czwartek, 26 kwietnia 2012

Prace domowe;)

Kiedy kilkanaście lat temu moja mama szkoliła mnie na uczennice, został we mnie wpojony pewien "model" odpoczynku. Jak wracałam ze szkoły/ewentualnie świetlicy, siadałam do obiadu, odpoczywałam ok. godzinki, półtora, a następnie przystępowałam do odrabiania lekcji;) Czas wieczorno - popołudniowy był dla mnie;)

Parę lat minęło, a ja swoje "poszkolne" zwyczaje przeniosłam na czas po zajęciach na studiach i po pracy. Teraz jednak mam trochę więcej obowiązków i oprócz nauki muszę też sprzątać, gotować, chodzić na zakupy, prać, prasować itd. (oczywiście nie wszystko na raz!!!);) Trudność polegała jednak na tym, że po przyjściu z pracy zwykle jestem trochę "umęczona", z radością zjadam ten obiad (jeśli jest;), a potem oddaję się przyjemnostkom (komputer, blogi, książka, rzadko drzemka, rozmowa z Lubym itd.). Następnie przychodzi czas na jakieś "obowiązki" - do niedawna było to pisanie pracy mgr, ewentualnie uczę się, nadrabiam jakieś zaległości albo coś w tym stylu. Zazwyczaj są to zajęcia "stacjonarne", czyli wykonywane na tyłku:P W efekcie wieczorem idę się myć, i znów zalegam z wieczorną lekturą albo przed jakimś filmem...


Takie zwyczaje doprowadziły do tego, że wieczorem nigdy nie chce mi się wykonywać tych "domowych czynności" i niemal zawsze przesuwam to "na weekend";) W weekend mam więc zwykle sporo roboty i wszystko to robię z poczucia obowiązku, ale ze sporą niechęcią;)


Od kilku tygodniu stosuję trochę inny model - z sukcesem:) Co tydzień w sobotę lub niedzielę sprzątam pokój i jakąś część mieszkania (nie mieszkam sama, więc moi współmieszkańcy też coś-nie-coś ogarną, na szczęście:), ale w ciągu tygodnia staram się zrobić te "drobniejsze" rzeczy - np. pranie, drobną ręczną przepierkę, porządki w szafie (często sprzątam ciuchy i kosmetyki;), ewentualnie drobne odświeżenie kuchni:) Tą "drobnicę" staram się robić od razu po powrocie z pracy lub od razu po lekkim obiadku. Nie jestem wtedy jeszcze rozleniwiona, mam w sobie trochę energii i mogę ją spożytkować właśnie w ten sposób. Co więcej, dziś na przykład wstałam 10 minut wcześniej i rano zdążyłam troszkę ogarnąć łazienkę!;)


Takie rozwiązanie daje mi to też poczucie kontrolowania sytuacji i mam wrażenie, że dzięki tym drobnym pracom w ciągu tygodnia mam więcej czasu w weekend:) Jednocześnie te zajęcia są naprawdę
drobne - zwykle zajmują nie więcej niż pół godziny, dzięki czemu wieczór generalnie jest "mój" i mogę go zaplanować według siebie.

No tak, kto by pomyślał, że na blogu będę kiedyś pisała o pracach domowych;) Jest to jednak dość istotna kwestia, która chcąc nie chcąc zabiera trochę cennego czasu, więc warto to rozplanować z głową;) A Wy macie jakieś sposoby na prace domowe? Chętnie o tym poczytam i coś "ściągnę":)

5 komentarzy:

  1. Bardzo fajny wpis :-)
    Ja osobiście przyznam się, że prace domowe robię raz a dobrze tzn nie rozciągam ich na kilka dni lecz planuję np sprzątanie w piątek i własnie w piątek sprzątam ;)
    Oczywiście niektóre rzeczy trzeba robić na bieżąco ale te "większe rzeczy robię w jednym dniu"

    OdpowiedzUsuń
  2. Paweł, a nie masz wtedy poczucia "zmarnowanego" dnia?;) Ja właśnie funkcjonowałam w takim trybie sobotniego albo niedzielnego sprzątania i miałam wtedy wrażenie, że "ojej-ojej-cały dzień spędziłam sprzątając - jestem taka zmęczona i w dodatku głupia, bo nie zdążyłam zrobić powtórek z angielskiego";) Oczywiście to tak z przymrużeniem oka;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mam z tym problem. Jestem wiecznie zmęczona w ciągu tygodnia, więc prac na weekend mam wiecznie całe zatrzęsienie. Muszę spróbować Twojej metody - bardzo mi się podoba ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj teskt i problem w nim poruszony specjalnie dla mnie i to właśnie w tym momencie, gdy dumam nad organizacją czasu na porządki. Powiem Ci Martika, że już sama nie wiem jak jest lepiej. Ja podobnie jak Paweł zostawiałam sobie porządki na jeden dzień, w moim przypadku sobotę. I wszystko było fajnie, a nawet bardzo fajnie, gdy miałam w ten dzień siłę i przede wszystkim wenę do prac domowych. Gorzej jeśli właśnie w ten dzień miałam jakiś egzystencjalny kryzys, bolało mnie coś albo po prostu nic mi się nie chciało. Wtedy bałagan zostawał (na niedzielę, a wtedy nie sprzątam nigdy) i czasem jeszcze na poniedziałek, wtorek, lub nawet - o zgrozo!na sobotę. W związku z tym nachodzą mnie myśli czy nie lepiej byłoby jednak te porządki rozłożyć na cały tydzień, ale z kolei jak sobie pomyślę, że wtedy każdego dnia będę musiała chociaż chwilę czasu poświęcić na coś co jest jego stratą( w pojęciu intelektualistki;-))) to jakoś mi nie w smak. I nie wiem i tak się bujam z tym tematem, zwłaszcza dziś gdy jest sobota a weny starczyło tylko na poodkurzanie wszystkich dywanów w domu..
    Miłego weekendy Martika!:-)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Melenko - dzięki za komentarz;) Ja odkrywam, że uwielbiam jak jest czysto, ale niestety za sprzątaniem nie przepadam... No i miałam jak Ty - czasami w sobotę zwyczajnie mi się nie chciało, a w okresie pisania pracy mgr miałam świetną wymówkę - sobota była jedynym dniem, który cały mogłam spędzić w bibliotece, więc oczywiste było to, że nie będę urządzała porządków w tym dniu;) I tym sposobem bałagan kwitł, a ja męczyłam się w swoim własnym pokoju;)
    Wspominasz o "stracie czasu" - ja chyba wolę poświęcić te 20 minut-pół godziny dziennie na jakieś małe "ogarnięcie", niż pół soboty na latanie ze ścierą;) No ale przyznaję, że czasami te sobotnia porządki miewają swój urok;) Ale tylko czasami;)

    OdpowiedzUsuń