piątek, 22 czerwca 2012

Dylematy po obronie...

Mam wrażenie, że odkąd zdobyłam tytuł magistra, moja szefowa wyczuła, że niedługo mogę zapragnąć zwinąć swoje manatki i... nie jest tym pomysłem zachwycona. W sumie wcale się nie dziwię - sama wiem, że jestem bardzo dobrym pracownikiem; jestem dobrze zorganizowana, potrafię się dobrze komunikować z ludźmi i niemal wszystko o co zostanę poproszona, realizuję możliwie szybko. Można powiedzieć, że jestem świetną sekretarką... No właśnie - ale ambicje nie kończą się tylko na samym skończeniu studiów;)

O swojej pracy pisałam już kilka miesięcy temu (
tutaj). Od tego momentu troszkę się zmieniło - przybyło pracy, a i ze swoimi współpracownikami wreszcie się "dotarliśmy" i nawiązaliśmy wspólny język. I chociaż nie jest tak, że "każdego ranka wstaję z uśmiechem na ustach", to jednak przynajmniej do pracy chodzę bez zbędnego grymasu. Swoją szefową nadal bardzo lubię i myślę, że jest to idealny przykład przełożonego konkretnego, sympatycznego, nie nadużywającego swojej "władzy".

Ale...no ale chciałabym iść dalej.
Wydaje mi się, że szefowa też jest tego świadoma i stara się zaszczepić we mnie poczucie, że mam szansę realizować się w tym miejscu. Co jakiś czas przemyca nam historie, mające na celu przekonanie nas, że praca na zlecenie jest dużo lepszą formą zatrudnienia, niż umowa o pracę;) Poza tym stara się wykorzystać moje ambicje i co jakiś czas podrzuca jakieś "prawnicze zadanko".

W czym więc problem?


Zadania te są ze sobą mało powiązane - przykładowo jednego dnia analizuję część prawa autorskiego, a drugiego wyszukuję orzecznictwo dotyczące decyzji administracyjnych, trzeciego zapoznaję się z dokumentacją sprawy, a czwartego szukam informacji o dopuszczalności skargi do NSA. Teoretycznie różnorodność jest sama w sobie jakąś wartością i wiem, że na obecnym poziomie warto, żebym poznała jak najwięcej zagadnień i problemów. Ale... ale brak w tym jakiegokolwiek porządku, czy ciągłości. Przez to ta moja praca jest taka "szarpana", bardzo fragmentaryczna i niekompleksowa. W większości kwestii nie czuję się też szczególnie kompetentna - nawet najbardziej sumienna praca powinna zostać sprawdzona i zweryfikowana - tak naprawdę tylko w ten sposób jestem w stanie się czegoś nauczyć i unikać błędów, które zapewne popełniam... 


Oczywiście oprócz tych "zadanek" mam też swoje stałe obowiązki, związane głównie z organizacją (najczęściej szkoleń) i szeroko pojętą obsługą klienta, wykonuję też drobne czynności marketingowe. Znacie takie powiedzenie, że "jak coś (ktoś) jest do wszystkiego to jest do niczego"?...

 
Najgorsze jest to, że czuję, że stoję w miejscu i że jeśli zostanę tu jeszcze rok (wtedy mi się kończy umowa) to prawdopodobnie nic się nie zmieni. Wiem, że muszę, po prostu muszę znaleźć sposób, by zdobywać troszkę inne doświadczenie, bardziej związane z moim kierunkiem studiów i tym, czym chcę się zajmować w przyszłości. Niestety, w tym momencie na potencjalnych pracodawcach w ogóle nie robi wrażenia fakt, że umiem poprowadzić biuro. Dwie praktyki studenckie, parę szkoleń (dobranych w miarę spójnie)- chociaż wydawało mi się, że podczas studiów wcale się nie leniłam,
teraz widzę jak bolesne jest zderzenie z rzeczywistością.

PS. Już wkrótce możecie się spodziewać posta dotyczącego moich spostrzeżeń, związanych z wejściem absolwenta na rynek pracy - myślę, że to temat ciągle aktualny i ważny. Poza tym planuję przygotować notkę o pisaniu pracy magisterskiej, ale czekam aż emocje opadną i będę potrafiła na to spojrzeć "na chłodno";)

 

6 komentarzy:

  1. Chętnie poczytam te nowe notki o szukaniu pracy czy pisaniu magisterki - u mnie też czekają na chwile wolnego czasu bym mogła je dopracować i opublikować, ale póki co obrona i Euro są priorytetowe :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, myślę, że powinnaś poradzić się najbliższych osób, ja zawsze jak mam takie sytuacje staram się rozmawiać z rodzicami, oni zawsze potrafią mi coś doradzić, aczkolwiek "w praniu" wychodzi zawsze coś jeszcze zupełnie innego. Cięzko jest o pracę w tej chwili, sytuacja na rynku jest jaka jest i nie warto palić za sobą mostów. Ja już tak raz zrobiłam i teraz strasznie żałuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monika, dzięki za komentarz:)
      Póki nie mam "nagranej" innej pracy, nie zamierzam rezygnować z obecnej. Że jest ciężko - sama niestety wiem i zaczyna mnie to frustrować... Po prostu w kontekście ostatnich wydarzeń, uświadamiam sobie, że teraz jest najlepszy czas na zmiany i że lepiej nie będzie...

      Z bliskimi rozmawiam oczywiście, ale mało kto potrafi mi coś sensownego doradzić... Mama kompletnie nie odnajduje się w obecnym rynku pracy (nauczycielka, która przepracowała w jednej szkole 30 lat!;), Luby jest z zupełnie innej działki..

      No nic, proszę trzymać kciuki;) Powodzenia!

      Usuń
  3. Lalala... skąd ja to znam. nie ma to jak uczucie że wszystko to co się robiła na studiach i poza nimi jest nic nie warte bo brak tzw. twardego doświadczenia czyli w zawodzie najlepiej udokumentowanego umową o pracę.

    Jeżeli ta praca nie sprawia, że dostajesz drgawek na sama myśl o pójściu do niej to moim zdaniem powinna zostać ALE porozmawiać też z szefową o możliwości przeorganizowania twoich obowiązków. Rozumiem, że ta firma jest z Twojej branży, czy w takim wypadku nie moglabys stopniowo "przeskoczyć" na inne stanowisko a w między czasie wdrażać kogoś nowego w swoje obecne obowiązki? Skoro szefowa jest normalna i cię ceni uważam że warto spróbować.

    W między czasie oczywiście szukaj innej pracy bo umowa zlecenie to zła opcja... Poradzisz sobie, wierze w Ciebie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kropelko, dzięki za wsparcie:)
    Firma niestety jest zupełnie NIE z mojej branży (po prostu akurat jak każda firma ma jakieś drobne "przygody" z prawem, ale to kwestie tak incydentalne, że nie ma opcji, żebym się tym zajęła na stałe).
    Kwestia "przeskoczenia" na nowe obowiązki, zmiany stanowiska, zdobycia umowy o pracę jest też nierealna i wynika z, powiedzmy, profilu firmy. Nie chcę na blogu pisać dokładnie o co chodzi, bo jednak myślę, że byłoby to za dużo szczegółów;)

    OdpowiedzUsuń