sobota, 14 stycznia 2012

"Nie" dla aplikacji?

Zawód prawnika od lat spowity jest aurą tajemniczości i mitów:) Zmiana, jaką kilka lat temu wprowadził rząd, otworzyła drzwi do kariery dla każdego, kto jest w stanie wkuć na pamięć ok. 50 aktów prawnych (żeby nie było - wcale nie uważam, że jest to proste - spróbujcie przez wieczór przeczytać KPC:) Wraz z tym, wieeele młodych ludzi poświęciło mnóstwo energii, by w przyszłości być jednym z tych mecenasów, co zarabiają dziesiątki tysięcy PLN na miesiąc;) Być może, kiedy palestra była otwarta tylko dla wąskiego grona krewnych królika, takie zarobki były realne.. W chwili obecnej dwie publiczne uczelnie w Warszawie rok rocznie wypuszczają na rynek ponad 1200 absolwentów prawa. Do tego oczywiście należy dodać prywatne uczelnie. Wszystkie możliwe obliczenia wskazują na to, że za pięć lat podwoi się liczba adwokatów i radców prawnych. Czy wobec tego zdubluje się także popyt na usługi prawnicze? Biorąc pod uwagę wziąć małą świadomość prawną Polaków oraz to, że na wszelkie drobne niuanse związane ze spadkami, rozwodami, czy prowadzeniem MŚP można znaleźć odpowiedź w Internecie - śmiem sądzić, że nie...

Jak to się odbywa?

Aplikacja trwa 3 lata i czesne wynosi ponad 5000 zł/rok. Uważam, że jest to przeciętna kwota (tyle samo albo nawet więcej kosztują porządne studia podyplomowe). Tyle, że wobec kilku istotnych ograniczeń w kwestii podejmowania pracy, możliwość zarobienia na opłaty plus takie rarytaski jak jedzenie i dach nad głową, cała rzeczywistość aplikanta jawi się nieciekawie...

Po pierwsze - patron. Patron to taki ktoś, kto z założenia ma przygotować adepta do samodzielnego wykonania zawodu. Innymi słowy - patron szkoli swoją przyszłą konkurencję, a to już nie bardzo podoba się doświadczonym prawnikom:) Oczywiście znalezienie patrona bez znajomości jest dość...trudne, ale jeśli aplikant nie znajdzie go na własną rękę, wówczas Rada Adwokacka albo Rada Radców Prawnych musi kogoś wyznaczyć "z urzędu". No dobrze - ale "praktyczne przygotowanie do zawodu" polega oczywiście na pracy "u" patrona, a o wynagrodzeniu za tą pracę już nikt w przepisach nie wspomina...

Jak to wygląda w praktyce?

Są aplikanci, którzy pracują za darmo (tak!), natomiast przeciętne wynagrodzenie aplikanta w warunkach Warszawskich waha się między 400 - 1200 zł (cały "etat", który w rzeczywistości najczęściej jest umową zlecenia)... Łatwo obliczyć, że przy stałych wydatkach na mieszkanie i opłatę za aplikację, na jedzonko, ubranie albo jakieś rozrywki zostaje śmiesznie mało albo... nic;)

Praca w miejscu niezwiązanym z zawodem i odbywanie aplikacji "z doskoku" nie wchodzi za bardzo w grę, bo na każde zatrudnienie aplikanta Rada musi wyrazić zgodę... i koło się zamyka...

O konieczności odbywania praktyk zawodowych w organach wymiaru sprawiedliwości nie wspominam, bo wobec powyższych ograniczeń, to jest wręcz bez znaczenia...

A perspektywy?

Rynek powoli przesyca się aplikantami, a zaraz również zapełni się prawnikami "z uprawnieniami". Oczywiście Ci, którzy decydują się na pracę za darmo albo, nie oszukujmy się, za śmieszne pieniądze, liczą, że wszystko zwróci im się z nawiązką po zdaniu egzaminu zawodowego. Osobiście znam młodego radcę, który twierdzi, że powoli odbija się od dna, bo przez niemal całą aplikację zarabiał 450 zł...

Jak wspominałam kilkukrotnie na blogu, chciałabym być specjalistą z danej dziedziny - dziś w branży prawniczej szansę na prawdziwą specjalizację mają osoby, które pracują w dużych działach prawnych lub sieciowych kancelariach (to opcja dla najlepszych i najwytrwalszych). W mniejszych kancelariach "bierze" się sprawy, które się trafiają, bez zbędnego wybrzydzania, bo przecież za coś rachunki trzeba zapłacić...

Nie ukrywam, że wizja trzech kolejnych lat żmudnej i drogiej nauki, z szansą na rozpoczęcie zarabiania w okolicach 30-stki napawa mnie średnim optymizmem... A więc co, jeśli nie aplikacja? Studia podyplomowe? Być może - ale o tym w kolejnym poście:)

Uwaga! Powyższy post jest wynikiem obserwacji, opinii zaprzyjaźnionej prawniczki, znajomych i nie-znajomych oraz dwóch praktyk w kancelariach. Z pewnością nadal możliwe jest osiągnięcie zarobków rzędu wspomnianych 15000/msc. (albo takich, które pozwalają na samodzielne utrzymanie się), ale nie oszukujmy się, że takie pieniądze zgarnia tylko "smietanka", czyli osoby najzdolniejsze, ale i takie, które mogły wiele zainwestować w swój rozwój.

11 komentarzy:

  1. po przeczytaniu tego posta dziękuję losowi za to, że w ostatniej chwili odwiódł mnie od studiowania prawa ;-)

    Trzymam kciuki za wiesz co ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurcze... Teraz to i ja się cieszę, że nie poszłam na prawo tylko na lewo :) Twój opis faktycznie nie napawa optymizmem... czy to oznacza, że już się zdecydowałaś?

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo się cieszę, że przeczytałam Twój post, ponieważ od paru tygodni myślałam nad podjęciem drugiego kierunku od przyszłego roku - prawa.. ale czytając opinię osoby, która zna to środowisko itd itp chyba jednak zrezygnuje z mojego pomysłu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anorexic.Candy - dziękuję za kciuki, a co do zamiaru studiowania prawa to myślę, że nie wyszłaś źle na swoim wykształceniu;) Choć ze świetną znajomością 2 języków obcych na pewno byłoby Ci duużo łatwiej:)

    Helienth - (prawie) się zdecydowałam, ale wszystko w swoim czasie;)

    Aguss - nie wyłapałam co studiujesz i nie wiem czego oczekiwałabyś po prawie. Ja nie żałuję raczej wyboru kierunku - nauczyłam się wielu ciekawych rzeczy, często używam tej wiedzy i myślę, że prawo nadal świetnie wygląda w CV. Jeśli masz jakieś wątpliwości/pytanie to chętnie odpowiem, bo nie chcę żeby ten post był interpretowany tylko jako "nie warto, nie warto, nie warto";)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja koleżanka z pracy robiła aplikację i pracowała w całkiem innym miejscu zarabiając kilka tysi. Także na pewno się da.
    Jednakowoż wg mnie prawo kończyć powinni ludzie, którzy po 5 latach studiów aplikację mają w kieszeni bo nie muszą kuć tych 50 aktów tylko po prostu w nich śmigają (albo w części) ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Navia - na końcu posta zaznaczyłam, że to co w nim napisałam nie jest prawdą objawioną tylko zlepkiem dość wnikliwych obserwacji i rozmów. Zauważyłam też, że o koleżance i jej aplikacji napisałaś w czasie przeszłym - a nawet przez kilka ostatnich lat wieeele się zmieniło na rynku.

    Co do sugestii, że po zakończeniu studiów powinnam śmigać po tylu ustawach to się nie zgodzę. Z pewnością wiesz jak studia są przeładowane przedmiotami i wiedzą - nie da rady interesować się wszystkim przez całe studia. Część z tych ustaw to takie "michałki" - dość krótkie i średnio ważne, ale część to jednak kobyły, jak KPK, KPC, czy choćby i KC. Zwłaszcza, że na egzaminach wstępnych raczej nie ma pytań "ogólnych".
    Ja w każdym razie uważam, że nie da rady dostać się na apl. bez dawki solidnej nauki i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  7. A może zamiast aplikacji KSAP? Co prawda znowu szkoła, ale na prawników jest popyt, a o stałym zatrudnieniu już nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy - dziękuję za sugestię:) Przyznaję, że myślałam i o tym, ale musiałabym wyprowadzić się do Krakowa, co oznaczałoby kompletną reorganizację mojego (i nie tylko mojego) życia, a po drugie nie wiem czy przez całe życie chcę mieszkać w Warszawie (i czy względy osobiste mi na to pozwolą), a nie oszukujmy się, że administracja publiczna w większości przypadków koncentruje się właśnie na Warszawie...

    OdpowiedzUsuń
  9. Wystraszyłaś mnie swoim postem, cieszę się że nie jestem na tym kierunku. Tak na marginesie to podziwiam Ciebie i wszystkich którzy kończą prawo, ja musiałam na potrzeby rekrutacji w pewne miejsce nauczyć się KPA praktycznie na wyrywki i o mało nie umarłam podczas czytania. Skoro nie aplikacja to czym chciałabyś się zajmować? Masz już jakiś konkretny pomysł?

    OdpowiedzUsuń
  10. Kropelko - mam, ale napiszę o tym w jednym z kolejnych postów:) A KPA to faktycznie ciężka sprawa i u nas na roku parę osób zakończyło swoje studia przez ten egzamin;( Choć po latach (KPA zaliczałam na 2 roku) wiem, że to najkrótsza i chyba najbardziej przejrzysta procedura;) Mimo to, postępowania karnego i cywilnego uczyło mi się lepiej i przyjemniej:)

    Natomiast co to kwestii "podziwiania"- to tylko kwestia "wyrobienia się". Na początku też niewiele rozumiałam z tych wszystkich ustaw, ale teraz czytam je i rozumiem bez większego skupienia i wysiłku. Każde studia mają swoją specyfikę i tyle;)

    OdpowiedzUsuń
  11. @Martika - w czasie przeszłym bo zdała egzamin i jest radcą ;)
    Co do ustaw to wiem jak jest na tych konkretnych studiach a o śmiganie chodziło mi tylko i wyłącznie o to, że jak ktoś ma dryg i jest w odpowiednim miejscu to śmiga po swoich przedmiotach a reszta to pikuś ( w porównaniu z ogromem nauki jaki ma osoba, która się uczy prawa bo to taki fajny kierunek).

    OdpowiedzUsuń