sobota, 27 sierpnia 2011

Tania siła robocza, czyli podsumowanie moich praktyk

Moje praktyki w kancelarii dobiegły końca. Wyszłam z uśmiechem na ustach, w bardzo dobrym humorze i nawet lekko się wzruszyłam;) Dacie wiarę?;)

Na praktyki dostałam się jak dla mnie dość nietypowo, ale byłam zdesperowana. Przede wszystkim chciałam zweryfikować moje nastawienie do pracy w kancelarii, które po zeszłorocznych praktykach było, powiedzmy uczciwe, dość negatywne (dla zainteresowanych więcej szczegółów tu i tu). Poza tym oczywiście miałam nadzieję, że posiądę wiedzę tajemną oraz będę miała szansę się wykazać i wiele nauczyć.

Wrażenia ogólnePogrubienie
Na pewno panowała tam o wiele milsza atmosfera, niż na moich zeszłorocznych praktykach. Czas upływał mi w miarę szybko, ale i pracowicie (co uważam za plus). Szybko zorientowałam się jednak, że praca w tak małym środowisku (pięciu prawników – ze znaczną przewagą prawniczek – plus sekretarka) budzi trochę niezdrowe relacje. Obgadywanie się za plecami, małe puszczanie fochów, sieć układzików – to codzienność – a ja przecież byłam tylko praktykantką, więc wiem tyle, co udało mi się zaobserwować… Poza tym pracownicy byli pracowici do tego stopnia, że rzadko wychodzili choćby w okolicach 17… Oczywiście pewnie zmuszały ich do tego uciekające terminy i sprawy „na wczoraj”, ale to tylko pogłębiło moje przeświadczenie, że ja nie chcę się aż tak poświęcać pracy…

Co zyskałam?

Na pewno takie… obycie w pracy z prawem. Ogólne ogarnięcie, swobodę kontaktowania się z urzędami, załatwiania spraw, no i umiejętność sporządzania prostych pism procesowych. Mimo tego, że rok temu uważałam czas spędzony na praktykach za zmarnowany, w tym roku odkryłam, że tamto doświadczenie jednak troszkę zaprocentowało i większość rzeczy nie była dla mnie nowa.

No i wpis do CV;)

Co straciłam?

Czas, oczywiście;)

Do tego po ok. dwóch tygodniach zorientowałam się, że większość rzeczy, które robię ma całkiem niezłą wartość. Poza tym oczywiście robiłam też rzeczy takie, jak wysyłanie poczty, wycieczki do urzędów, sądów, KRS-ów itd. – nie mam o to pretensji – w końcu ktoś to robić musi, ale jednak pod koniec miałam mały niesmak, że jestem taką tanią (a, żeby chociaż tanią – bezpłatną!) siłą roboczą.

Podsumowanie

Nie żałuję, że zdecydowałam się na praktyki. Po tych dwóch miesiącach jestem zdecydowanie pewniejsza swoich umiejętności, trochę mądrzejsza i, jak to ładnie napisałam w swoim CV, poznałam specyfikę pracy w kancelarii;) Przyznaję, że nie do końca odpowiada mi właśnie ta „specyfika” i wydaje mi się, że po studiach będę raczej dążyła do czegoś innego…

No, ale do poważnego poszukiwania pracy mam jeszcze praaawie rok…;)

wtorek, 23 sierpnia 2011

Wrzesień miesiącem dokańczania:)

Sierpień powoli się kończy, a ja myślami jestem już we wrześniu;) W końcu i moje wakacje niedługo się skończą, a ja mam nadzieję, że uda mi się zrealizować wszystko, co sobie postanowiłam przed paroma miesiącami. Na post „podsumowujący” przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem mogę „zdradzić”, że do tej pory moje działania podporządkowane były praktykom i względnemu wypoczynkowi - oglądałam filmy, czytałam książki, no i wiodłam jakieś tam życie towarzyskie;) Poza tym korzystałam z tego, że mój Luby ma trochę wolnego, dzięki czemu mógł mi wynagrodzić parę zimowych miesięcy, kiedy poświęcał mi 15 minut dziennie;)

Praktyki powoli dobiegają do końca, więc będę miała czas, by doprowadzić do końca rozpoczęte sprawy i uporządkować trochę mój plan działania.

Sporządziłam więc listę rzeczy, które chcę lub muszę dokończyć przed rozpoczęciem roku akademickiego. Wszystko oczywiście w telegraficznym skrócie, bo pewnie każdemu zagadnieniu wkrótce poświęcę osobnego posta.

1) Angielski – do angielskiego zaglądałam, ale dość nieregularnie. Ćwiczyłam głównie czytanie i słuchanie, czyli to co najprzyjemniejsze… Teraz chcę się skupić na gramatyce i use of english. Na pewno na temat nauki angielskiego napiszę niedługo osobnego posta, ale już teraz zakładam, że do października przerobię co najmniej całą książkę z testami CAE i dział biznes z Glotto.

2) Szkolenie z PARPAkademia PARP oferuje bardzo ciekawą i bogatą gamę kursów. Jestem w zasadzie na początku szkolenia, ale moje wstępne wrażenia są bardzo pozytywne – nie podejrzewałam, że internetowe szkolenia mogą mieć tak wysoki poziom (i przy okazji tak trudne testy sprawdzające;)

3) Praca magisterska – ech, o tej pracy myślę już od roku i na myśleniu się kończy;) W każdym razie chcę przeszukać katalog APD i wybrać sobie dwa alternatywne tematy. Potem zrobić do nich coś na kształt planu i na pierwszym seminarium przedstawić to mojej promotorce i cierpliwie czekać na zatwierdzenie jednego z nichJ Niestety, czuję, że najbliższy rok będzie upływał mi na przygodach z promotorką, więc chcę ją „załatwić” szybko, żeby potem mieć czas i na pisanie, i na spokojną obronę w terminie.

4) Prawo jazdy – do końca września chcę koniecznie dokończyć kurs. Teraz jestem w połowie jazd. Niestety moja szkoła jest bardzo obłożona, umawiamy się na jazdy bezpośrednio z instruktorem, więc z terminami jest ciężko. Do tego przez praktyki nie jestem zawsze dyspozycyjna, przez co cały proces jest jeszcze dłuższy. Poza dokończeniem jazd chcę się też przygotować na test teoretyczny, bo pierwsze podejście do egzaminu planuję na początek października.

5) Wyrwanie zęba – najmniej przyjemne, ale też chyba najbardziej konieczne. Wyrywanie zaplanowałam na początek września i mam nadzieję, że nie „wyrwie” mnie to z życia na więcej niż dwa dni…:(

6) … no a oprócz tego chcę skorzystać z ostatnich „wakacji” w moim życiu, czyli czytać, oglądać, słuchać i chłonąć wszystko co mnie interesuje:) a ostatnio jest tego coraz więcej....

środa, 17 sierpnia 2011

Praca idealna

Kiedy po raz pierwszy szukałam pracy (nie licząc wakacyjnego roznoszenia ulotek) byłam po pierwszym roku studiów i mogłam „wybierać” między pracą na telefonach, a pracą w gastronomii. Bez wahania wybrałam telefony, bo doskonale zdawałam sobie sprawę, że lepiej odnajdę się w pracy „siedzącej” i nie lubiłam się męczyć fizycznie. Potem marzyłam o pracy w biurze, gdzie nie byłabym skazana na ciągłą obsługę klienta, ale miałabym bardziej „samodzielne” i „papierkowe” obowiązki. Po 2 roku udało mi się taką pracę znaleźć – minęło trochę czasu, a ja zaczęłam myśleć o pracy „w zawodzie”. Od tego momentu pracowałam w redakcji, gdzie byłam całkowicie samodzielna i odbyłam dwie praktyki, które składają się na 4 miesiące doświadczenia w kancelarii.

A ja ciągle wybrzydzam…

Praca w kancelarii dla większości studentów prawa jawi się niemal jako „ziemia obiecana”. Ja po moich dwóch praktykach nie jestem przekonana czy jest to miejsce dla mnie… Rozmyślając na ten temat stworzyłam listę cech, jakimi charakteryzuje się moja „praca idealna”.

1) Bez nadliczbówek – nie jestem osobą, która przedkłada życie zawodowe nad prywatne, więc z przerażeniem słucham opowieści o pracy od świtu do nocy. Nawet po tych kodeksowych ośmiu godzinach po intensywnej pracy umysłowej i wpatrywaniu się w ekran komputera można być wykończonym, więc po 10 - 11 godzinach raczej nie ma siły na rozwijanie jakichkolwiek pasji poza odsypianiem…

2) Elastycznie – jednocześnie w dalszej perspektywie chciałabym mieć pracę w miarę elastyczną, tzn. pozwalającą mi na wizytę u lekarza, uczestniczenie w przedszkolnym/szkolnym życiu własnego dziecka itp. Chyba ideałem byłoby gdybym część obowiązków mogła wykonywać w domu…

3) Dynamicznie? – zwykle szybko się nudzę, więc wykonywanie wciąż i wciąż tego samego na pewno byłoby dla mnie udręką. Z drugiej strony wolę pracę w miarę przewidywalną –tzn. odpadają nagłe niespodziewane wyjazdy służbowe, czy uzupełnianie do późnej nocy niezbędnej dokumentacji (już kilka razy miałam tego typu sytuacje i wszystkie wynikały ze złej organizacji czasu...)

4) Względna samodzielność – samodzielność rośnie razem z doświadczeniem, stażem itp., ale ogólnie lubię, gdy mam pewne konkretne rzeczy do zrealizowania i to ja nad tym czuwam. Zawsze staram się tak sobie rozłożyć pracę, by mieć choćby jeden dzień „w zapasie” – jednym słowem chyba nie przepadam być zaskakiwana;)

5) Jasna ścieżka awansu – to taki utarty zwrot, często nadużywany w ogłoszeniach o pracę;) Fakt jest jednak taki, że chciałabym widzieć jakieś realne możliwości rozwoju, które nie byłyby tylko uzależnione od znajomości albo szczęścia. Możliwość awansu motywuje każdego.

Oczywiście ta lista ma charakter bardzo subiektywny. Każdy ma inne wyobrażenie o swojej „dorosłej” pracy – dla jednego są to częste wyjazdy służbowe, a dla innych spokojna posada w urzędzie; niektórzy chcą mieć ciągły kontakt z ludźmi, a inni wolą pracować z papierami z radiem w tle:) Mam też świadomość, że to jest taka „lista życzeń” i jak za rok będę szukała poważnej pracy to pewnie nie będę zbytnio wybredna – myślę jednak, że dobrze znać swoje słabe i mocne strony, poznać specyfikę pracy w różnych warunkach, by umieć potem sprecyzować swoje oczekiwania i nie witać każdej propozycji słowami „jakoś to będzie”;)

Tymczasem do ukończenia studiów będę się zastanawiała… gdzie rozdają takie etaty?;)

sobota, 13 sierpnia 2011

Rozrywka dla leniwych?;)

Mój stosunek do filmów na przestrzeni ostatnich kilku lat uległ drastycznej zmianie. Kiedyś, jeszcze w czasach gimnazjum i ogólniaka, do filmów podchodziłam z dużą rezerwą i pobłażaniem. Szczerze mówiąc, dla mnie, jako naczelnego mola książkowego, była to po prostu rozrywka dla leniwych;)

Sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, kiedy zaczęłam spotykać się z moim Lubym – odkryłam, że jednak oglądanie może być fajnym sposobem na spędzenie czasu – jednym słowem - film zaczął być trochę doceniany, choć wciąż był na drugim planie…

… aż wreszcie wylądowałam na studiach, gdzie moje dotychczasowe rozrywki i życie uległo wielkim przemianom – głównie na skutek braku czasu. Pierwszy rok był starciem między systemem „klasówkowym”, a „egzaminowym”. Uczyłam się sporo, niestety bez spektakularnych sukcesów, więc nie miałam ochoty sięgać po kolejne książki. I tak właśnie prawdziwie doceniłam „szklany ekran”. Potem zaczęłam korzystać ze „Śród z Orange”, uważniej dobierać repertuar, kojarzyć aktorów, a nawet reżyserów, no i powoli wyrabiać sobie gustJ

Powracał jednak wciąż ten sam problem – skąd brać filmy? Na codzień korzystam z laptopa i bardzo o niego dbam – gdyby się popsuł, zawirusował albo odmówił posłuszeństwa raczej szybko bym sobie nie sprawiła nowej sztuki;) Jednocześnie moja wiedza informatyczna jest poniżej choćby przyzwoitego poziomu, dlatego staram się nie dawać mu żadnych powodów, by się na mnie obraził;) Wiem, że większość ludzi po prostu sobie ściąga filmy, no ale właśnie – po pierwsze bardzo boję się, że przypadkiem ściągnę sobie wirusa, a w dodatku moje łącze zazwyczaj działa koncertowo wooolno, więc obciążenie go dodatkowym „ściąganiem” nie przyniosłoby ani sprawnego ściągania, ani w miarę sprawnego korzystania z Internetu.

Jeśli ktoś ma podobny „problem” – polecam stronkę. Znajdziecie baaardzo duży katalog tytułów, począwszy od klasyków jak „Śniadanie u Tiffany’ego”, po najnowsze produkcje typu „Piraci z Karaibów”. Wszystko można oglądać za darmo, ale z limitem (po 70 minutach oglądania trzeba poczekać drugie tyle i dopiero można kontynuować). Oczywiście nie jest to rozwiązanie komfortowe i wyklucza na przykład zorganizowanie „wieczoru filmowego”. Dlatego ja korzystam z opcji płatnej – za sms o wartości 3,60 dostaję tygodniowy dostęp do serwisu bez żadnego limitu. Myślę, że jest to naprawdę niska cena za cały pakiet filmów dostępnych od ręki, w całkiem niezłej jakości, no i za bezpieczeństwo mojego komputera;)

niedziela, 7 sierpnia 2011

Pocztówka z wakacji...

Już rok temu pisałam o tym, że coroczne wyjazdy są dla mnie ważne. Takimi „wakacjami”, choćby i trwały tylko kilka dni żyję praktycznie cały rok – wspominając te, które już minęły i planując te, które są przede mną:) Pisałam też, że Polska jest pięknym miejscem na urlop i że błędem jest zachwycać się wspaniałością innych krajów nie doceniając tego, co jest obok nas.

W tym roku jednak przyszedł czas na podróż z kategorii tych dalszych i udało mi się spędzić tydzień w Bułgarii. Na co dzień jestem raczej „żyłą”, ale w tym przypadku nie żałuję ani złotówki. Wszystko było takie „łał” – pierwszy lot samolotem, pierwsze zetknięcie z troszkę inną kulturą, pierwszy odpoczynek w prawdziwym kurorcie. No i nie ma co ukrywać, że odpoczynek w miejscu, gdzie morze jest prawdziwie niebieskie, gdzie każdego dnia wita mnie słońce, a po wyjściu na balkon widzę plażę nie może być nieudany. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przez cały ten tydzień nie studiowała pilnie przewodnika – w ramach wycieczek dodatkowych udało mi się zobaczyć dwa miejsca wpisane na listę zabytków UNESCO i przepłynąć łódką jeden z dopływów Morza Czarnego, który biegnie wprost przez przepiękny rezerwat przyrody.



Gdybym miała powiedzieć co najbardziej mi się podobało bez wątpienia odpowiedziałabym – jedzenie! Lokalna kuchnia bardzo mi odpowiadała – mnóstwo warzyw, pysznych sałatek, aromatycznego sera, oliwy z oliwek… Lekko, zdrowo i przyjemnie – ta wycieczka na pewno odbije się na moich eksperymentach kulinarnych. Największe zaskoczenie w tym zakresie – frytki podawane z serem (nie trzeba było dosalać, a całe „danie” było bardzo syte).



Podsumowując - tegoroczny urlop był bardzo udany, a ja się tak rozochociłam, że chcę podróżować więcej i więcej;) Co teraz? Z bólem wracam do rzeczywistości. Pierwszy dzień „po” był naprawdę przygnębiający – zamiast morza miałam blokowiska, a zamiast słońca wieczorne oberwanie chmury. Teraz powoli zbieram się do kupy. Powoli – bo najbliższy tydzień pewnie jeszcze trochę się „polenię” i czas wolny będę spędzała na oglądaniu filmów, nadrabianiu zaległości internetowo – towarzyskich. Jednocześnie zbieram siły na kolejne działania, bo planuję nowe zajęcia na te ostatnie wakacyjne tygodnie.