sobota, 25 lutego 2012

Studenckich mieszkań czar...

Jestem jedynaczką i niemal odkąd pamiętam cieszyłam się własnym pokojem;) Jednak to "jedynactwo" było dla mnie sporym obciążeniem i zawsze marzyłam o rodzeństwie - nawet kosztem tego pokoju i innych dziecięcych wygód;) Kiedy więc opuszczałam rodzinne pielesze i wyruszałam po wiedzę do stolicy, wyruszałam też w wielką podróż po przygodę;) Oczywiście moje zasoby finansowe były bardzo ograniczone, więc przyszło mi mieszkać w niewielkim, odrapanym mieszkaniu z kilkorgiem rówieśników - wyobrażałam sobie te wspólne wieczory, wspólne poranki, wspólne świętowanie sukcesów i wspólne opijanie porażek;) Moje wyobrażenia szybko zderzyły się z rzeczywistością, a życie zdeterminowała szara, brudna codzienność...

W swoim studenckim żywocie mieszkanie zmieniałam 3 razy, mieszkałam za to z 10 różnymi osobami:) W tym czasie doświadczyłam robaków, które zaplęgły się w odpływie w zlewie kuchennym, widziałam pleśń na truskawkach, która aż "przykleiła" je do szafki i byłam świadkiem smażenia i spożywania mięska mielonego, które przez dokładnie siedem dni kwitło na kuchennym blacie (w lato);) Mieszkałam z chłopakiem, który uznawał mycie naczyń tylko i wyłącznie raz w tygodniu (w piątki:), z innym chłopakiem, który wieczorne mycie praktykował co jakieś 2 - 3 dni, z dziewczynami, które lubiły jeść takie "nadpsute" jedzenie jak wyżej, z dziewczyną, która co drugi wieczór zapraszała innego chłopaka (naprawdę!) i potem
wymownie stękała przez część nocy i z parą, która tak głośno się kłóciła, jak później kochała. Wspomnienia, przyznaję - bezcenne, ale życie codzienne bywało trudne;)

Po czterech latach takiego mieszkania przyszedł czas na wielkie zmiany - mieszkanie mniejsze, w dużo mniejszym składzie, z zaufanymi i lubianymi osobami w postaci mojego prywatnego Lubego i członka jego rodziny. Na tą przeprowadzkę czekaliśmy z wielką niecierpliwością - jako na kolejny krok w przód i uwolnienie się od studenckich problemów współlokatorskich. Nasze obecne mieszkanie ma wiele wad - w ostatnie mrozy w pokojach było jakieś... 16 stopni, a rano myślałam o tym, że "już za chwilę jadę do pracy, a tam będzie cieeeplej";) Mili sąsiedzi poinformowali nas również, że blok jest zarobaczywiony, więc obawiam się małych lokatorów w lato;/ W związku z tym nie wiem jak długo zabawimy w tym miejscu - tak po cichu mam nadzieję, że nie za długo...


Mimo to, muszę przyznać, że mieszka się lepiej. Mieszka się ciszej, czyściej i spokojniej. Nie ma wiecznych problemów ze sprzątaniem, z niezmytą kuchenką, brudną deską klozetową, darcia się współlokatorów akurat w wieczór przed moim egzaminem i wielu wielu innych;)


Życie w mieszkaniu studenckim nauczyło mnie bardzo wiele - tolerancji, różnorodności, ale i wzbudziło we mnie tęsknotę do stabilizacji. Teraz zdecydowanie bardziej doceniam to, co mam - czyli ciszę i czystość. Wbrew pozorom o takie warunki wcale nie jest łatwo;) Razem z tą zmianą mieszkania, porzuciłam jakąś część studenckiego życia. Był to czas niezapomniany, wyniosłam z niego mnóstwo wspomnień - wbrew temu co napisałam wyżej, to te dobre wspomnienia przeważają;) Ale chyba nie będę bardzo tęskniła...

niedziela, 19 lutego 2012

Czarne dziury mojej pamięci;)

Przez całe swoje życie zapamiętałam miliony informacji. Część z nich została ze mną na zawsze (alfabet na przykład;), a część niestety zaginęła gdzieś w zwojach mojego mózgu;) To zresztą nieuniknione - jak wiemy repetitio est mater studiorum, więc skoro nie powtarzałam regularnie zasad sinusów i cosinusów, to nie powinnam być szczególnie zaskoczona tym, że moja wiedza gdzieśtam przepadła.

No niby tak, tyle, że niedawno odkryłam, że ja mam całe "czarne dziury" - nie tylko nie pamiętam zasad obliczania funkcji trygonometrycznych, ale nawet nie za bardzo potrafię odtworzyć czego one dotyczyły! Moje braki dotyczą nie tylko matematyki, fizyki, czy chemii (czyli dziedzin z których niby "nie błyszczałam"), ale też np. historii, którą przerabiałam w LO w rozszerzonym zakresie i nad którą spędzałam naprawę wiele czasu! W podobny sposób "gubię" moją wiedzę ze studiów - na jakieś hasło świta mi, że to przerabiałam, na takim i takim przedmiocie, w zależności od tematyki potrafię powiedzieć parę zdań, ale niekoniecznie, ale konkrety już mi umykają:(


Moja pamięć jest więc dobra, ale... krótka:( Średnio to optymistyczne, muszę przyznać. Jasne, nie oczekuję, że co nauczone to moje, ale jednak mogłabym pamiętać więcej. Niestety, po tym odkryciu mam wrażenie, że czas który poświęciłam na szkołę, przygotowanie do egzaminów itd. był po trosze czasem zmarnowanym... N
ie wiem niestety jak się z tym uporać. Z jednej strony, wolałabym się z tym "nie godzić", ale z drugiej mam świadomość, że ja moją pamięć ćwiczę niemal codziennie, więc lepiej raczej nie będzie...

niedziela, 12 lutego 2012

Praca to kasa...

Bez pracy nie ma kołaczy - mówi stare przysłowie, którego, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiem;) Jednak dobrze pojęłam zależność, że bez pracy nie ma pieniędzy... A jak nie ma pieniędzy, to w życiu niestety zaczyna się walić sporo rzeczy...

W kwestii finansów priorytetem zawsze było dla mnie zapłacenie za mieszkanie, a potem na jakieś podstawowe artykuły spożywcze mi starczało:) Studiowałam dziennie, więc stałe opłaty uczelniane odpadały. Co prawda nigdy nie pracowałam "dla przyjemności", ale doceniam fakt, że nie popadałam w żadne absolutne dołki finansowe i zawdzięczam to głównie pomocnej ręce mojej mamy..

Teraz jednak jestem coraz większa i mam coraz większe potrzeby, nie wspominając już o tym, że źle się czuję korzystając z jakiejkolwiek pomocy finansowej. Wciąż niezdane prawo jazdy (ekhm... wspomnę o tym kiedy indziej), stałe koszty ksera związane z magisterką i trochę większe opłaty za mieszkanie dają miesięcznie całkiem sporą dodatkową kwotę. Do tego w kolejce czeka dentysta i okulista - i nie jest tajemnicą, że takie wizyty generują trochę kosztów dodatkowych:( Na chwilę obecną mam też troszkę oszczędności, ale wolałabym ich nie ruszać - niech czekają na czarną godzinę:)

Dlatego, kiedy dostałam propozycję zwiększenia wymiaru czasu pracy, zgodziłam się po bardzo krótkich wahaniach. Od kilku dni pracuję więc więcej, czekam na większą wypłatę i zastanawiam się kiedy dam radę napisać pracę, pracować nad angielskim itd. Szkoda, że w życiu trzeba wybierać. Ja, w pogoni za kasą (mam nadzieję, że to jasne, że piszę to z przymrużeniem oka;), zrezygnowałam z większego komfortu, z czasu na nadrabianie zaległości i ze współpracy z fundacją. Trudno. Mam nadzieję, że przez najbliższe kilka miesięcy uda mi się troszkę odłożyć, a potem gładko przenieść się do innej pracy. Oby!

wtorek, 7 lutego 2012

Pierwsza z dwunastki;)

Mój projekt 12-12-12 zakłada, że przeczytam 12 książek w 12 miesięcy 2012 roku - no taka zabawa liczbami, którą wymyśliłam na początku stycznia;)

Pierwszą w dwunastce była "Historia Stroju", którą anonsuje zdanie "jest przeznaczona dla każdego i czyta się ją jednym tchem".Cóż, ja nie do końca się zgadzam z tą opinią - przede wszystkim, książki nie czyta się jednym tchem, bo jak przeczytać jednym tchem 430 stron?;) Po drugie, książka na pewno nie jest dla każdego - ale która książka jest?;)

Sięgając po Historię Stroju spodziewałam się solidnej dawki wiedzy - i właśnie ją otrzymałam. Autorka nie opisuje jednak historii mody (jak to sobie na początku wyobrażałam), ale przeprowadza czytelnika przez dłuugą drogę ewolucji ubrania. Tłumaczy skąd wzięła się potrzeba zasłaniania intymnych części ciała (bo zapach zwabia irytujące insekty;), co w poprzednich wiekach zastępowało ludziom bieliznę i dlaczego w związku z tym nadal do dobrego tonu nie należy zdejmowanie marynarki na uroczystościach;) W pierwszych rozdziałach idziemy tropem ludzi, żyjących koczowniczym trybem życia, potem śledzimy rozwój konfekcji - pierwsze nici ze ścięgien zwierząt, pierwsze obróbki skóry, ale też pierwsze tkaniny i ich zawrotne ceny;) Wraz ze zmianami w dziedzinie ubioru zmieniały się także codzienne zwyczaje ludzi. Przykładowo, koszula kąpielowa, która swojego czasu należała do abosolutnego must-have;) każdej pani i panienki, wpłynęła nie tylko na ogólny regres w kwestii czystości ciała, ale też pociągnęła za sobą "wynalazek" specjalnych koszul "z dziurką" do pełnienia małżeńskich przywilejów i obowiązków:) Autorka sięga też do nie-tak-dawnej historii, przedstawiając źródła dzisiejszej bielizny, obuwia, tak popularnych teraz tkanin syntetycznych itd.

Historia Stroju ma jednak swoje minusy - przyznaję, że momentami się ciąąągnęła, zwłaszcza gdy opisywała techniczne aspekty obróbki skór i futer;) Jednym słowem troszkę zbyt skomplikowane opisy, których momentami mój mały rozumek nie potrafił przełożyć na jakiekolwiek wyobrażenie.. Książka ma wkładkę z ilustracjami i wydaje mi się, że fajnym pomysłem byłoby rozwinięcie tej części...

Historia Stroju była moim prezentem gwiazdkowym i przebrnięcie przez całą książkę zajęło mi dokładnie miesiąc:) Na pewno wrócę do tej pozycji - może nie "od deski do deski", ale fragmentarycznie - to jest zresztą mój ulubiony sposób odświeżania znanych i lubianych książek:)

PS. Celem projektu 3x12 jest oczywiście podniesienie poziomu mojego czytelnictwa "w ogóle", a nie tylko w odniesieniu do książek. W minionym miesiącu oprócz opisywanej wyżej książki przeczytałam dwa numery Focusa (polecam) i kilka artykułów Edukacji Prawniczej. Jestem zadowolona;)