) są praktycznie niezaspokajalne... no bo ledwo przyjdzie jeden sukces, my już chcemy kolejny itd, itp.; zawsze można się więcej uczyć, więcej robić, więcej więcej więcej... i nigdy nie będziemy mieć dość!

    Trzeba znaleźć umiar po prostu... spojrzeć czasem z dystansu i powiedzieć "dość", jednocześnie nie rzucając z fochem wszystkiego co o tej pory osiągnęliśmy.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie dlatego po głębszym zastanowieniu zrezygnowałam z samorozwoju pojętego jako 'powinność', że MUSISZ coś zrobić w danym dniu, w danej godzinie, w wyniku czego dni stawałyby się jednymi wielkimi tabelkami z zadaniami do wykonania. Natomiast zamiast tego postawiłam na 'centralne planowanie' - ustalam sobie bardziej ogólne deadline'y (na przykład: do końca grudnia mam zrobić to, to i to), natomiast jeśli chodzi o realizację tych zamierzeń, to nie robię niczego (no dobrze, PRAWIE niczego ;)) na siłę. Na pewno znasz to uczucie, że absolutnie do NICZEGO nie masz weny. Właśnie w takich momentach stawiam na... odpoczynek. Najczęściej również jak najbardziej konstruktywny: dobra książka, muzyka czy film (moje pasje), pływanie, albo po prostu tak zbawienny dla organizmu... sen. :)
    Wiem, że w moim, licealnym wydaniu to na pewno wygląda nieco inaczej niż w Twoim, niemniej jednak na razie będąc na poziomie LO tez mam swoje obowiązki - matura, olimpiada itd.

    Jeśli interesujesz się psychologią, polecam pewien test osobowościowy - enneagram ( http://enneagram.pl/ ). Naprawdę jeśli rzetelnie go wykonasz i sprawdzisz wynik, może Ci pomóc w zrozumieniu siebie, pewnych mechanizmów postępowania, a także tego, co dla Ciebie najlepsze. :)

    Pozdrawiam i trzymam kciuki za realizację ambitnych zadań! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję Wam za komentarze:) Ten post "chodził" za mną od dwóch tygodni i nie mogłam się zmotywować, żeby to wszystko jakoś konstruktywnie z siebie wrzucić...;)

    Klaidua - właśnie taki miałam cały zeszły tydzień. Nawet nie z chęci, tylko konieczności - miałam inne rzeczy na głowie, "musiałam" też poudzielać się towarzysko i szczerze mówiąc, wcale mnie to nie podbudowało...

    Anorexic. Candy - no to jak, na kiedy PLANUJEMY odpoczynek?;) Lipiec 2012?;)

    Helineth - masz rację;) Umiar i samoświadomość (np. do tego, do czego się dąży) jest bardzo ważne. I właśnie tego mi brakuje...i nie do końca wiem, jak z tym walczyć.

    Whatever128 - dziękuję za link do testu - zrobiłam go i w dużym stopniu zgadzam się z wynikiem;)Generalnie wyznaję podobną zasadę - tzn. nie planuję dnia co do godziny - mam ogólne deadline'y do większych "projektów" (np. CAE, prawo jazdy, praca mgr), tyle, że właśnie to one mnie ograniczają - czas mi się "kurczy" i wiem, że jeśli się nie zaprę to nie zdążę. I stąd frustracja...

    OdpowiedzUsuń
  6. Może tak to wygląda bo robisz zbyt wiele na raz? W ten sposób poświęcasz codziennie pewien wycinek czasu każdej z tych rzeczy, ale termin zakończenia każdej z nich jest dość odległy. Przez to masz poczucie, że musisz kontrolować je wszystkie jednocześnie bojąc się by czegoś nie zawalić. Problem w tym, że w chwili obecnej nie widzisz odpowiednich efektów (chociaż na pewno są) co działa demotywująco i przestaje sprawiać radość.

    Z tego co piszesz trochę wygląda to tak jakbyś robiła niektóre rzeczy wbrew sobie, chociaż może to tylko chwilowy kryzys i kiedy odpoczniesz minie.

    Postaraj się odpocząć trochę przez nadchodzące święta. Może na spokojnie, kiedy przestaniesz byś w ciągłym natłoku działań wyklaruje się jeden konkretny plan na siebie. :)

    Polecam również artykuł "Nadmiar siły woli" z listopadowego numeru "Charakterów", w którym opisane zostały dwa typy kontroli samego siebie. Jeden typ to kontrola autorytarna polegająca na przymuszaniu siebie do czegoś, chociaż cel niekoniecznie jest zgodny z naszymi potrzebami i przekonaniami, a drugi typ to kontrola demokratyczna, gdzie nasza uwaga skupia się na własnych potrzebach i przekonaniach.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Pozytywko - dziękuję za komentarz:) Nie wydaje mi się, żebym robiła coś wbrew sobie - generalnie wszystko (no, prawie;) sprawia mi przyjemność i lubię to robić (jeździć, uczyć się ang., czy nawet czytać coś do mgr), ale... presja mnie dobija i faktycznie boję się, że coś zawalę. Pewnie jest coś w tym co piszesz i mam potrzebę nadmiernej kontroli;)

    Co do całej reszty - tak jak pisałam w poście, denerwuje mnie to, że nie mam JEDNEGO pomysłu na siebie, tylko kilka różnych. Siłą rzeczy nie mogę rozwijać się w różnych kierunkach, a generalnie nie wiem który ostatecznie obrać sobie za cel. No i się gubię;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kilka dni temu miałam taki sam kryzys. Teraz też trwa, ale nie doprowadza mnie już do płaczu. I wiesz o czym najbardziej marzę? Żeby pojechac gdzies sobie na 3 dni. Odpoczac. Odetchnac. I co najważniejsze nie myślec tam o tym wszystkim. Byle nie byc w domu, pracy i szkole. Naładowac swoje psychoficzyne baterie, zrelaskowac sie i... wziac sie do roboty. - Marika

    OdpowiedzUsuń
  9. Marika - no, odpoczynek w jakimś innym miejscu byłby pewnie krzepiący... A już najlepiej, gdyby były to jakieś ciepłe kraje;)

    OdpowiedzUsuń