czwartek, 30 czerwca 2011

Królowa szos - cz. 1 i nie ostatnia;)

Wreszcie uwolniłam się od zobowiązań na uczelni, skończyłam sesję i mogę oddać się innym sprawom. Wspominałam już, że nie cierpię działać pod presją, więc teraz odpoczywam przede wszystkim psychicznie. Co prawda wciąż nie znam wyników ostatniego egzaminu, ale nie ukrywam, że liczę na pozytywne zakończenie całej przygody związanej z 4 rokiem studiów:)

Pierwszy dzień "lenistwa" spędziłam na ogarnianiu wszystkiego, co było zaległe. Zaczęłam od zdobycia wpisu, potwierdzającego odbycie praktyk (zeszłorocznych!) i dla lepszego samopoczucia wypucowałam pokój i zrobiłam wielkie porządki w ciuchach. Takie "czystki" są bardzo odświeżające i dają mi dużego kopa:) Patrząc na siebie obecnie nie mogę uwierzyć, że kilka lat temu byłam takim okropnym bałaganiarzem!:)

Na początku miesiąca w celach organizacyjnych wypisałam tu swoje plany na czerwiec. Udało mi się zrealizować niemal wszystkie - ale dziś skupię się na tym, że udało mi się zdać egzamin wewnętrzny na prawko.

Tym samym mam za sobą już dwie pierwsze jazdy... Jak mi idzie? Ciężko ocenić, zwłaszcza, że staram się być dla siebie wyrozumiała i pamiętam, że nikt nie rodzi się z prawem jazdy w pakiecie;) Jednak jak wyjechałam z instruktorem na miasto przeraziłam się i miałam wrażenie, że każdy samochód na mnie wjeżdża albo za chwilkę wjedzie;) Poza tym mam problem z "wyczuciem", przez co jak skręcam to robię to albo za słabo albo za mocno, jak hamuję to zdecydowanie za mocno (po jazdach bolała mnie szyja od tych szarpnięć:P), no i zupełnie nie rozumiem jazdy na wstecznym i jeśli muszę skręcać to robię to absolutnie na czuja;) Za to ciągle wydaje mi się, że jadę ZA WOLNO!;)

Mój instruktor to troszkę dziwny człowiek... Jestem osobą raczej gadatliwą (zwłaszcza jak się denerwuję), ale przy nim zamilkłam... W ciągu pierwszych dziesięciu minut dowiedziałam się, że ma dwóch braci, ale jest pokłócony z siostrami, że nie lubi prawników, ze szczególnym naciskiem na prokuratorów i że oglądał ostatnio z bratankiem bajkę "Zigi Śmigi" (możliwe, że przekręciłam;P). Myślałam, że tego nie wytrzymam, ale na szczęście jak ja wsiadłam za kółko - umilkł;) Być może w warunkach stresowych traci głos;)

Instruktor: Czemu się zatrzymałaś?
Martika: Bo są światła i mam czerwone:]
Instruktor: Ale światła są za 25 metrów, przed nas zmieściłyby się ze dwa samochody!
_____

Instruktor: Jedziesz samochodem, a nie rowerem - nie machaj ciągle tą kierownicą:]

_____

Martika (początek jazd, ustawiam sobie siedzenie): Nie widzę przodu samochodu...
Instruktor: No jak to przodu? Weź sobie wyżej to siedzenie.
Martika: Ale wyżej się nie da. Mam jeździć z takim podwyższeniem dla dzieci?

_____

Martika: Nie mogę tam jechać! Tam są ludzie!
Instruktor: Jedź! No przecież Cię widzą, nie?
......(jadę, jadę, jadę....)....
Instruktor: Hamuj, jednak Cię nie widzą...

_____

No i na koniec klasyka - "Czemu jedziesz pod prąd?!"


:) Ale nadal wierzę, że będzie ze mnie kierowca - przecież nie aspiruję na miano zawodowca;)

sobota, 25 czerwca 2011

Przepis na "wybitność";)

Zacznę może trochę trywialnie, ale w życiu pełnimy wiele ról – dziecka dla naszych rodziców, partnera dla naszych „połówek”, znajomych dla naszych znajomych, no i pracownika, czy przedsiębiorcy – w każdym razie, tak umownie ujmując – towaru na rynku pracy. I o ile te pierwsze role można pełnić dość intuicyjnie, zdając się na nasze wewnętrzne przekonania, system wartości i ogólne doświadczenia życiowe, o tyle do pracy trzeba podejść bardziej metodycznie;)

Niech Was nie zmyli tytuł – wcale nie mam ambicji na bycie „wybitną”, ale jednak chciałabym być specjalistą w danej dziedzinie, tak by móc z tego czerpać i satysfakcję, i środki do życia;) Doszłam do wniosku, że na bycie „dobrym” składa się trzy elementy:

1. wiedza
2. doświadczenie
3. ogólne ogarnięcie

Ad. 1. Wiedza – jest nieodłącznym elementem każdej profesji – barman musi wiedzieć jakie alkohole do siebie pasują, kierowca musi dobrze znać przepisy ruchu drogowego, specjalista ds. marketingu powinien znać mechanizmy działania reklamy, chirurg musi doskonale orientować się w medycynie, a prawnik w prawie.
Ad. 2. Doświadczenie – mając wiedzę, ale nie posiadając doświadczenia mamy szansę stać się, w najlepszym wypadku, wybitnymi teoretykami. Jest to cenione, ale tylko w przypadku pracowników naukowych – cała reszta musi umieć przełożyć teorię na praktykę. Oczywiście w niektórych zawodach to właśnie głównie doświadczenie robi z nas specjalistów, ale w niektórych praktyka idzie w parze z teorią. Droga do zdobycia doświadczenie jest dość kręta – zaczynamy zazwyczaj od praktyk, potem liczymy na pracę…i tak dalej. Doświadczenie nigdy nie oszuka czasu – w przypadku zdobywania wiedzy można się uprzeć i nauczyć się czegoś w stosunkowo krótkim czasie – doświadczenie jest o tyle niewdzięczne, że trzeba je zdobywać latami…
Ad. 3. Ogarnięcie – to też zależy od specyfiki konkretnego zawodu. Ale nie ulega wątpliwości, że dobry mechanik musi znać się ogólnie na samochodach, a nie tylko na wybranym modelu, lekarz powinien ogarniać wiele dziedzin, tak by ewentualnie nie pomylić np. nerwobólów głowy od guza mózgu, a prawnik, aby być dobrym, nie może tylko zamykać się w jednej dziedzinie, ale mieć tzw. „szersze” pojęcie. Myślę, że to „ogarnięcie” jest wypadkową doświadczenia i naszych indywidualnych chęci, zainteresowania tematem, dodatkowymi lekturami, branżowymi czasopismami itp.

Chyba dobrze sobie uświadomić swoje mocne i słabsze strony i nad tym pracować. Ja wiem, że mam braki w całej tej triadzie, ale nie poddaję się i wierzę, że dam radę popracować nad każdym tym elementem.

Gdzie znaleźć wytrwałość? … :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Separacja z tutorem;)

Wiecie jakie są przesłanki separacji?:) Zupełny, ale niekoniecznie trwały, rozkład pożycia:) Separację z e- tutorem zarządziłam ja, ale musicie wiedzieć, że było to rozstanie w bardzo przyjaznej atmosferze;)

Uprzedzając wszelkie niejasności - nadal uważam, że to jeden z moich najlepszych zakupów ostatniego pół roku. Polecam ten program każdemu i zawsze przy okazji rozmów na temat nauki języków. W ciągu trzech miesięcy, na które wykupiłam abonament przerobiłam cały poziom C1. Oznacza to 25 lekcji, tyle samo zagadnień gramatycznych i dwukrotnie więcej "listeningów". Nauczyłam się 1539 nowych słówek i idiomów - i mogę śmiało powiedzieć, że naprawdę się ich NAUCZYŁAM i teraz potrafię sobie je przypomnieć i użyć w zdaniu. Wynik ten osiągnęłam za pomocą 8539 powtórek i 1969 ćwiczeń. Dla mnie wyniki są bardzo zadowalające, a hasło "jeden poziom w trzy miesiące" - może robić wrażenie. Jednak oczywiście nic za darmo - na angielski poświęciłam łącznie 59 godzin i 30 minut.

Dlaczego więc separacja? Z przyczyn bardzo pragmatycznych:) Abonament kończył mi się akurat w środku sesji, a sesja to taki specyficzny czas, kiedy nawet nauka angielskiego schodzi na dalszy plan;) Przede mną 3 miesiące wolnego od uczelni - co prawda zamierzam je spędzić w stolicy i raczej pracowicie, ale mimo to na większość weekendów jednak będę wybywała, ewentualnie organizowała sobie jakieś rozrywki, do tego dochodzi planowany "urlop" i w ten sposób pewnie spora część nowego abonamentu by się po prostu "zmarnowała".

Oczywiście to wcale nie oznacza, że angielski zostaje zawieszony! Poziom C1 wg klasyfikacji Rady Europy odpowiada poziomowi egzaminu CAE (C2 to już Proficiency, czyli zdecydowanie wyższa szkoła jazdy!). Chcę to zweryfikować i sprawdzić się, dlatego zaraz po moim ostatnim egzaminie ruszam z rozwiązywaniem arkuszy egzaminacyjnych - akurat mam książkę z testami CAE z kilku ostatnich lat, więc wynik pewnie będzie w miarę wiarygodny:) Poza tym przerzucę się na przyjemniejszą "naukę", czyli oglądanie filmów w oryginale - ze wstydem muszę przyznać, że do tej pory brakowało mi "odwagi", a to na pewno świetny sposób by popracować nad rozumieniem ze słuchu. Chciałabym też dokończyć Workbook z mojego kompletu podręczników do nauki angielskiego dla prawników.

No i tyle. A tutor?... Ja myślę, że nasz związek nie jest jeszcze tylko przeszłością i już za kilka miesięcy wkroczymy w nowy etap:)

środa, 15 czerwca 2011

Uda mi się!;)

Kiedy zaczynałam pisanie bloga moim głównym problemem było to, że w zasadzie nie wiedziałam czego oczekuję od życia i co chcę w nim robić. Miotałam się od jednego pomysłu do drugiego, szukałam wciąż nowych inspiracji, miałam średnio 2 nowe pomysły na tydzień, a to wszystko prowadziło do jeszcze większej niepewności i zniecierpliwienia. Podejmując różne wyzwania (praca, praktyki, szkolenia, konferencje) liczyłam, że nagle dostanę kompletnego olśnienia w temacie mojej przyszłości. Jednocześnie czułam (i nadal czuję!) presję, związaną z porównywaniem się do innych (o tym już było kilka słów...), ale także z nieuchronnym końcem studiów...

Już na początku tego roku akademickiego zorientowałam się, że to, czego się uczę sprawia mi przyjemność i po prostu mnie interesuje! To pierwszy krok. Potem zaczęłam zastanawiać się jaka praca da mi satysfakcję, a zatem (to moje osobiste kryteria!): względną samodzielność, możliwość ciągłego zdobywania wiedzy/umiejętności, większą elastyczność w chwili, gdy założę rodzinę i brak obaw, że gdy przekroczę 35 lat stanę się mniej atrakcyjna na rynku pracy.

Niedawno usłyszałam też, że posiadanie konkretnego planu, czy celu odciąża psychikę. I faktycznie - teraz jak już się "zdecydowałam" jestem przygotowana na to, co mnie czeka i jednocześnie wiem, jakie podjąć kroki by to zrealizować...

Uwzględniając moje "oczekiwania", o których piszę wyżej oraz to, że faktycznie to TERAZ jest czas na działanie zdecydowałam, że wybiorę to trudniejszą drogę i spróbuję zostać "prawdziwym prawnikiem". Co więcej, ja po prostu poczułam, że naprawdę tego chcę!

No dobrze, ale co się z tym wiąże? Z kwestii bardziej długoterminowych: aplikacja. Ale przed nią bardzo trudny egzamin wstępny i, jeśli uda się go zdać, 3 lata nauki. Przyznaję, że to mnie najbardziej przeraża, ale i tak brałam pod uwagę studia podyplomowe, mój Luby też ma przed sobą kilka lat edukacji, więc razem raźniej;) Z kwestii krótkoterminowych - ponieważ nie udało mi się znaleźć żadnego płatnego stażu w grę wchodzi wersja A, czyli praktyki i praca. Ciągle działam, dlatego o tym napiszę dopiero w jednym z kolejnych postów, by nie zapeszać:)

Bardzo się cieszę, że mam już klarowny cel. Wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną i wiem, że pewnie jeszcze nie raz będę miała chwile zwątpienia i myśli, że "po co to wszystko". Ale wiem też, że jak jestem do czegoś przekonana to potrafię wiele poświęcić.

I faktycznie - moja psychika czuje się lepiej;)

czwartek, 9 czerwca 2011

Gorrrący czerwiec!

Ostatni post pisany był pod wielkim wpływem emocji - i to tych negatywnych - rozczarowania, żalu i pretensji samej do siebie. Minęło parę dni, ja pozbierałam się w kupę i znów zaczynam planować, realizować i wymyślać. No i wierzyć, że dam radę! :)

Czerwiec jest gorącym miesiącem nie tylko ze względu na pogodę (bo ta akurat w stolicy troszkę się popsuła), ale ze względu na inne obowiązki. Krótko mówiąc - nie mam kiedy się wyspać, nie mam kiedy poleniuchować, nie mam kiedy obejrzeć filmu, porządnie posprzątać, ani nawet podciąć końcówek włosów;) No, ale nie odkryłam niczego odkrywczego - taki właśnie urok sesji;)

Ale oprócz tego, co u mnie jest "standardem" na głowie mam też zaczęty kurs na prawko:) Jestem właściwie już w połowie zajęć z części teoretycznej. Nie jest tragicznie, okazało się, że same zasady ruchu są stosunkowo łatwe do przyswojenia. Mieliśmy już nawet małą "kartkówkę", którą... ekhm... napisałam najlepiej z grupy;P Wiem jednak, że najcięższe i najtrudniejsze dopiero przede mną - czyli praktyka!

Ze względu na taki nawał spraw, postanowiłam na czerwiec i kilka początkowych dni lipca przyjąć tryb zadaniowy. Poniżej kilka punktów, które stanowią absolutne priorytety:

1) Zdać egzaminy - w tej chwili zostały mi jeszcze dwa. Sesję, wbrew moim wcześniejszym nadziejom, skończę dopiero na sam koniec czerwca. Mimo tego, że to tylko 2 egzaminy, pewnie większość czasu i tak będę zmuszona spędzić w towarzystwie książek i kodeksów;/ Niestety.
2) Zdobyć wszystkie wpisy plus złożyć dwa podania do dziekanatu. Wstyd się przyznać, ale przez 4 lata w kwestii wpisów zazwyczaj się kimś "wyręczałam";) Teraz pora się odwdzięczyć, a to wiąże się też ze sporym nakładem czasu.
3) Do końca czerwca uporać się z egzaminem wewnętrznym na kursie na prawko, co umożliwi mi zapisanie się na jazdy i rozpoczęcie części praktycznej (i, jak podejrzewam, zatrzymanie ruchu w połowie Warszawy;P)
4) Zaplanować sobie życie od lipca - czytaj: praktyki/praca/staż. Nadal szukam i czekam na odpowiedzi.
5) Wreszcie chcę skonkretyzować swoje plany. Ogólny zarys już oczywiście mam - teraz, dla uporządkowania tego chaosu, pora na sformułowanie konkretnych celów i ujęcie je w ramy czasowe:)
6) Iść do kina! A co!;)

A na sam koniec cytat, który mnie z jednej strony rozbawił, a z drugiej - dał troszkę do myślenia:

"Mam całe stosy marzeń (…) To jest kwestia statystyki – jak Pan ma jedno marzenie, to jest spora szansa, że się nie spełni, ale jak Pan ma ich tysiące, to co chwila spełnia się któreś z nich. Właśnie na tej zasadzie mi się wciąż udaje realizować marzenia – stosuję teorię wielkich liczb i odrobinę wiedzy na temat statystyki." - Wojciech Cejrowski

:)

środa, 8 czerwca 2011

Moje prywatne demotywatory.

Już dawno zorientowałam się, że z duetu „kij czy marchewka” w moim przypadku zdecydowanie skuteczniejsza jest metoda marchewki;) To właśnie sukcesy (albo nawet sukcesiki bardzo małego kalibru) motywują mnie do działania, dają przysłowiowego „kopa”. Jeśli natomiast coś mi się nie udaje, tracę chęć, siły, a przy okazji moje poczucie wartości diametralnie się zmniejsza.

Oczywiście, myśląc zdroworozsądkowo, doskonale wiem, że poczucie wartości powinno tkwić gdzieś w środku mnie, a już na pewno nie powinno być uzależnione od „małych sukcesików” i „małych porażek”, ale jednak, nie umiem z tym skutecznie walczyć...

Dodatkowo uświadomiłam sobie, że bardzo mnie demotywuje porównywanie się z innymi. Oczywiście porównuję się tylko z osobami, które w jakiś sposób mi imponują . Nie chcę być źle zrozumiana – nie reaguję zazdrością, tylko właśnie spadkiem wiary w samą siebie. A spadek wiary w siebie niesie za sobą kompletną „niemoc” i poczucie, że „jestem gorsza”.

Oczywiście sama nie raz pisałam na blogu, a nawet mówiłam pocieszając znajomych, że te małe porażki za chwilę będą tylko mglistym wspomnieniem. Wiem dobrze, że powinnam „robić swoje” i nie zrażać się tymczasowymi trudnościami. Wiem też, że porównywanie się to najgorsze co mogę sama sobie zafundować. A jednak – wciąż nie potrafię sobie z tym poradzić...

...a może powinnam napisać, że jeszcze nie potrafię sobie z tym poradzić? Warto wspomnieć, że jest to stosunkowo nowy „problem”, który przyszedł wraz ze zmianą nastawienia w stosunku do moich studiów i szeroko pojętą „ambicją”.

A Wy jak sobie radzicie z pokusą porównywania się do innych? Jak radzicie sobie, jeśli nie uda Wam się sprostać swoim planom? Jak reagujecie, jeśli macie wrażenie, że w stosunku do otoczenia "zostajecie w tyle"? Czy warto robić „dobrą minę do złej gry”?...