niedziela, 27 listopada 2011

O pracy i wykorzystywaniu czasu:)

Mija już dwa miesiące odkąd zaczęłam pracę. Chyba raczej powinnam napisać „dopiero dwa miesiące”, ale akurat jeśli chodzi o prace podczas studiów zawsze byłam dość niestała, a mój najdłuższy staż to 10 miesięcy;)

W każdym razie, odkładając na bok rozważania czy to „już”, czy „dopiero”, pomyślałam, że warto napisać o tym miejscu parę słów.

Z całą pewnością, gdybym znalazła się w tej pracy jakieś dwa lata temu byłabym uszczęśliwiona do granic możliwości – szefowa jest raczej konkretna, ale i wyrozumiała, więc jeśli ktoś z pracowników chce iść na jakieś szkolenie/warsztaty albo po prostu połączyć tą pracę z inną (nikt z nas nie pracuje tam w pełnym wymiarze godzin) lub ze szkołą to zwykle nie spotykamy się z żadnymi sztucznymi problemami. Poza tym, jak na razie pracy nie jest porażająco dużo, więc póki co nawet nie obiło mi się o uszy zdanie „czy może pani zostać dłużej?”. Do tego raczej luźna atmosfera (nie trzeba się stroić;P) i w miarę przejrzysty zakres obowiązków.

Dlaczego więc na tą chwilę już nie jest to miejsce idealne? Bez żadnych widoków na umowę o pracę nie mogę myśleć o tym, żeby zostać tam na „dłużej”. Poza tym, jestem zdania, że żadna sztuka skończyć prawo i zostać sekretarką, więc nie ukrywam, że chciałabym mieć więcej wyzwań (w chwili obecnej zajmują się czynnościami typowo biurowymi plus planowanie spotkań). Moich współpracowników też nie darzę jakąś szczególną sympatią, jeśli mam być szczera;)

Oczywiście w tym momencie raczej nie myślę o zmianie – powstrzymują mnie kwestie finansowe, bo jak już wspominałam projekt „Królowa szos” pochłania lwią część moich dochodów (a i za coś „żyć” by się przydało);) Zakładam jednak, że zostanę tam maksymalnie do września, a potem będę z uporem maniaka szukała innego zajęcia. Jednak żeby zupełnie nie „marnować” czasu, który spędzam w pracy, staram się minimalizować moje zaangażowanie;) I tak:

  1. W pracy przyjęłam tryb zadaniowy – tzn. robię to, co mam zrobić, ale bez zbytniego „wymuskiwania”. Tzn. kiedy mam przygotować jakieś zestawienie to nie przeszukuję miliona stron w Internecie tylko wybieram kilka najważniejszych, kiedy mam o czymś poinformować klientów wybieram opcje korespondencji seryjnej, zamiast do każdego dzwonić;)
  2. Jednocześnie jeśli już naprawdę mam dzień, w którym prawie nic się nie dzieje, staram się zrobić cokolwiek (dodatkowe zestawienie, potwierdzenie spotkań, baza adresów mailowych itp.). Zawsze jest to jakiś wyznacznik zaangażowania i nie ukrywam, że dbam i to, żeby szefowa zauważyła, że zrobiłam coś „sama z siebie”.
  3. Nawet jeśli mam „napięty” grafik, między telefonem, a telefonem staram się wpisywać choćby po dwa słówka w tutorze;) Dzięki temu od ostatnich dwóch tygodni wszystkie powtórki robię w czasie pracy;)
  4. Oczywiście w pracy nie mogę wyciągnąć książki, ani odpalić BBC Radio (a szkoda;), więc staram się robić to, co robiłabym wieczorem przed kompem – czyli albo odpisuję na maile (prywatne), albo szukam jakiś informacji w sieci, a ostatnio wybierałam prezenty świąteczne;) Parę razy otworzyłam też Lexa i czytałam ustawę, która była mi do czegoś potrzebna;) Chcąc zachować jakieś pozory bezpieczeństwa i ochrony swojej prywatności z zasady nie wchodzę w pracy na bloga swojego ani innych oraz nie wchodzę na forum na którym się udzielam - historię przecież każdy może przywrócić.

Uprzedzając niejasności chciałabym zaznaczyć, że powyższy tekst nie służy pokazaniu jak można się obijać w pracy, tylko jak wykorzystać „wolne chwile” w jej czasie:) Nie mam poczucia, że moja praca mnie jakimkolwiek wymiarze rozwija, więc staram sobie ten rozwój zapewnić we własnym zakresie;)

A Wy macie jakieś sposoby na inne aktywności w czasie pracy?:) Pogrubienie

poniedziałek, 21 listopada 2011

Królowa szos - cz. 3

Zacznę może optymistycznie - zdałam egzamin teoretyczny na prawo jazdy. Nie jest to z pewnością jakieś porażające osiągnięcie, no ale w obliczu braku innych sukcesów na polu zdobywania tytułu "Królowej Szos" można powiedzieć, że to mi się udało - zwłaszcza, że dwa dni przez egzaminem dowiedziałam się, że dysponuję nieaktualną i niepełną bazą pytań;/

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o jakieś postępy w projekcie pod tytułem "Prawo Jazdy". Kurs skończyłam już jakiś czas temu, ale miałam świadomość, że jeżdżę nie do końca dobrze i że zwyczajnie czuję się bardzo niepewnie za kółkiem. Bez zastanowienia więc zdecydowałam się na "kilka" jazd dodatkowych - kilka jazd już minęło, a ja mam wrażenie, że nie dość, że robię jakiekolwiek postępy w ślimaczym tempie, to jeszcze co rusz wychodzą jakieś nowe braki i niedociągnięcia. Jednym słowem - nadchodzący egzamin coraz skuteczniej psuje mi humor i sprawia, że moje poczucie własnej wartości jest... na straconej pozycji;)


Do pewnego czasu mój stosunek do prawa jazdy był bardzo zdrowy. Wychodziłam z założenia, że skoro już dałam radę zdać tyle egzaminów, to i z prawem jazdy kiedyś sobie poradzę. Poza tym, pielęgnowałam w sobie świadomość, że nawet ewentualna porażka nie wpłynie negatywnie na moje życie - nie zostanę usunięta z listy studentów, nie stracę pracy.. mało tego - tak naprawdę moje życie w ogóle nie ulegnie zmianie;)


Ale czas mija, a ja lubię widzieć postępy - zwłaszcza że te dodatkowe doszkalania zaczynam boleśnie odczuwać zaglądając do portfela albo na konto bankowe. W gratisie dostaję za to zmęczenie, bo jazdy zaczynam zazwyczaj o 6.00 albo 7.00 rano... Na szczęście na chwilę obecną wciąż jestem zdania, że skoro zaczęłam to pomęczę się jeszcze trochę i doprowadzę to do końca. Wiem, że gdybym teraz to "rzuciła" to byłoby mi bardzo głupio (sama przed sobą), że włożyłam w to już tyle energii i pieniędzy, a determinacji zabrakło mi na sam koniec. Ale z drugiej strony czuję wzrastającą frustrację i mam w sobie takie poczucie bezradności.


W kwestii prawa jazdy najbardziej życzę sobie wytrwałości...

czwartek, 17 listopada 2011

O braku presji i motywacji;)

Już dawno "odkryłam", że zdecydowanie lepiej działam nie będąc "pod presją". Presja jest dla mnie przytłaczająca, odbiera mi chęci i motywację. Nie jest to szczególnie wygodne, bo w życiu zwykle gonią nas albo terminy albo jakiejś innej maści szeroko pojęty przymus...

Pod względem edukacyjnym ostatni rok studiów jest dla mnie zupełnie inny. Nie czeka mnie żaden "porażająco trudny" egzamin, więc nie czuję widma sesji. Zajęcia za uczelni zajmują mi jeden, w porywach półtora dnia w tygodniu, więc nie czuję znużenia. Nie muszę regularnie przygotowywać się na zajęcia, więc nie jestem przesycona uczelnianymi obowiązkami.

Jednym słowem - jest fajnie. Jednocześnie, nie czując żadnej odgórnej presji, jestem niesamowicie produktywna. Nie marnuję czasu - nie ma dnia, żebym po pracy nie usiadła do angielskiego albo nie przeczytała choćby fragmentu książki albo gazety (o czym pisałam kilka postów wcześniej). Oczywiście ciągle mam takie poczucie, że doba jest za krótka i że chciałabym zrobić jeszcze miliony innych rzeczy, ale właśnie - klucz jest w słowie "chcę", a nie "muszę".

Upajam się tym stanem, bo wiem, że jego dni są policzone;) Po Nowym Roku pewnie będę musiała jednak troszkę się pouczyć do zaliczeń semestralnych, do tego zostanie mi niewiele czasu do Advanca'a, a potem przyjdzie czas na naukę do ... egzaminu na aplikację, bo, znając mnie, jestem niemal pewna, że w efekcie zdecyduję się choćby spróbować;)

Ten rok jest także inny pod względem jego tymczasowości. Ogólnie całe studia były dla mnie zlepkiem stanów tymczasowych - czas liczony od sesji, do sesji, od starej pracy, do nowej, od praktyk, do praktyk itd. Teraz mam świadomość, że to już naprawdę dobiega końca i... czekam;) Czekam na tzw. ustatkowanie, na pierwszą poważną pracę i na to, jak moje życie będzie wtedy wyglądało. Czuję, że będzie to wielka zmiana. Ale jestem jej bardzo ciekawa:)

środa, 9 listopada 2011

Słówka kluczem do sukcesu;)

Do nauki angielskiego podchodzę coraz poważniej. Właściwie to już nie tyle nauka, co maglowanie zadań egzaminacyjnych - ciągle jednak wydaje mi się, że za mało się angażuję;) Wydaje mi się, że kluczem "do sukcesu" (że tak to szumnie ujmę) jest jak największy zasób słownictwa. Nad słownictwem więc usilnie pracuję - generalnie na dwa sposoby;)

Po pierwsze, wróciłam do tutora! Z radością odkryłam, że samo robienie powtórek i dodawanie nowych słówek nie jest objęte abonamentem:) Po kilkumiesięcznej przerwie przekonałam się, że jednak system codziennych powtórek w formie elektronicznej jest dla mnie najoptymalniejszą formą nauki, która przynosi realne i szybkie rezultaty. Dlatego z tutora korzystam regularnie, może nie codziennie, ale jednak bardzo często.

Kolejną metodą, którą stosuję z powodzeniem i to od długiego już czasu jest...
zeszyt;) Zapisuję w nim najtrudniejsze nowe słówka, ale też ciekawe zwroty, wyrażenia, kolokacje, a czasami nawet całe zdania;) Zeszyt funkcjonuje już niemal rok, mam go prawie zawsze przy sobie i w wolnych chwilach (czytaj:autobus, metro) zajmuję się czytaniem moich zapisków. Nie jest to idealny sposób do nauki samych słówek, ale moim zdaniem takie rozwiązanie sprawdza się przy utrwalaniu fajnych zwrotów, które są bardzo pomocne przy np. poprawnym pisaniu albo use of english.

Przez krótki czas próbowałam też uczyć się z własnoręcznie robionych fiszek, ale... kiedy bardzo widowiskowo upuściłam pliczek małych karteczek podczas wysiadania z metra zrezygnowałam z noszenia tego przy sobie. A jak zrezygnowałam z noszenia to nieświadomie zrezygnowałam też z robienia... No i koło się zamknęło;)

Pozostaje jeszcze kwestia słówek - skąd je brać?;) Przede wszystkim oczywiście z przerabianych ćwiczeń - tłumaczę niemal każde niezrozumiałe słówko, jakie znajduję w mojej książce. Poza tym odnalazłam moją starą książkę z kursu pre-CAE i robię dokładnie to samo. No i jest jeszcze niezastąpiony dla mnie słownik Diki, który zazwyczaj po wpisaniu jakiegoś słówka "zwraca" nie tylko tłumaczenie, ale także powiązane z nim zwroty i kolokacje, które chętnie wrzucam do swoich powtórek:)

Muszę przyznać, że "im dalej w las" tym nauka sprawia mi coraz więcej przyjemności - z satysfakcją znajduję nowe zwroty, robię powtórki i widzę, że mój angielski naprawdę zaczyna robić się advanced:)

sobota, 5 listopada 2011

Wiedza - czytam, czytam, czytam!

„Wiedza to władza” – to hasło do znudzenia powtarzał jeden z moich najlepszych wykładowców na studiach. W tym kontekście „władza” oznaczała satysfakcjonującą pozycję zawodową i dobre samopoczucie ogólne. W tym roku jednym z moich celów jest wzbogacenie, usystematyzowanie i zdobycie możliwie dużej „ilości” wiedzy. Co więcej, wiedza ta ma być dość specyficzna, powiązana z moim kierunkiem studiów, no i nie ma co ukrywać, że ma mi w jakiś sposób pomóc w określeniu swojej dalszej ścieżki.

Dlatego, po pierwsze, zdecydowałam się na prenumeratę czasopisma, kierowanego do studentów ostatnich lat studiów prawniczych. W każdym numerze jest kilkanaście pytań z egzaminów na aplikację (wraz z odpowiedziami i opracowaniem) oraz artykuły z różnych dziedzin prawa (porównawcze i problemowe). Do tego tabelki i zestawienia najtrudniejszych lub najbardziej podobnych do siebie instytucji, rozwiązań itp. Na pewno nie jest to lektura na „leniwe wieczory”, ale będzie pomocna i w ewentualnych przygotowaniach do egzaminu, i właśnie w takim usystematyzowaniu tego, czego kiedyś się uczyłam. Dodatkowo, decydując się na prenumeratę mam ten komfort, że nie muszę co miesiąc pamiętać o zakupie, dostaję gazetę wprost to skrzynki na listy, a poza tym jest to jakaśtam oszczędność pieniędzy w skali roku;)

Kolejną kwestią są książki. Jestem niemal zafascynowana książkami „naukowymi”. Ogromną motywacją jest świadomość, że po skończeniu będę trochę mądrzejsza! ;) Oczywiście staram się wybierać pozycje, które napisane są w miarę przystępnym językiem i ich objętość nie jest większa niż 300 stron (zbyt grube księgi mnie demotywują;). Obecnie skupiłam się na tematyce prawa rodzinnego, ale mam już kilka innych pomysłów:)

Największym „wrogiem” mojego rozwoju jest oczywiście czas, a właściwie czas, który muszę spędzać w pracy. Niestety, często dzieje się tak, że po intensywnym dniu nie mam siły na to, by skupiać się na „ambitniejszej” literaturze. Ale mimo to, niemal codziennie walczę ze sobą w tej kwestii i nie ukrywam, że jestem z siebie dumna! :)

środa, 2 listopada 2011

Królowa szos - cz.2

Do kursu na prawo jazdy przystępowałam z wielkim zapałem i chęcią – sama podjęłam decyzję, że chcę się zapisać na kurs, sama sobie sfinansowałam tą „przyjemność” i sama też poczułam, że „przyszedł właściwy na to moment”.

O pierwszych wrażeniach pisałam tu i tu – teraz przyszedł czas na podsumowanie całości… Na początek parę słów wyjaśnienia mojej obecnej sytuacji – ukończyłam kurs, w najbliższych dniach planuję zapisać się na egzamin, jestem również po dwóch godzinach doszkalających.

Kurs wykupiłam w promocji na jednym z portali, oferujących grupowe zakupy. Szkoła miała średnie opinie – tzn. były i bardzo pozytywne, ale były też negatywy. Wyszłam jednak z założenia, że pewnie i tak będę musiała wziąć dodatkowe jazdy, a bardzo dużo zależy przecież od instruktora. Ten nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia – dużo gadał „nie na temat”, podczas jazd mieliśmy małe „przerwy”, bo np. instruktorowi zachciało się kawy na CPNie, a pod koniec jazd zorientowałam się, że chyba mnie podrywa;/ Może zapytacie czemu nie chciałam zmiany – nie miałam żadnej pewności, że trafię lepiej (zauważyłam, że takie krótkie „postoje” są praktykowane również wśród innych instruktorów z mojej szkoły…), a poza tym wiedziałam, że taka zmiana przyniosłaby znaczne wydłużenie całego kursu, a tego bardzo chciałam uniknąć…

Właśnie – czas. Kurs dłużył się niesamowicie! Na teorię zaczęłam chodzić w połowie czerwca, pierwsze zajęcia praktyczne miałam na początku lipca. Na pewno jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że najbardziej dyspozycyjna byłam rankami i ewentualnie późnymi popołudniami, a instruktor notorycznie proponował mi „egzotyczne” godziny typu 12.00, 14.00… Kolejną kwestią była ogromna ilość kursantów, więc w praktyce na jazdy trzeba było się umawiać z 2-tygodniowym wyprzedzeniem, przy czym można było się zapisać na maksymalnie trzy jazdy do przodu….

No ale nic, kurs się skończył, więc postanowiłam szybko zapisać się na jazdy doszkalające. Z pełną świadomością wybrałam inną szkołę i tu spotkało mnie wielkie zaskoczenie… Okazało się, że samochody na których jeździłam nie jest wersją egzaminacyjną, tylko starszym modelem, a w dodatku ponoć jeździłam na „dieslu”, a nie na benzynie (jak się dowiedziałam diesle rzadziej gasną). W efekcie na mojej 31-szej godzinie „za kółkiem” musiałam jeszcze raz nauczyć się wyczuwać samochód, jeszcze raz nauczyć się jeździć na półsprzęgle itd.

Co dalej? Szczerze mówiąc, czuję się oszukana przez szkołę, w której robiłam kurs… Teraz jednak mleko rozlane - znalazłam inną szkołę i prawdopodobnie będę musiała wydać drugie tyle na jazdy doszkalające. W kwestii prawa jazdy w żadnym wypadku nie czuję się „królową szos”, trudno mi też myśleć pozytywnie w kontekście egzaminu. Skoro jednak zaczęłam kurs i chciałam zdobyć to prawko to oczywiście idę za ciosem i na razie jeszcze się nie poddaję...

Jeśli ktoś rozważa prawo jazdy w stolicy to zachęcam do kontaktu ze mną – podam namiary na tą „nieszczęsną” szkołę…