czwartek, 27 października 2011

Praca magisterska - zaczynamy!:)

No i zaczęła się „era” pisania mojej pracy magisterskiej:)) Przyznaję, że gdzieśtam czuję taką dumę i zniecierpliwienie, bo to moja pierwsza tak duża i poważna praca w życiu;) Pisać ogólnie lubię, czytać również, cała idea magisterki jest dla mnie pociągająca. Naprawdę.

Wiem, że być może te wszystkie emocje mogą przerodzić się w znudzenie i przykry obowiązek, ale nie chcę za bardzo wybiegać w przyszłość – na wszystko przyjdzie czas. Na narzekanie również;)

Więc od początku – nad tym jak napisać dzieło zastanawiałam się już dawno;) W ciągu ubiegłego roku akademickiego w kwestii tematu miałam ze trzy genialne pomysły, które niestety upadały, gdy tylko chciałam znaleźć więcej niż jedną książkę na dane zagadnienie;) W końcu moja promotorka sama zasugerowała, że moje propozycje są bliższe tematyce rozpraw doktorskich, niż prac magisterskich i żebym zeszła o poziom niżej;) No więc zeszłam nawet o dwa poziomy niżej i problem magisterki zupełnie przestał mnie interesować;)

Kwestia ta odżyła w wakacje i wtedy już wymyśliłam ostatecznie trzy tematy, z których jeden odpowiadał mi najbardziej, ale też niósł za sobą największe ryzyko, że promotorka go nie zaakceptuje. Jak wspominałam, kontakt z nią jest niesamowicie utrudniony, więc pozostało mi czekać, aż ją wreszcie zastanę na uczelni… Na szczęście okazało się, że pani promotor, choć zupełnie niezinformatyzowana, nie chce nam tworzyć sztucznych problemów i zaakceptowała mój pomysł (właściwie mam wrażenie, że zaakceptowałaby wszystko, co nie angażowałoby jej w stopniu większym niż minimalny…).

W woli podsumowania:

- temat mam zaakceptowany;

- plan i bibliografię mam złożyć za dwa tygodnie;

- 13 lutego (ekhm...to jest piątek trzynastego;) mam złożyć część merytoryczną pracy;

- część mojego tematu, związana jest z mediacją. Z uwagi na moją działalność w Fundacji i ostatnie szkolenie, pewnie przy pracy nad tą partią będzie mi trochę łatwiej. Może to pójście na „łatwiznę”, ale uznałam, że skoro i tak będę miała tak mało czasu, to nie będę się ambicjonalnie porywała na coś, o czym nie mam pojęcia.

Przy okazji pisania tego posta zwracam się z prośbą o rady, dotyczące pisania pracy;) Na moją promotorkę nie mam za bardzo co liczyć, więc jeśli zajrzą to osoby, które podczas pisania odkryły jakiś magiczny sposób usprawniający cały proces zachęcam do zostawiania komentarzy;)

sobota, 22 października 2011

Kolejny cel spełniony:)

O tym jak znalazłam się na szkoleniu dla mediatorów pisałam tutaj. Szkolenie mam już za sobą – teraz czas na moje wrażenia:)

Przede wszystkim – nie żałuję tego, że we wrześniu znalazłam się z w Fundacji. Nie żałuję też poświęconego czasu – zarówno wolontariatowi, jak i szkoleniu (które było długie i łącznie obejmowało 40 godzin zegarowych) – a to chyba najlepsza ocena i recenzja:)

Było to dla mnie pierwsze szkolenie, oscylujące wokół tzw. „umiejętności miękkich” i przyznaję, że do końca czułam się trochę głupio biorąc udział w scenkach rodzajowych;) Za to baaardzo pozytywnie oceniam część teoretyczną – dowiedziałam się bardzo dużo z zakresu psychologii, rozwiązywania konfliktów, a także wzbogaciłam swoją wiedzę prawniczą.

Na szkoleniu miałam też okazję poznać wiele ciekawych osób – byłam najmłodsza i jako jedyna nie podjęłam jeszcze „poważnej” pracy. Mimo początkowych obaw, szybko okazało się, że wszyscy dysponują takimi samymi umiejętnościami mediacyjnymi (czyli żadnymi;), więc nie czułam się szczególnie wykluczona;) Poza tym znalazłam wspólny język z dwiema dziewczynami, co prawda starszymi ode mnie o kilka lat, ale bardzo mile spędzałyśmy czas na przerwach. Poza tym, fakt, że już pracowałam w kilku miejscach sprawiał, że mogłam bez żadnych kompleksów uczestniczyć w rozmowach o doświadczeniach zawodowych.

Szkolenia zakończyłam bardzo dobrym wynikiem testu końcowego, całym segregatorem różnego rodzaju materiałów doszkalających, no i głową pełną nowej wiedzy. I nowymi umiejętnościami – teraz trochę inaczej patrzę na swoje nieporozumienia z bliskimi, staram się trochę inaczej na nie reagować – przyznaję, że nie zawsze mi się to udaje, no ale się staram;)

Podsumowując – naprawdę fajne doświadczenie. Coś zupełnie innego od formy, jaka jest serwowana na moich studiach, choć zakres tematyczny jest bardzo zbliżony. Nie wiem oczywiście czy uda mi się być „mediatorem na pełen etat” (raczej nie), ale mam nadzieję, że uda mi się jakoś zgrabnie połączyć prawo i mediacje.

Ukończenie szkolenia dla mediatorów było jednym z moich „małych Marzeń”, więc z radością i satysfakcją skreślam punkt 22:)

wtorek, 18 października 2011

Proces adaptacji...

Proces adaptacji do zimnej jesieni, krótkich dni i do napiętego grafiku wciąż trwa… Dni mijają mi bardzo szybko – czasami mam wrażenie, że zaraz po poniedziałku jest już czwartek – ma to swoje zalety, ale i wady… W weekendy staram się odsypiać i nadrabiać zaległości z cyklu „piorę, sprzątam i czytam”;) W ramach mojej działalności w Fundacji uczestniczę w organizacji pewnego dużego wydarzenia, przez co czuję się jakbym miała drugą pracę – codziennie wieczorem muszę odpisywać na maile, w weekendy tworzę różnego rodzaju listy i statystyki, przez co czas dla siebie mam ściśle limitowany… Jest szansa, że w listopadzie trochę się to wszystko unormuje, chociaż znając moje „szczęście” to pewnie i tak wyskoczy coś nowego…

Obciążona jest także moja pamięć – obecnie obsługuję cztery adresy mailowe (nie licząc dwóch prywatnych;), z czego każdy dotyczy czego innego. Każdy, co oczywiste, ma też inne hasło – niestety już zdarzały mi się małe wpadki w tym temacie;) Poza tym – trzy różne hasła do komputera, dwa różne kody do domofonów…

Temat pracy mgr jak na razie wisi w powietrzu, bo póki co mojej pani promotor nie udało się dotrzeć na uczelnie, a podjęcie z nią kontaktu mailowego ociera się o próby nawiązania takiego połączenia z księżycem. Szczerze mówiąc, boję się jak dam sobie radę jak jeszcze do moich zajęć dojdzie pisanie tej pracy. Teoretycznie planowałam robić to w weekendy, ale widzę, że to wcale nie będzie takie łatwe…

No i do tego całego zmęczenia i przeziębienia, dochodzi jeszcze stres, związany z kończeniem studiów, ciągłe porównywanie się z innymi i tematy, związane z planami na przyszłość, poruszane na każdym spotkaniu towarzyskim. Przytłacza mnie to! W październiku już kilka razy robiłam „rachunek sumienia”. Z mojej obecnej pracy jestem średnio-zadowolona, tak naprawdę wolałabym móc zdobywać doświadczenie w ramach mojego kierunku studiów, bo obawiam się, że umiejętność odpisywania na maile oraz pisania ładnych, chwytliwych tekstów raczej nie jest milowym krokiem w mojej karierze prawniczej. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że wciąż waham się czy chcę startować na aplikację, a argument „zobaczy się, mam jeszcze czas do podjęcia decyzji” zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie…

No, to sobie ponarzekałam…;)

czwartek, 13 października 2011

Martika degustuje – sushi!

Można powiedzieć, że smaczne jedzenie jest moim hobby – lubię jeść, lubię gotować (jeśli mam czas, oczywiście;), a po dobrym posiłku zawsze poprawia mi się humor;) Jedząc „na mieście” zazwyczaj staram się wybierać nieznane mi połączenia smakowe, chociaż chętnie na bazie lubianych i znanych produktów:)

Sushi „chodziło” za mną od dłuższego czasu – w końcu udało mi się namówić moją współlokatorkę na wspólny eksperyment;) Żadna z nas nie umie jeść pałeczkami, więc wybrałyśmy restaurację, która dowozi jedzenie do domu;) Poza tym, w obawie przez „klęską smakową” zdecydowałyśmy się na zestaw wegetariański (bo wg naszej logiki warzywka zje się zawsze, a mięso z kraba lub węgorza niekoniecznie…). No i stało się – na naszym kuchennym stole wylądowało sushi!

Pierwsze wrażenie – „o, jakie to małe…” – no z całą pewnością za taką kwotę w innej restauracji miałybyśmy dwa pełne talerze jedzenia, ale w końcu nie o ilość tu chodzi – z ciekawością przystąpiłyśmy do konsumpcji:) I tu niestety kolejne rozczarowanie… Łosoś, którego ogólnie baaardzo lubię, okazał się być (chyba) panierowany z czymś ostrym i kwaśnym zarazem. Suszone pomidory, które też smakowały mi w kanapce, również były jakieś takie…kwaśne. Piklowana rzodkiew (to było nasze pierwsze spotkanie;)) była absolutnie nie do przełknięcia. A reszta – trochę bez smaku…

Ogólnie rzecz biorąc – jestem na nie. Niektóre maki/futomaki były całkiem niezłe, ale na pewno ich smak nie był adekwatny do ceny. Gdybym miała powiedzieć z czym kojarzy mi się sushi, pewnie oceniłabym je na „sklejony ryż z jakimś warzywem”. Cóż, dla mnie to za mało…

Oczywiście, być może wybrałyśmy złą restaurację, być może sushi było nieświeże… ale myślę, że drugi raz się nie zdecyduję na taki posiłek.

Następna pozycja do wypróbowania – tofu;)

niedziela, 9 października 2011

Idę po złoto;)

Za mną pierwszy tydzień października, a ja mam wrażenie, że już jestem przemęczona;) Oczywiście pewnie składa się na to również paskudna pogoda, świadomość nadchodzącej zimy i fakt, że ubiegły tydzień naprawdę był wyczerpujący, a weekend spędziłam co prawda w domu, ale jednak musiałam sporo popracować.

Mimo tego, że było tak intensywnie, udało mi się doprowadzić sprawę mojego angielskiego do końca – tzn. oczywiście nie całego, ale części, którą założyłam sobie w wakacje – dokończyłam ostatnie ćwiczenia w książce z testami CAE i przetłumaczyłam wszystkie zaległe słówka. Niniejszym sprawę testów uważam za zamkniętą;)

Pisałam już, że dobrze idzie mi czytanie, a fatalnie gramatyka, dlatego postanowiłam na chwilę wstrzymać się z kolejnymi testami w myśl zasady, że szkoda mojego czasu na czytanki (skoro idą mi dobrze) i na bezmyślne strzelanie w use of english…

Postawiłam więc na podręcznik. Już dużo wcześniej słyszałam wiele dobrego na temat serii CAE Gold, jednak wiadomo, że jak przyszło wykładać pieniążki postanowiłam zrobić w sieci kolejny rekonesans;) I zwariowałam – wahałam się między trzema pozycjami, z których każda miała i wady, i zalety. W końcu wybór padł na jedną z pozycji z serii Gold – Exam Maximiser z kluczem odpowiedzi oraz płytą CD. Książka została już „kliknięta” na allegro – czas realizacji zamówienia przewidziany jest na maksymalnie 14 dni, jednak mam nadzieję, że przesyłka dotrze do mnie wcześniej. Liczę, że uda mi się ją przerobić do końca roku– potem pewnie będę musiała popracować na pisaniem i znów wrócę do rozwiązywania testów…

No to co? Let’s go for gold…;)