poniedziałek, 30 stycznia 2012

Magisterka - dłubanina, dłubanina, dłubanina...

Jeśli chodzi o pisanie pracy, zaliczyłam już zderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością - okazało się, że tworzenie magisterki nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek mistycyzmem;) Jest za to żmudnym czytaniem, przekształcaniem i trzepaniem w klawiaturkę - i to nie w równych proporcjach - czytania jest bowiem najwięcej, a rzeczywistego pisania - najmniej;)

Do pisania "na poważnie" zabrałam się tuż przed świętami, ale w międzyczasie odnotowałam sporą przerwę, wynikającą z moich mieszkaniowych
perypetii. Do ostatniego weekendu stworzyłam 22 stron. W niedzielę odkryłam jednak, że mam ustawioną za małą interlinie i po wdrożeniu odpowiednich parametrów, moja praca rozrosła się do magicznych 28 stron. No, 28 to już niemal trzydzieści, a to już, tak mniej więcej, jedna trzecia całych zmagań. Tyle matematyki - muszę jednak przyznać, że porzuciłam już nerwowe podglądanie "ile to już mam", na rzecz nerwowych przemyśleń "ile to ja jeszcze podpunktów muszę rozwinąć". Do tego dochodzą oczywiście kwestie ambicjonalne - bo skoro piszę i wiem, że ma to mi pomóc w skończeniu studiów, to zakładam, że ktoś to będzie czytał i oceniał, a więc staram się, żeby wyszło jak najlepiej!:)

Założyłam sobie, że w kwestii pracy nie uchybię żadnego z terminów, bo zdaję sobie sprawę, że połączenie mojego lenistwa i lenistwa mojej promotorki mogłoby przynieść niezłą mieszankę wybuchową, czego konsekwencją w żadnym wypadku nie mogłaby być obrona "w terminie";) Więc na chwilę obecną zostało mi dwa miesiące na dokończenie mojego
Wielkiego Dzieła;) Na razie więc czas nie naciska jeszcze zbyt mocno, ale też od tego miesiąca będę trochę więcej pracowała, więc wiem, że na pisanie nie będę mogła poświęcić tyle, ile rzeczywiście bym chciała. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że nie mam możliwości wypożyczania większości książek, które są mi potrzebne i wgląd do nich mam tylko w bibliotece (co też wiąże się z pewnymi utrudnieniami logistyczno - praktycznymi). W miarę możliwości ratuję się oczywiście kserem;) Wisi nade mną też jedyny i ostatni egzamin tej sesji, który pewnie "pochłonie" mnie na jeden weekend i ze 2 - 3 wieczory w tygodniu.

Podsumowując, porzucam idealistyczne wizje
szalonej twórczości i oddaje się metodycznemu, powolnemu, ale skutecznemu działaniu. Mam nadzieję, że uda mi się możliwie szybko skończyć tą dłubaninę, bo oczywiście mam już całą masę pomysłów, na co poświęcę czas, który "odzyskam" po uporaniu się z najdłuższym-wypracowaniem-w-moim-życiu;)

czwartek, 26 stycznia 2012

Werdykt padł;)

Po długich i żmudnych poszukiwaniach, konsultacjach ze znajomymi, z Internetem (;), a nawet z wykładowcami padł werdykt: PODATKI! To właśnie nim chcę poświęcić przynajmniej kilka najbliższych lat swojego życia…

Wydaje mi się, że to bardzo dobra opcja – wciąż będę miała stały kontakt z prawem i przepisami, a jednocześnie będę miała szansę na wyspecjalizowanie się w jednej „działce”. Do pracy doradcy podatkowego należy też pisanie opinii prawnych, pism procesowych, występowanie przed organami podatkowymi (w ramach pełnomocnictwa) i szereg innych czynności, o których na razie nie mam pojęcia;) Do tego dobra orientacja w prawie handlowym, gospodarczym itp. i świat stoi u moich stóp;)

No dobrze, ale jak złapać króliczka?;) Plan jest całkiem „prosty”:

1) Na pierwszy ogień trzeba odkurzyć moją wiedzę sprzed dwóch lat. Odkopałam już jakieś materiały, które miałam na kompie. Skorzystam z ostatnich miesięcy dostępu do LEX’a i zaopatrzę się w najbardziej aktualne ustawy i rozporządzenia. Do tego czaję się na jakąś książkę – póki co mam dwie na oku:) Przysiądę do tego na poważnie w okolicach marca – kwietnie.
2) Kolejny krok to egzamin! Jest to egzamin państwowy, organizowany przez Ministerstwo Finansów. Składa się z dwóch części – pisemnej (test) i ustnej (kazus…). Ponoć najtrudniejszy jest właśnie egzamin ustny i ludzie podchodzą do niego nawet kilka razy. Zobaczymy…
3) Niezależnie od egzaminu, przed wpisem na listę doradców podatkowych trzeba odbyć dwuletnią praktykę zawodową. Można oczywiście pracować w kancelarii lub firmie doradczej albo szeregu organów skarbowych, ale jeśli nie uda mi się zdobyć takiej pracy, KRDP sama przydziela mi miejsca praktyk (w wymiarze jednego dnia w tygodniu, więc nie jest tragicznie).

No, i tak właśnie przedstawiają się moje plany. Po naprawdę długich wahaniach i niepewności, co do tego czego tak naprawdę „chcę”, czuję wielką ulgę. Jak widzicie, mój plan jest dość przejrzysty, a ja jestem pełna zapału, że się uda:) Co najważniejsze, czuję sens całych tych studiów i niemal wszystkich działań, które podejmowałam w ich trakcie. Praktyki w kancelariach, dokształcanie się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a nawet mediacje – wszystko to składa się powoli do kupy. Ważne dla mnie jest też to, że wybierając taką drogę, nie zamykam sobie żadnych drzwi. Nie palę mostów za studiami, ani za wysiłkiem który w nie włożyłam. Kto wie, być może kiedyś zmienią się przepisy dotyczące odbywania aplikacji i zechcę zostać radcą prawnym?

W każdym razie teraz skupiam się na tym, co jest osiągalne w tym momencie. Oczywiście po obronie będę się starała znaleźć pracę na jakimś niższym stanowisku, ale już w branży podatkowej. Mam nadzieję, że się uda:) A potem niech wszystko dzieje się swoim torem. Wiem, że potrafię wykrzesać z siebie dużo energii i wytrwałości, więc wiem, że i do egzaminu dam radę się przygotować:)

piątek, 20 stycznia 2012

A może podyplomówka?...

No tak - po lekkim rozczarowaniu perspektywami życia aplikanta pomyślałam, że czas na poważnie zainteresować się ofertą studiów podyplomowych. Postanowiłam celować w "najlepszych", więc żadne tam prywatne szkoły-nie-wiadomo-czego nie wchodziły w grę. Poświęciłam na to wiele godzin, analizując dostępne kierunki, wyszukując opinie na ich temat oraz przeglądając siatkę zajęć. Szczerze mówiąc, czułam się trochę jak w sklepie z zabawkami raz po raz myśląc sobie "łaaał, ale faaajnieee", a trochę jak maturzystka, bo przecież niemal pięć lat temu zajmowałam się dokładnie tym samym;)
Po wstępnej selekcji zostawiłam sobie w zapasie dwa kierunki:
1.Rachunkowość i rewizja finansowa. W programie studiów jest prawo cywilne, handlowe i pracy (to byłoby raczej przypomnienie/odświeżenie wiedzy, wyniesionej ze studiów), prawo podatkowe (miałam na studiach w dość okrojonym zakresie) oraz szereg przedmiotów związanych z rachunkowością, sprawozdawczością i rewizją finansową itp. (to dla mnie kompletna nowość). Po studiach i 3-letniej praktyce zawodowej mogłabym starać się o uprawnienia do samodzielnego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Studia adresowane są do absolwentów ekonomii, prawa i administracji. Trwają rok, cykl nauki obejmuje 216 godzin. Cała przyjemność kosztuje 5 200 zł.

2. Podatki i postępowanie podatkowe.
Jak wyżej wspomniałam, zagadnienia dotyczące podatków miałam omawiane na studiach, ale w zakresie podstawowym i nie ukrywam, że wiedza ta jest bardzo zakurzona;) Studia adresowane są do prawników, ekonomistów, finansistów, a także innych wolnych zawodów (biegłych rewidentów, radców prawnych, adwokatów). W dalszej perspektywie mogę się starać o uprawnienia doradcy podatkowego (egzamin i odpowiednia praktyka). Studia są dość długie - trwają 3 semestry, obejmują ok. 600 godzin i kosztują 7 200 zł.

Podczas wybierania swoich typów brałam pod uwagę to, co pisałam w poście, dotyczącym moich oczekiwań co do "
pracy idealnej". Poza tym, z bardzo dużą dozą nieufności podchodzę do zawodów typowo "humanistycznych" typu specjalista ds. marketingu, handlu, promocji, czy nawet dziennikarz. Chociaż wydaje mi się, że całkiem nieźle odnalazłabym się w tego typu pracy (mam już doświadczenie na podobnych stanowiskach), to jednak te zawody wydają mi się nieostre, niepewne i bez wątpienia wymagają ciągłej elastyczności, świeżości... Wobec wciąż podwyższanego wieku emerytalnego, wyobrażacie sobie 60-letniego marketingowca?:) Ja nie bardzo:)
Kolejną kwestią jest to, że z racji swoich studiów, wolałabym zawód "wyuczony", w którym potrzebna jest konkretna wiedza, umiejętności, gdzie wiek i doświadczenie są atutem;) Oczywiście chciałabym też móc w jakiś sposób wykorzystać moje wykształcenie, bo żeby je zdobyć musiałam poświęcić sporo energii;) Szkoda to zaprzepaścić...

Szczerze powiedziawszy, jestem już zdecydowana na 99% co do mojej dalszej ścieżki. Jeśli jednak ktoś z czytelników ma jakieś sugestie lub opinie dotyczące moich pomysłów - bardzo chętnie je przeczytam. Może brak tu spontaniczności i prawdziwej pasji, ale... żeby całe życie oddać pasji prawdopodobnie musiałabym być milionerką. W kwestii przyszłości biorę pod uwagę także rozsądek, perspektywy, ale także swoje oczekiwania, o czym świadczy "wyłamanie się" z powszechnego nastawienia pod tytułem "jak się uda to idę na aplikację, a co dalej to się zobaczy"... Czy to dobry wybór - dopiero się okaże;)

sobota, 14 stycznia 2012

"Nie" dla aplikacji?

Zawód prawnika od lat spowity jest aurą tajemniczości i mitów:) Zmiana, jaką kilka lat temu wprowadził rząd, otworzyła drzwi do kariery dla każdego, kto jest w stanie wkuć na pamięć ok. 50 aktów prawnych (żeby nie było - wcale nie uważam, że jest to proste - spróbujcie przez wieczór przeczytać KPC:) Wraz z tym, wieeele młodych ludzi poświęciło mnóstwo energii, by w przyszłości być jednym z tych mecenasów, co zarabiają dziesiątki tysięcy PLN na miesiąc;) Być może, kiedy palestra była otwarta tylko dla wąskiego grona krewnych królika, takie zarobki były realne.. W chwili obecnej dwie publiczne uczelnie w Warszawie rok rocznie wypuszczają na rynek ponad 1200 absolwentów prawa. Do tego oczywiście należy dodać prywatne uczelnie. Wszystkie możliwe obliczenia wskazują na to, że za pięć lat podwoi się liczba adwokatów i radców prawnych. Czy wobec tego zdubluje się także popyt na usługi prawnicze? Biorąc pod uwagę wziąć małą świadomość prawną Polaków oraz to, że na wszelkie drobne niuanse związane ze spadkami, rozwodami, czy prowadzeniem MŚP można znaleźć odpowiedź w Internecie - śmiem sądzić, że nie...

Jak to się odbywa?

Aplikacja trwa 3 lata i czesne wynosi ponad 5000 zł/rok. Uważam, że jest to przeciętna kwota (tyle samo albo nawet więcej kosztują porządne studia podyplomowe). Tyle, że wobec kilku istotnych ograniczeń w kwestii podejmowania pracy, możliwość zarobienia na opłaty plus takie rarytaski jak jedzenie i dach nad głową, cała rzeczywistość aplikanta jawi się nieciekawie...

Po pierwsze - patron. Patron to taki ktoś, kto z założenia ma przygotować adepta do samodzielnego wykonania zawodu. Innymi słowy - patron szkoli swoją przyszłą konkurencję, a to już nie bardzo podoba się doświadczonym prawnikom:) Oczywiście znalezienie patrona bez znajomości jest dość...trudne, ale jeśli aplikant nie znajdzie go na własną rękę, wówczas Rada Adwokacka albo Rada Radców Prawnych musi kogoś wyznaczyć "z urzędu". No dobrze - ale "praktyczne przygotowanie do zawodu" polega oczywiście na pracy "u" patrona, a o wynagrodzeniu za tą pracę już nikt w przepisach nie wspomina...

Jak to wygląda w praktyce?

Są aplikanci, którzy pracują za darmo (tak!), natomiast przeciętne wynagrodzenie aplikanta w warunkach Warszawskich waha się między 400 - 1200 zł (cały "etat", który w rzeczywistości najczęściej jest umową zlecenia)... Łatwo obliczyć, że przy stałych wydatkach na mieszkanie i opłatę za aplikację, na jedzonko, ubranie albo jakieś rozrywki zostaje śmiesznie mało albo... nic;)

Praca w miejscu niezwiązanym z zawodem i odbywanie aplikacji "z doskoku" nie wchodzi za bardzo w grę, bo na każde zatrudnienie aplikanta Rada musi wyrazić zgodę... i koło się zamyka...

O konieczności odbywania praktyk zawodowych w organach wymiaru sprawiedliwości nie wspominam, bo wobec powyższych ograniczeń, to jest wręcz bez znaczenia...

A perspektywy?

Rynek powoli przesyca się aplikantami, a zaraz również zapełni się prawnikami "z uprawnieniami". Oczywiście Ci, którzy decydują się na pracę za darmo albo, nie oszukujmy się, za śmieszne pieniądze, liczą, że wszystko zwróci im się z nawiązką po zdaniu egzaminu zawodowego. Osobiście znam młodego radcę, który twierdzi, że powoli odbija się od dna, bo przez niemal całą aplikację zarabiał 450 zł...

Jak wspominałam kilkukrotnie na blogu, chciałabym być specjalistą z danej dziedziny - dziś w branży prawniczej szansę na prawdziwą specjalizację mają osoby, które pracują w dużych działach prawnych lub sieciowych kancelariach (to opcja dla najlepszych i najwytrwalszych). W mniejszych kancelariach "bierze" się sprawy, które się trafiają, bez zbędnego wybrzydzania, bo przecież za coś rachunki trzeba zapłacić...

Nie ukrywam, że wizja trzech kolejnych lat żmudnej i drogiej nauki, z szansą na rozpoczęcie zarabiania w okolicach 30-stki napawa mnie średnim optymizmem... A więc co, jeśli nie aplikacja? Studia podyplomowe? Być może - ale o tym w kolejnym poście:)

Uwaga! Powyższy post jest wynikiem obserwacji, opinii zaprzyjaźnionej prawniczki, znajomych i nie-znajomych oraz dwóch praktyk w kancelariach. Z pewnością nadal możliwe jest osiągnięcie zarobków rzędu wspomnianych 15000/msc. (albo takich, które pozwalają na samodzielne utrzymanie się), ale nie oszukujmy się, że takie pieniądze zgarnia tylko "smietanka", czyli osoby najzdolniejsze, ale i takie, które mogły wiele zainwestować w swój rozwój.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Korzyści z bycia zatrudnionym;)

Pewną nowością było dla mnie odkrycie, że Unia Europejska finansuje szereg szkoleń i warsztatów (o baaardzo różnej tematyce), których odbiorcami mogą być tylko osoby zatrudnione. Forma umowy i wymiar czasu pracy są absolutnie nieistotne – najważniejsze, by znalazła się instytucja (pracodawca), który nas na takie szkolenie skieruje:)

Miałam szczęście trafić na całkiem przyjazną i pro-rozwojową szefową, która nie tylko nie sprzeciwia się naszym pomysłom na dokształcanie się (oczywiście takim, które nie wymagają partycypowania w kosztach;), ale też sama podrzuca nam różne informacje o tego typu atrakcjach;)

W związku z tym, kilka tygodni temu miałam możliwość uczestniczenia w jednodniowym warsztacie, dotyczącym zakresu praw autorskich w Internecie. Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się „co z tego będzie”, bo raz, że organizatorem nie była żadna instytucja, która ma cokolwiek wspólnego z prawami autorskimi, a dwa, że swojego czasu dość żywo interesowałam się takimi zagadnieniami, bo miałam pisać na ten temat pracę mgr;) Jednym słowem – bałam się, że będzie to dla mnie kompletna strata czasu. Na szczęście, nie mając nic do stracenia, wybrałam się i… nie żałuję!:)

Faktycznie, część wykładu nie była dla mnie nowością, ale dzięki temu nie miałam zdziwionej miny jak pozostali uczestnicy i mogłam na spokojnie odświeżyć sobie zakurzoną już wiedzę i ją usystematyzować. Część warsztatowa i dyskusja były najbardziej wartościowe, ponieważ miałam okazję przyjrzeć się niektórym problemom z całkiem różnych perspektyw. Wśród uczestników (18 osób) był i wykładowca wyższej uczelni, i autor kilku książek, i pracownice biura rzecznika prasowego, i specjaliści ds. marketingu, i administratorzy sieci informatycznych, i właściciele niedużych portali internetowych. Wszystko to dało tak świeże i różnorodne spojrzenie na omawianą problematykę, że zaczęłam żałować, że całe moje studia nie wyglądały w taki sposób;) Szkolenie zakończyło się wspólnym obiadem (finansowała Unia;) i wymianą doświadczeń i poglądów:)

Naprawdę fajna sprawa. Mimo ogólne zmęczenia, ze szkolenia wróciłam ożywiona i pełna wrażeń. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się wziąć udział w kolejnym tego typu wydarzeniu – tym razem bez wcześniejszych uprzedzeń i obaw:)

piątek, 6 stycznia 2012

W Nowy Rok z rozczarowaniem...

Dawno tu nie pisałam – nie miałam czasu, nie miałam weny, a nawet nie miałam Internetu. Miałam za to kiepskie święta, zmęczenie, gorączkę w Nowy Rok i męczącą przeprowadzkę, która przyniosła chyba największe rozczarowanie…2012 roku! Naprawdę, tego się zupełnie nie spodziewałam… Te wszystkie wydarzenia kompletnie zahamowały mój rozwój osobisty i języki, nauka i większość planów na razie jest w stanie hibernacji. Powoli jednak wracam „do żywych”, powracam do starych dobrych nawyków i ruszam z przygotowaniami do najmniejszej sesji w moim studenckim żywocie;)

Miałam nadzieję, że moja przeprowadzka przyniesie mi tak upragniony spokój, poczucie stałości i pewności. Przyniosła coś zupełnie przeciwnego, ale powoli wychodzę z dołka i przyzwyczajam się do myśli, że i z tym problemem będę musiała się uporać. Będziemy musieli – bo muszę przyznać, że Luby daje mi wiele wsparcia i wiary, że damy radę. Pozostaje mi wobec tego czekać na uśmiech losu i pielęgnować w sobie tą „tymczasowość”.

Niczym nie ryzykuję - gdyby ktoś z czytelników wiedział coś o przyzwoitym mieszkaniu do wynajęcia cenie w stolicy, najlepiej w okolicach metra, prosiłabym o kontakt;)