poniedziałek, 21 lutego 2011

W oczekiwaniu....

Czego mogę oczekiwać? No oczywiście wiosny! I to nie tylko dlatego, że jestem zmęczona zimą, że chcę wreszcie zrzucić kozaki ze stóp, ale dlatego, że naprawdę czuję, że ta wiosna wniesie coś nowego do mojego życia. Powiew świeżego powietrza - nowe wyzwania, nowe doświadczenia i, mam nadzieję, także satysfakcje:)

Przede wszystkim, stawiam na praktyki! Już wcześniej o tym pisałam, jednak moje plany troszkę się poprzesuwały, że względu na nieplanowaną poprawkę i parę innych kwestii bardziej prywatnych. Zaczęłam jednak już działać w tej kwestii - skonstruowałam porządne CV, znalazłam kilka miejsc do których zamierzam "aplikować" i odwiedziłam moje uczelniane biuro praktyk, skąd przytaszczyłam dość obszerny "Przewodnik pracodawcy", czyli taki katalog z poradami dla raczkujących na rynku pracy plus profile największych firm i opis rekrutacji, informacje o praktykach, stażach itp. Bardzo ciekawa sprawa, są tam przedstawione firmy z bardzo wielu branż - jeśli jest ktoś zainteresowany polecam zajrzeć tutaj.

Kolejna sprawa - angielski. Nie piszę o nim wiele, ale też nie zaniedbuje go;) W zeszłym semestrze przerobiłam prawie całą książką "Legal english", a teraz postanowiłam skupić się na klasycznym ujęciu języka;) Z wielu względów nie do końca uśmiechało mi się płacić za kurs, dlatego zdecydowałam się na inną metodę. Zanim w ogóle ułożyłam jakikolwiek plan działania dogłębnie przeszukałam internet. Szukałam i dobrego podręcznika, i programu do nauki słówek (bo niestety sama nie jestem w stanie ocenić, których słówek mi "brakuje", a wiem, że słownictwo i idiomy to lwia część egzaminu). W kwestii podręczników opinie były dość zgodne, natomiast wahałam się między Prof. Henry'm, a właśnie e - tutorem. W efekcie stanęło na tutorze, z tego względu, że Profesor ma jeden program, przygotowujący do FCE i CAE, więc obawiałam się, że jednak poziom takiego kursu będzie za niski. Wyznaczyłam sobie konkretne dni i godziny nauki, w międzyczasie powtórki i liczę, że samodzielna nauka da rezultaty. Poza tym dzięki temu zamiast zapłacić ok. 1200 zł, zapłacę ok. 250 zł. Różnica kolosalna, zwłaszcza, że na obecnym etapie nie potrzebuję wielu konsultacji z nauczycielem i jestem w stanie sama decydować czego powinnam się uczyć.

Czekam "jak na szpilkach" do marca. Mam dzięki temu motywację do nauki, bo to tego czasu chcę się uporać ze wszystkimi zaległościami na uczelni. A potem? Balerinki na nogi i do roboty:)

czwartek, 17 lutego 2011

Stress - less;)

Obok mnie stoi kubek, a w nim moja pierwsza w życiu melisa...;)

Cóż, nigdy nie należałam do spokojnych osób, ale ostatnio sama zauważyłam, że denerwuję się za często i ze zbyt błahych powodów! Właściwie cały dzień chodzę poddenerwowana - bo gdzieś się spieszę, bo chcę coś szybko załatwić, a jeśli do tego dochodzi jakieś zaliczenie na studiach albo konflikt w mieszkaniu złość się we mnie kumuluje i, nierzadko, wybucham. Mam tego dość, zwłaszcza, że wiem, że takie nerwy są średnio - zdrowe dla organizmu. Z tej i innych przyczyn, postanowiłam wprowadzić do swojego życia kilka zmian.

Dbać o siebie lubię. Co prawda nie zawsze mam czas i chęci, ale zazwyczaj udaje mi się wklepać wieczorem jakiś kremik, czasami maseczka albo peeling. W ogóle uważam, że w kwestii kosmetyków jestem dość świadomą konsumentką - staram się wybierać łagodne produkty, bez zbędnej chemii. Włosy pielęgnuję kosmetykami bez silikonu, delikatne refleksy nadaję henną, zamiast sklepową farbą. Przyznaję, że po kilku miesiącach stosowania tych delikatnych specyfików, zarówno twarz (z która od zawsze miałam problemy), jak i włosy ładnie mi się odwdzięczają.

Doszłam jednak do etapu, kiedy zorientowałam się, że dbanie o siebie nie ogranicza się tylko do tego, co na zewnątrz. Przełomem był zakup Pastelli Jajecznej (dla niewtajemniczonych - niby zwykła pasta z jajek, szczypiorku i majonezu) - gdy odkryłam, że jajek jest tam mniej niż 15%, a znacznie więcej jest przeróżnego rodzaju barwników, zaczęszczaczy, polepszaczy, aromatów i środków konserwujących. Od tego momentu zaczęłam uważniej analizować składy i eliminować z diety produktów nafaszerowanych chemią. Byłam w szoku, gdy odkryłam, że niektórzy producenci chlebów potrafią wrzucić do bochenka trzy rodzaje konserwantów! Od niemal miesiąca nie jem wędliny. Staram się coraz częściej sama przygotowywać pasy - był już serek biały ze szczypiorkiem i śmietaną, pasta z tuńczyka, a teraz przymierzam się do pasty z soczewicy. Zrobienie jednej pasty, która starcza na ok. 3 dni zajmuje mi 10 minut, a w dodatku jest bardzo ekonomiczne w porównaniu do gotowych produktów. I oczywiście - ktoś może rzucić, że przecież nie wiem jakim świństwem były karmione kury, znoszące jajka, które potem kupiłam w markecie. Racja. Jednak mam wrażenie, że choćby wcinały antybiotyki, moja pasta będzie zdrowsza niż ta sklepowa z całym arsenałem barwników i glutaminianów;) Do tego każdego dnia rano piję wodę z miodem, co ponoć bardzo korzystnie działa na naszą odporność.

W tych całych zmianach żywieniowych nie chodzi mi o to, żeby schudnąć, tylko by się lepiej czuć. Nie jestem też taka bezwzględna i pewnie nie raz skuszę się na jakiegoś fast - fooda albo z braku czasu zjem na śniadanie i obiad bułkę białą z marketową szynką. Mimo wszystko, mam nadzieję, że ta mała rewolucja korzystnie wpłynie na mnie, na mój organizm, zdrowie i samopoczucie;)

sobota, 12 lutego 2011

Potęga podświadomości.

Jakiś czas temu pisałam, że w ramach podwyższania własnej samooceny i poszukiwania sposobu na lepsze życie, zaczęłam czytać książkę "Potęga podświadomości". Żaden ze mnie recenzent, ale skoro blog, co do zasady, ma mnie motywować, myślę, że o książce wspomnieć powinnam.

Przyznaję, że o mechanizmach "przyciągania" i "pozytywnego myślenia" wiedziałam już sporo wcześniej, co zresztą nie jest niczym niezwykłym. Nie oczekiwałam, że książka mnie jakoś szczególnie zdziwi i faktycznie nic takiego się nie stało. Autor powiela wszystko to, czego można się dowiedzieć choćby z internetu. I myślę, że całą treść można byłoby zmieścić w jakiś 20 stronach. Książka jest jednak sporo dłuższa, a to za sprawą:
a) rozciągania myśli autora, tzw. wodolejstwa;
b) bardzo licznych przykładów;
c) wielu odwołań do.... Biblii.
Nawiązywanie do Biblii zdziwiło mnie najbardziej. Mam wrażenie, że Autor dostosowuje tekst Biblii do swoich przekonań. Może nawet próbuje ze swojej koncepcji stworzyć pseudo - religię, bo każde odwołanie do naszej podświadomości nazywa... modlitwą. Nie do końca mi się to spodobało, zwłaszcza, że mam mieszany stosunek do samej religii.
Liczne przykłady też wydawały mi się troszkę "naciągnięte". W jednym miejscu autor pisze o mnichu, żyjącym w XII wieku, a stronę dalej o dziewczynie, która marzyła o torebce z wystawy sklepowej;) Przykładów jest naprawdę wiele, momentami miałam wrażenie, że to głównie na nich opiera się książka, większość jednak nie jest w żaden sposób potwierdzona, więc nie mam pewności, czy ich praźródło to nie wyobraźnia autora;)

Podsumowując, książka niewiele wniosła do mojego życia. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto myśleć pozytywnie, staram się zrobić z tego "nawyk", no ale przecież nie od dziś wiadomo, że optymiści żyją dłużej;)

sobota, 5 lutego 2011

(Nad)ambicja i niespełnione plany.

Na dwa tygodnie prawie całkowicie wyłączyłam ze swojego życia inne aktywności niż nauka do sesji. Cele sesyjne ładnie wypisałam na blogu w poprzednim poście, a to, co chcę zrobić już "po" zapisywałam w moim prywatnym kalendarzu. Oczywiście ta lista rosła w dość szybkim tempie, ale powtarzałam sobie, że przecież warto, a energii dodawała mi świadomość, że w zasadzie jest to moja przedostatnia prawdziwa sesja.

No i cóż. Od dwóch dni jestem przygnębiona, zawiedziona i wyssana z jakiejkolwiek energii. Nie zdałam jednego egzaminu. Jest oczywiście jeszcze jeden termin (dopiero w marcu niestety), a sam fakt niezdania nie jest czymś nadzwyczajnym ani w mojej karierze studenckiej, ani wśród ogólnych wyników na roku. Mimo to, nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Zawsze byłam osobą, która dość dobrze radziła sobie z tego typu porażkami, więc tym bardziej jestem zdziwiona moim samopoczuciem.

Może to prowadzenie tego bloga albo upływ czasu sprawiły, że stałam się taka (nad)ambitna... Jedno jest pewne - wcale nie czuję się z tym dobrze. Po ogłoszeniu wyników natychmiast zaczęłam się porównywać z "najlepszymi" i.... nawet trochę im zazdrościć. Nie wiem jak oni to robią, że potrafią się nauczyć, wstrzelić w oczekiwania wykładowców i nigdy nie mieli żadnej wpadki... Najgorsze jest to, że czuję, że naprawdę się przyłożyłam, wiem, że sporo umiem, więc gorycz porażki jest tym większa... a przez to czuję się też "gorsza", mniej inteligentna, mam wrażenie, że nie jestem zdolna tylko "wyuczona", a za tym przychodzą myśli dość długoterminowe "jakim ja będę prawnikiem", czy "będę do końca życia gniła w urzędzie"... Chyba wynika to wszystko z mojego kompleksu jeszcze z pierwszego roku. Byłam wtedy o włos od skreślenia z listy studentów i przy każdej sesji towarzyszy mi z jednej strony taki podświadomy lęk, że znów pójdzie mi tak kiepsko, a z drugiej chęć udowodnienia, że jednak się nadaję. I podobnie jest teraz - jestem zła, że nie udało mi się zdać, ale jednocześnie jest mi wstyd, że aż tak bardzo w środku to przeżywam..!

Nic to. Dość marudzenia. Przez najbliższych kilka dni planuję troszkę odpocząć, spokojnie przeanalizować moje najbliższe obowiązki na uczelni (bo niestety nowy semestr wcale nie oznacza, że mam do nadrobienia tylko ten felerny egzamin) i przygotować nowy plan działania. Jestem pewna, że nie zamierzam na kolejny miesiąc wyłączać się z życia, bo niemal każdego dnia przekonuję się jak bardzo wszystko co mamy jest kruche i nieobliczalne.