czwartek, 24 maja 2012

Martika się szkoli!:)

Małymi kroczkami ciągle poszerzam swoją wiedzę podatkową:) Po kursie w Akademii PARP, przyszedł czas na doszkalanie stacjonarne! A jeszcze niedawno narzekałam, że wszystkie te szkolenia są poza moimi możliwościami finansowymi..;)

Z "pomocą" przyszły, oczywiście, fundusze unijne i fakt, że pracuję w miejscu, które może z takich dobrodziejstw korzystać (o podobnym wydarzeniu pisałam też
tutaj). Na ofertę szkolenia natknęłam się przypadkowo, ale oczywiście w trybie przyspieszonym poprosiłam szefową o rekomendację, wypełniłam wszystkie dokumenty i..czekałam na informację o zakwalifikowaniu.

Teraz jestem już po szkoleniu i nie jest niespodzianką, że najbardziej podobało mi się
praktyczne podejście do omawianych zagadnień. Prowadzący podawał sporo przykładów "z życia", parę ciekawych interpretacji podatkowych i "kreatywnych" rozwiązań":) Nauczyłam się też wypełniać kilka podstawowych formularzy:) Oczywiście jeden dzień to za mało, żeby nauczyć się "całego" podatku, ale na pewno poruszone zostały najbardziej istotne kwestie. A co najważniejsze, czuję że mam coś do powiedzenia na temat szkolenia - i nie są to puste definicje ustawowe:)

Przyznaję, że na początku trochę się przeraziłam - uczestnikami były niemal same księgowe z X-letnim doświadczeniem, do tego na samym początku prowadzący zapowiedział, że szkolenie będzie miało charakter warsztatowy i rozdał nam kalkulatory;) Pojawiła się więc myśl, że
"co ja tu robię" - zwłaszcza, że byłam na lekkim kacu (sezon obron rozpoczęty...);) Jednak szybko zorientowałam się, że księgowe mają zupełnie inne podejście do podatków, niż prawnicy i że moja wiedza na troszkę wyższym poziomie, niż sądziłam! W efekcie byłam jedną z najbardziej aktywnych uczestniczek! Na pewno duża w tym zasługa szkolenia z PARP-u, więc tym bardziej polecam ich platformę on-line!:)

Zauważyłam, że ostatnio bardzo stałam się bardzo pro-szkoleniowa. Po Akademii PARP czaję się na dwa kolejne kursy e-learningowe, do tego dojdzie podyplomówka. Myślę też o rozpoczęciu nauki kolejnego języka, ale przyznaję, że martwię się, że nie podołam czasowo i finansowo... 

niedziela, 20 maja 2012

Ostatni egzamin, czyli cel coraz bliżej...

"Veni, vidi, vici. Ostatni egzamin zaliczony. 5 zdobyta;)" - napisałam mojemu Lubemu, gdy w czwartkowe popołudnie załatwiałam kilka spraw, związanych z obroną. Jedną z tych spraw było właśnie przed-terminowe zaliczenie ostatniego egzaminu w mojej studenckiej karierze:)

Co za ironia - przez 5 lat zajmowałam się liczeniem ile sesji zostało mi "do zaliczenia", ile egzaminów "do przebrnięcia", potem kalkulowałam ile już za mną (post
"Studia w liczbach" - tutaj), a jak już przyszedł ten oczekiwany moment, mam w sobie tak dziwną mieszankę uczuć, że nawet nie jestem w stanie wykrzesać z siebie prawdziwej satysfakcji. 

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że "to już koniec" - cokolwiek ten koniec miałby oznaczać. Te studia zawsze były dla mnie na pierwszym miejscu - podporządkowałam im swoje życie, pracę. Magister był celem. Nie środkiem do celu, ale właśnie celem. Może właśnie dlatego mam w sobie teraz taka niepewność - kiedy ten cel jest już tak blisko, sama nie wiem co zrobić dalej.

Moim problemem na tą chwilę jest więc nie sam fakt, że kończę edukację, ale to, że uświadamiam sobie, że moja młodość... no w najlepszym wypadku jest na półmetku. Przyszedł czas, gdy muszę pożegnać się z wizerunkiem jeszcze-nie-do-końca-dorosłej, a w zamian muszę wziąć na siebie odpowiedzialność za.. całe swoje życie. Nie mogę już ślepo gonić za marzeniami, bo te marzenia muszę za każdym razem podzielić przez moje możliwości czasowe i finansowe. Nie mogę ciągle czegoś zaczynać i nie-kończyć, bo przecież muszę cenić swój czas i... pieniądze.


Najbliższe tygodnie zamierzam poświęcić przygotowaniom do obrony i sprecyzowaniu planów na kilka najbliższych...  no właśnie - chyba lat? Teoretycznie wiem czego chcę, ale wszystko to wydaje mi się jakieś takie... nieuporządkowane właśnie;) Muszę wsłuchać się w siebie i przełożyć moje "chcenie" na rzeczywiste możliwości.


czwartek, 17 maja 2012

Zapuszczać korzenie?;)

Jak już wspominałam na blogu, po obronie zamierzam rozejrzeć się za inną pracą.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiam gdzie tej pracy szukać.. I nie chodzi o miejsce, czy branżę, ale o... miasto. 

Od pięciu lat mieszkam w Warszawie, ale przecież nic prócz studiów mnie tu nie trzyma(ło)... Teoretycznie stolica daje najwięcej możliwości i szans, uważa się też, że to zagłębie wolnych wakatów;) Tyle, że oczywiście jest to też miasto drogie, w którym przynajmniej przez kilka najbliższych lat nie mam szans na własne - kredytowe eM... Trochę inaczej wygląda sytuacja w moim rodzinnym mieście - tam czeka na mnie puste, fajne mieszkanko... 

źródło: grafiki google
To wszystko jest bardzo skomplikowane, bo o ile wcześniej zarzekałam się, że ta Warszawa jest "fe" i "be", o tyle teraz sama nie wiem czy czuję się gotowa na taką przeprowadzkę. Z jednej strony nie przepadam za Wielkim Miastem i w sumie chętnie widziałabym swoją przyszłość w mniejszym, bardziej malowniczym miejscu. Z drugiej jednak, wyprowadzka w tym momencie byłaby dla mnie jednoznaczna z porzuceniem studenckiej beztroski... 


Wiem oczywiście, że charakter tych wątpliwości jest czysto teoretyczny. Pewnie zdobycie pracy w moim mieście będzie jeszcze trudniejsze niż w Warszawie... 



Ale jeśli...? Czy byłabym gotowa na tak dużą zmianę? Czy byłby to krok w tył? A gdybym jednak stwierdziła, że chcę jeszcze pomieszkać w stolicy, to czy nie byłaby to skrajnie nieekonomiczna decyzja?...

A Wy zdecydowalibyście się na migrację z powodu pracy? Jesteście związani z miejscem swoich studiów czy może planujecie po zakończeniu nauki większą przeprowadzkę? A może macie już tak silną potrzebę "zapuszczenia korzeni", że obojętne gdzie, byle na stałe?:)

niedziela, 13 maja 2012

Parę słów o pracy w call center;)

Kilka tygodni temu dokonałam telefonicznej rewolucji w swoim życiu i przeszłam z oferty "na kartę" na "abonament". Niemal natychmiast konsultanci mojej sieci komórkowej zaczęli zasypywać mnie szeregiem propozycji i usług "nie do odrzucenia", za które oczywiście musiałabym dopłacić;) Znosiłam te telefony cierpliwie, z uprzejmą asertywnością, ale niestety gdy pewna miła Pani najpierw włączyła mi dodatkową usługę, a dopiero po tym raczyła mnie poinformować, troszkę się zdenerwowałam. Z niemałego oburzenia wybawił mnie mój Luby, pytając retorycznie "a jakie Ty metody stosowałaś?"...

No właśnie;) Pomyślałam, że warto napisać na blogu parę słów o pracy "na telefonach":)


Praca w call center była moją pierwszą pracą - miałam to szczęście, że trafiłam od razu na rozmowy przychodzące (dla niewtajemniczonych - czyli ludzie dzwonili do mnie, a nie odwrotnie). Co więcej, nic nie sprzedawałam, a jedynie ustalałam wizyty u lekarza, ewentualnie informowałam jak należy się przygotować do badań. Praca nie była zła - najgorsze były poniedziałki, za to w weekendy telefonów było niewiele, dzięki czemu mogłam się też trochę pouczyć albo nawiązywać nowe znajomości;) Współpraca z tą firmą skończyła się, kiedy wprowadzili jakieś nowe, dziwne zasady pracy i trudno byłoby mi połączyć tą pracę ze studiami dziennymi.

Potem trafiłam troszkę gorzej - na
rozmowy wychodzące. Moim zadaniem było namówić klienta na zmianę oferty telefonii stacjonarnej. Była to cięższa praca, oczywiście ludzie nie lubią rozmawiać z telemarketerami, a zwłaszcza zmieniać przez telefon warunków umowy. Do tego pracowałam zawsze na ranne zmiany, więc trudno było się w ogóle do kogoś dodzwonić (młodsi ludzie byli w pracy, więc odbierały ewentualnie starsze osoby, które nie chciały samodzielnie podejmować takich decyzji). Efekt był taki, że dziennie udawało mi się zmienić 1 -2 oferty, co i tak było dobrym wynikiem!
Rozstałam się z tą firmą po 4 miesiącach, ponieważ  postanowiłam poszukać szczęścia w innej branży - gastronomii!;)

Na telefonach w sumie pracowałam niecały rok i chociaż pod koniec byłam już znudzona (to bardzo przewidywalna, rutynowa praca), wiem, że sporo się nauczyłam.

No właśnie - cała prawda:) Źródło: oczywiście Demotywatory.pl:)


Co daje praca na słuchawce?;)

  •  odwagi w rozmowach telefonicznych - jakkolwiek to brzmi, jest to dość ważna kwestia nie tylko w pracy, ale także w życiu codziennym. Tak naprawdę z "nawyków", które nabyłam podczas pracy w call center korzystam do dziś. Co więcej, doświadczenie, które wtedy zdobyłam było nie raz doceniane w kolejnych pracach, czy na praktykach w kancelariach. Umiejętność załatwiania spraw przez telefon jest bardzo ważna, a o skutkach "nieogarnięcia" w tej kwestii mogłam się przekonać niedawno - jedną z przyczyn zwolnienia jednej z moich koleżanek z obecnej pracy był właśnie fakt, że kompletnie nie radziła sobie z rozmowami telefonicznymi...
  • "podstawy" do dalszego rozwoju zawodowego - oprócz tego, co napisałam wyżej, każdy z nas wie, że praca na słuchawce łatwa nie jest. Uczy cierpliwości, obycia w pracy w ludźmi, odpowiedniego reagowania na ich najróżniejsze zachcianki i pomysły;) Ja moją pierwszą pracę biurową dostałam właśnie dzięki sporemu doświadczeniu w pracy w call center - początkowo miałam tam być głównie "dziewczyną do obdzwaniania klientów", a po 2 - 3 miesiącach dzwonienie zajmowało już ok. 10% mojego czasu pracy (sukcesywnie dostawałam nowe obowiązki):) Kilka moich koleżanek też rozpoczynało pracę w "poważniejszych miejscach" w ten sposób:)
  • umiejętność radzenia sobie ze stresem - może w kontekście rozmów telefonicznych ten punkt wydaje się trochę "na wyrost", ale w końcu nikt nie zaczynał od pracy w międzynarodowym środowisku i odpowiedzialności za kilkumilionowe kontrakty, prawda?;) Sytuacje, w których jest ponad 20 połączeń "czekających w kolejce" na jednego pracownika i świadomość, że raczej nie pójdę siusiu zanim to się jakoś nie rozładuje uczy... no powiedzmy - opanowania;) Zdarzały się oczywiście też momenty, gdy klienci na mnie leczyli swoje frustracje - i chociaż początkowo przejmowałam się takimi zdarzeniami, potem nauczyłam się oddzielać pracę, od życia "po pracy". Chociaż bywa, że wcale to nie jest takie łatwe, zdrowy dystans nie zaszkodzi chyba nigdy i nikomu:)

  •  podzielność uwagi - praca w call center to praca "w boksach", inaczej mówiąc na "open space'sie". Prościej mówiąc - gdy 100 osób w tym samym czasie prowadzi rozmowę telefoniczną, powstaje niezły szum - trudno w takich warunkach skupić się na najbliższej wizycie u reumatologa albo choćby zapewnianiu klienta, że jesteśmy poważną i najlepszą na rynku firmą;) W luźniejsze dni było jeszcze gorzej - podczas gdy jedna osoba rozmawia, pozostałe gadają, śmieją się, urządzają wyścigi na obrotowych krzesełkach i tak dalej;) Poza tym, ja każdą wolną chwilę starałam się przeznaczyć na naukę, więc zawsze przed oczami miałam też kodeks:)
  • szacunek do pracy innych - znowu brzmi górnolotnie, ale pokorę warto w sobie pielęgnować. Wiem, że inni nie mają tyle szczęścia i są zmuszeni pracować na infoliniach dużo dłużej, niż ja. Chociaż nie akceptuję chwytów poniżej pasa (takich, jakie stosowała sprawczyni tego posta;), to jednak zawsze staram się odmówić sympatycznie i nie-agresywnie;) Zwłaszcza, że po drugiej stronie też siedzi człowiek (a nie maszyna;), który może mieć gorszy dzień, który może mieć spore kłopoty finansowe i... który może się "zrewanżować", jeśli zakwalifikuje mnie do kategorii "wyjątkowo wrednych klientów";)

środa, 9 maja 2012

Akademia PARP - podejście drugie (tym razem z sukcesem;)

O Akademii PARP pisałam już w wakacje - tutaj. Niestety szkolenia, które wtedy rozpoczęłam, nie udało mi się dokończyć. Złożyło się na to parę czynników (rozpoczęcie stażu w ośrodku mediacji i to, że szkolenie było bardzo obszerne), ale nie o nich chciałam dziś napisać:)

Razem z podjęciem decyzji o wgłębieniu się w tematykę podatków, rozpaczliwie zaczęłam poszukiwania jakiś szkoleń/prelekcji/konferencji. Oczywiście okazało się, że wszystkie są bajecznie drogie, więc odgrzebałam swoje studenckie, mocno wybrakowane notatki;) Niedługo potem przypomniałam sobie o ofercie PARP i na moim celowniku znalazło się
szkolenie z podatku CIT:)

Szkolenie już przerobiłam w całości i teraz czekam tylko na weryfikacje mojego certyfikatu:) Generalnie podtrzymuję wszystko, co napisałam o Akademii w poprzednim poście. Materiał jest bardzo przystępnie przedstawiony, "ułożony" w logiczną i przejrzystą całość. Nawigacja po stronce nie przysparza żadnych problemów i poradzi sobie z nią każdy. Niżej wklejam print screena z jednej lekcji, żebyście mogli sobie zerknąć jak mniej więcej wyglądają slajdy.


Przerobienie całego szkolenia (8 modułów) zajęło mi niespełna
2 miesiące - czyli dość długo, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że ten czas zbiegł się akurat z najintensywniejszą  pracą nad moją magisterką. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że szkolenie było pracochłonne... Lekcje były bardzo dokładne (oczywiście część robiło mi się szybciej/łatwiej ze względu na studia, ale część była dla mnie kompletną nowością - np. amortyzacja środków trwałych;)), a pytania w posttestach po każdym module wcale nie takie łatwe. Podobnie jak w poprzednim szkoleniu, robiłam dość dokładne notatki, a wiadomo, że takie coś zabiera sporo czasu.

Ze szkolenia jestem jednak bardzo zadowolona:)
Moim zdaniem widać, że pracowali nad nim profesjonaliści i jestem pewna, że samo przeczytanie ustawy, czy nawet książki nie dałoby mi tyle wiedzy, ile wyniosłam z tego szkolenia. Bardzo pozytywnie oceniam to, że w każdej lekcji było 2 -3 ćwiczenia do przerabianego materiału - część miało charakter "utrwalający" wiedzę, ale zdecydowana większość było realnymi sytuacjami, w których trzeba było coś policzyć albo po prostu przekształcić teorię na praktykę:)

Szkolenie poleciłabym każdemu, kto jest wystarczająco zmotywowany do zdobycia wiedzy z danej dziedziny. Mimo wszystkich zalet formuły e-learningowej, trzeba przyznać, że do tego typu szkoleń niezbędna jest duża motywacja. Z drugiej strony, pewnym ułatwieniem na pewno jest to, że do "zaliczenia" szkolenia wystarczy przerobienie 4 modułów, więc można sobie wybrać najbardziej interesujące kwestie.


A Wy macie jakieś doświadczenia z Akademią PARP albo w ogóle e-learningiem? Co myślicie o takiej formie przyswajania wiedzy? Ja jestem bardzo zachęcona (zwłaszcza wysokim poziomem merytorycznym) i już wybrałam sobie kolejne szkolenie - tym razem troszkę bardziej hobbystycznie:)

sobota, 5 maja 2012

Czytanie i nauka - czyli aktualizacja (12-12-12)

Kwiecień niewątpliwie zdominowało dokańczanie mojej pracy magisterskiej. Do tego musiałam troszkę dokształcić się na potrzeby mojej pracy zarobkowej i niestety poświęciłam temu kilka(naście) wieczorów. Analizowałam więc system funduszy unijnych;) Nie była to lektura na tyle ciekawa, by wspominać o tym na blogu, ale mimo to doceniam fakt, że miałam okazję troszkę pogłębić swoją wiedzę. Wstyd się przyznać, ale pracując niemal rok przy obsłudze projektu, finansowanego z UE nie do końca wiedziałam na jakiej zasadzie te dotacje zostają przyznawane;) No i ciągle pamiętam, że "wiedza to władza" i kto wie kiedy jeszcze mi się ona przyda:)


Poza tym byłam trochę "zmęczona" już serią książek podróżniczo-przygodowych (o których pisałam tutaj) i w moje ręce wpadł poradnik "Fotografia cyfrowa w praktyce", wydana w ramach biblioteczki Komputer Świat. Nie jestem maniaczką zdjęć, ale na wyjazdy czy większe wyjścia chętnie biorę ze sobą aparat, więc pomyślałam, że z okazji rozpoczęcia sezonu wiosenno-letniego fajnie byłoby poznać troszkę teorii. Co prawda część mnie w ogóle nie dotyczyła (np. wymienne obiektywy), bo dysponuję standardowym kompaktem, ale za to z rozpędu wczytałam się też w instrukcję obsługi mojego aparatu;) Na moje amatorskie potrzeby wcale nie muszę być super-fotografem, ale jednak fajnie jest wiedzieć jak i po co regulować balans bieli, czujnik ISO czy choćby ostrość:) Tak naprawdę jeszcze nie wiem czy uda mi się tą wiedzę wykorzystać w praktyce tak, by jakość zdjęć była choć trochę lepsza, ale przynajmniej zaimponowałam mojemu Lubemu podczas spaceru nad Wisłą:

Ja: Poczekaj, zrobię zdjęcie.... (po czym upływają minuty, a ja w najlepsze grzebię w aparacie)
Luby: No miałaś robić zdjęcie...?
Ja: Tak, poczekaj... Ustawiam balans bieli..
Luby: .... (milczy i siada na murku ze zrezygnowaną miną;))

Razem z poradnikiem dostałam też demo najpopularniejszych programów graficznych - czaję się więc na jakiś przystępnie napisany (naprawdę przystępnie!) krótki przewodnik po "fotoszopie" albo innym "korelu";) A może ktoś z czytających tego posta może mi coś polecić?:)