sobota, 30 czerwca 2012

Martika ryzykuje - staż absolwencki

O poszukiwaniach pracy pisałam dość obszernie w poprzednim poście. Statystki nie są zachęcające - na ok. 15 wysłanych aplikacji, odezwało się dwie firmy. Jedna przeprowadziła ze mną telefoniczną rekrutację wstępną i potem już się nie odezwali (następnym etapem miała być "klasyczna" rozmowa), druga rekrutacja składała się na dwie rozmowy, w tym część po angielsku.

W minioną środę oddzwoniono do mnie i zaproponowano trzymiesięczny płatny staż absolwencki. Nie jest to do końca to, czego szukałam, bo oczywiście wolałabym normalną pracę... Ale z braku innych ofert... postanowiłam zaryzykować! Ryzykuję, moim zdaniem, sporo. Muszę rzucić obecną pracę, a nie mam żadnej gwarancji, że po stażu zostanę w tej firmie lub szybko znajdę pracę gdzieś indziej...No, i niestety nie pojadę w tym roku na wakacje...  Jednak jestem też świadoma, że jeśli teraz nie zaryzykuję, potem tym bardziej się nie odważę...

Nie bez znaczenia jest też to, że myślę, że mam szansę się naprawdę wiele nauczyć.
Będę pracowała w dziale podatkowym w całkiem znanej firmie z branży, no powiedzmy, inżynieryjnej;) Z oczywistych względów nie chcę pisać na ten temat więcej - myślę, że mogłabym zostać łatwo zidentyfikowana:) Staż obejmuje pracę pięć dni w tygodniu, po 8 godzin dziennie, choć spodziewam się też nadgodzin (mam tylko nadzieję, że nie będzie ich za dużo!).

Jestem bardzo przejęta i...zestresowana
. Nigdy nie byłam zżyta z żadnym miejscem pracy tak, jak z obecnym. Poza tym oczywiście, stresuje mnie wizja, że nie dam sobie rady, że okaże się, że nie umiem absolutnie nic i będę nadawała się tylko do skanowania i wypełniania najprostszych dokumentów;) Martwię się też, że za trzy miesiące wyląduję na długim bezrobociu i skończy się to tak, że będę zmuszona szukać pracy "gdziekolwiek", a moje marzenia wylądują gdzieś na dnie szuflady...

Z drugiej jednak strony, paradoksalnie dopiero teraz poczułam, że skończyłam studia i zaczęłam się tym cieszyć:) Chyba chodzi o to, że wreszcie coś ruszyło do przodu i moje życie naprawdę się zmienia...

Podsumowując:
- zmieniam pracę z lekkiej i przyjemnej na pracę trudniejszą i zdecydowanie mniej elastyczną;
- zmieniam miejsce pracy z niedużej, prywatnej firmy i bardzo przyjazną szefową na korporację-z-prawdziwego-zdarzenia, gdzie nawet nie da rady przejść na inne piętro bez "piszczącej karty";
- zmieniam względnie stałą pracę na 3-miesięczny staż;
- zmieniam pracę, w której pracowałam 4 dni w tygodniu po 7,5 godziny dziennie na pracę, w której będę pracować 5 dni w tygodniu, po minimum 8 godzin dziennie.

Do tego:
- moje zarobki znowu się zmniejszą!
- nie pojadę na żadne wakacje:(
- w tą całą przygodę musiałam zainwestować trochę zakupów - niestety pewnie połowa moich ciuchów będzie się nadawała do używania tylko w weekendy:(

Czy tylko ja mam wrażenie, że oszalałam!?;)

No a tak poważnie - wszystkie kciuki mile widziane!:)


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Absolwent na rynku pracy - problemy i bolączki...;)

Rynek pracy śledzę tak naprawdę od końca pierwszego roku studiów - początkowo moje zainteresowania obejmowały typowe prace "studenckie" i "dorywcze", potem zaczęłam rozglądać się za praktykami kierunkowymi, aż wreszcie zaczęłam śledzić oferty pracy "w branży". Przeszłam wiele rozmów kwalifikacyjnych, spotkałam się z najróżniejszymi oczekiwaniami pracodawców, przeczytałam bardzo wiele artykułów/publikacji dotyczących skutecznego szukania pracy i... myślałam, że dzięki temu po studiach będzie mi łatwiej... Okazuje się, że nawet stosunkowo "pracowity" absolwent w zderzeniu z rynkiem pracy może poczuć się... co najmniej nieswojo;)

Składa się na to kilka kwestii:


- przede wszystkim, przynajmniej w moim przypadku, zmianie ulega podejście do pracy. Do tej pory praca była dla mnie uzupełnieniem studiów - to studia miały dać mi wiedzę i wyższe wykształcenie, a praca przede wszystkim była miejscem, które przynosiło mi dochody. W tym momencie priorytety się zmieniają - wszelkie formy dokształcania mają na celu podniesienie moich kompetencji w miejscu pracy, a sama praca ma umożliwiać jako taki rozwój. 


- dochodzi też potrzeba stabilizacji - oczywiście nie poszukiwania pracy wyglądają jednak troszkę inaczej. dotyczy ona wszystkich, ale większość z moich znajomych zmęczona jest "kombinowaniem" i interesuje ich praca względnie stała, która też będzie przynosiła stały dochód. 


- o ile student jest bardzo elastyczny, jeśli chodzi o formy zatrudnienia, o tyle absolwent musi wszystko obliczać, przeliczać. Umowa zlecenia, chociaż chętnie oferowana przez pracodawców, daje bardzo niewielkie zabezpieczenie - zarówno socjalne (składki), jak społeczne (pewność pracy). Poza tym, absolwent musi też liczyć się z koniecznością opłacania wszystkich albo prawie wszystkich składek - właśnie w ten sposób od obrony zarabiam ok. 500 zł mniej w skali miesiąca:(


- zmianie ulegają też metody szukania pracy. CV i list motywacyjny mam wymuskany do "ostatniej kropki";) Każdy list motywacyjny zmieniam dla potrzeb konkretnego pracodawcy. Dokumenty aplikacyjne wysyłam w formie pdf. Teraz to nie ja mogę sobie pozwolić na wybrzydzanie, ale to pracodawca wybiera i przebiera w aplikacjach całej rzeszy absolwentów;/

 
- inną kwestią jest też to, że trzeba przywyknąć do tego, że poszukiwania pracy mają inną częstotliwość. Gdy szukałam pracy podczas studiów, dziennie potrafiłam wysłać 2-5 CV (a gdy szukałam pracy pierwszy raz liczba ta sięgała nawet 10 - po prostu wtedy interesowała mnie w zasadzie każda praca "w usługach"), teraz oferta na którą mogę odpowiedzieć pojawia się raz na kilka dni. Przyczyna leży oczywiście w tym, że teraz szukam pracy w określonej branży i na stanowisku "początkującym". Oczywiste jest to, że nie aplikuję na stanowiska "starszych specjalistów", ponieważ nie spełniam podstawowych wymogów:) Inną kwestią jest jednak fakt, że staram się nie ograniczać tylko do najpopularniejszych portali rekrutacyjnych - zamieściłam "swoje" ogłoszenie na portalu dla poszukujących pracy (a,nuż;), zdarza mi się też wysyłać CV do firm "bez ogłoszenia"... 

Źródło: demotywatory.pl


Pracy szukam od ponad 2 tygodni. Do tej pory byłam na jednej rozmowie i dotyczyła ona i tak praktyk absolwenckich. Nie idzie mi rewelacyjnie i miewam chwile zwątpienia. Zdaję sobie sprawę, że dwa tygodnie to wcale nie tak wiele, wiem też, że póki co dam sobie radę finansowo, bo przecież notabene pracuję. Gdzieś po głowie plącze mi się myśl, że w takiej sytuacji jak ja jest przynajmniej połowa mojego roku, ale szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie szczególnie pocieszające... 

Do szukania pracy zagrzewa mnie niemal każdy, argumentując, że jeśli teraz nie zacznę zdobywać doświadczenia kierunkowego, potem będzie mi coraz, coraz trudniej...


 



Korzystam z dobrodziejstwa posiadania bloga i proszę Was o radę:) Może coś Wam się nasunęło po lekturze tego posta? Może macie jakieś(kolwiek) rady, wskazówki? Każdy kiedyś zaczynał - jak sobie to ułatwić? :)

piątek, 22 czerwca 2012

Dylematy po obronie...

Mam wrażenie, że odkąd zdobyłam tytuł magistra, moja szefowa wyczuła, że niedługo mogę zapragnąć zwinąć swoje manatki i... nie jest tym pomysłem zachwycona. W sumie wcale się nie dziwię - sama wiem, że jestem bardzo dobrym pracownikiem; jestem dobrze zorganizowana, potrafię się dobrze komunikować z ludźmi i niemal wszystko o co zostanę poproszona, realizuję możliwie szybko. Można powiedzieć, że jestem świetną sekretarką... No właśnie - ale ambicje nie kończą się tylko na samym skończeniu studiów;)

O swojej pracy pisałam już kilka miesięcy temu (
tutaj). Od tego momentu troszkę się zmieniło - przybyło pracy, a i ze swoimi współpracownikami wreszcie się "dotarliśmy" i nawiązaliśmy wspólny język. I chociaż nie jest tak, że "każdego ranka wstaję z uśmiechem na ustach", to jednak przynajmniej do pracy chodzę bez zbędnego grymasu. Swoją szefową nadal bardzo lubię i myślę, że jest to idealny przykład przełożonego konkretnego, sympatycznego, nie nadużywającego swojej "władzy".

Ale...no ale chciałabym iść dalej.
Wydaje mi się, że szefowa też jest tego świadoma i stara się zaszczepić we mnie poczucie, że mam szansę realizować się w tym miejscu. Co jakiś czas przemyca nam historie, mające na celu przekonanie nas, że praca na zlecenie jest dużo lepszą formą zatrudnienia, niż umowa o pracę;) Poza tym stara się wykorzystać moje ambicje i co jakiś czas podrzuca jakieś "prawnicze zadanko".

W czym więc problem?


Zadania te są ze sobą mało powiązane - przykładowo jednego dnia analizuję część prawa autorskiego, a drugiego wyszukuję orzecznictwo dotyczące decyzji administracyjnych, trzeciego zapoznaję się z dokumentacją sprawy, a czwartego szukam informacji o dopuszczalności skargi do NSA. Teoretycznie różnorodność jest sama w sobie jakąś wartością i wiem, że na obecnym poziomie warto, żebym poznała jak najwięcej zagadnień i problemów. Ale... ale brak w tym jakiegokolwiek porządku, czy ciągłości. Przez to ta moja praca jest taka "szarpana", bardzo fragmentaryczna i niekompleksowa. W większości kwestii nie czuję się też szczególnie kompetentna - nawet najbardziej sumienna praca powinna zostać sprawdzona i zweryfikowana - tak naprawdę tylko w ten sposób jestem w stanie się czegoś nauczyć i unikać błędów, które zapewne popełniam... 


Oczywiście oprócz tych "zadanek" mam też swoje stałe obowiązki, związane głównie z organizacją (najczęściej szkoleń) i szeroko pojętą obsługą klienta, wykonuję też drobne czynności marketingowe. Znacie takie powiedzenie, że "jak coś (ktoś) jest do wszystkiego to jest do niczego"?...

 
Najgorsze jest to, że czuję, że stoję w miejscu i że jeśli zostanę tu jeszcze rok (wtedy mi się kończy umowa) to prawdopodobnie nic się nie zmieni. Wiem, że muszę, po prostu muszę znaleźć sposób, by zdobywać troszkę inne doświadczenie, bardziej związane z moim kierunkiem studiów i tym, czym chcę się zajmować w przyszłości. Niestety, w tym momencie na potencjalnych pracodawcach w ogóle nie robi wrażenia fakt, że umiem poprowadzić biuro. Dwie praktyki studenckie, parę szkoleń (dobranych w miarę spójnie)- chociaż wydawało mi się, że podczas studiów wcale się nie leniłam,
teraz widzę jak bolesne jest zderzenie z rzeczywistością.

PS. Już wkrótce możecie się spodziewać posta dotyczącego moich spostrzeżeń, związanych z wejściem absolwenta na rynek pracy - myślę, że to temat ciągle aktualny i ważny. Poza tym planuję przygotować notkę o pisaniu pracy magisterskiej, ale czekam aż emocje opadną i będę potrafiła na to spojrzeć "na chłodno";)

 

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Obroniona!:) Czyli magister Martika wraca do gry!:)

O tym dniu marzyłam przez ostatnie pięć lat, a kiedy w końcu przyszedł... czuję się z tym trochę dziwnie:) Świat stoi jak stał, kiedy wchodzę do autobusu ludzie nie patrzą na mnie z uznaniem, a ja wcale nie stałam się mądrzejsza;) Co więcej, gdy usłyszałam od Przemiłego Pana Dziekana, że to już bezapelacyjny koniec mojej drogi do magistra, nie zauważyłam confetti sypiącego się z sufitu, nie usłuszałam muzyczki "we are the champions" i nie dostałam bonu na niezapomniane wakacje;) Zawsze miałam podejrzenia, że ta moja uczelnia działa z lekka niesprawnie;)

No dobra, a tak poważnie...

...stało się!!!

Obroniłam magistra na piąteczkę, co w ogólnym rozrachunku daje mi czwórkę na dyplomie:) Jestem oczywiście zadowolona, szczęśliwa, choć prawdą jest, że czuję lekki niedosyt (taka oczekująca myśl: "yy...no i co teraz?"...):) Szczerze powiedziawszy, nadal to troszkę do mnie nie dociera i dopiero przyzwyczajam się do myśli, że to już naprawdę PO WSZYSTKIM:)

Sam egzamin był prze-miły;) Od jednej z prawniczek z mojej pracy usłyszałam, że "obrona pracy to najłatwiejszy, ale też najbardziej stresujący egzamin w życiu". Teraz całą sobą mogę się podpisać pod taką opinią. Niby nie było się czym tak przejmować - ostatni egzamin to tak naprawdę formalność i nikomu nie zależy na tym, by jeszcze-studentom sprawiać problemy na sam koniec, ale za to w takim momencie w niemal każdym budzi się ambicja i chęć pokazania się od najlepszej strony. Ja sama mam świadomość, że gdyby nie stres, wypadłabym troszkę lepiej (mniej zacinania się, bardziej płynna wypowiedź);) Atmosfera też była bardzo w porządku - chyba na żadnych egzaminie nie dostałam tylu uśmiechów na zachętę!;)

Piątkowy poranek awansował mnie zatem do grona osób z wyższym wykształceniem (a zaraz potem zaliczyłam spadek do grupy lekko-podciętych-pierwszym- piwem-przed-południem):) Spełniłam tym samym swój pierwszy, tak bardzo długoterminowy cel. I chociaż zewsząd słychać opinię, że "teraz magister już nic nie znaczy", że "to wykształcenie zasadnicze zawodowe gwarantuje opłacalną pracę", a nawet kpiące wersje rozwinięcia skrótu "mgr" (z magazynierem na czele), ja i tak jestem z siebie dumna!

Nucąc słowa piosenki "do przejścia mam tak wiele laaaat, drogami które ledwie znaaaam", niecierpliwie szykuję się na kolejne wyzwania:)


czwartek, 14 czerwca 2012

Pamiętam, że...

Pamiętam, że...

... że gdy kończyłam ogólniaka miałam poczucie, że "świat" i "prawdziwe życie" dopiero się przede mną otwierają. Miałam przed sobą studia, wyjazd do Wielkiego Miasta i myślałam, że już za chwilę podbiję wszystko, co tylko zechcę. Swoją osobowością, oczywiście;)

... że gdy wyjechałam do Wielkiego Miasta myślałam sobie, że swoją szczerą "chęć" zamienię szybko w namacalnego pieniążka:)

... że gdy stałam na dworcu PKP z niedużą torbą, w której zmieściłam "wszystko to, co do życia niezbędne" wiedziałam, że przede mną Prawdziwa Przygoda i szkoda mi było kolegów i koleżanek, którzy z różnych przyczyn nie zdecydowali się na smakowanie tej Przygody (czytaj: zostawali w moim rodzinnym mieście).

.... że gdy nie zaliczyłam pierwszego egzaminu, najbardziej na świecie bałam się, że skreślą mnie z listy studentów i będę musiała wracać do mojej mieściny ze spuszczoną głową i poczuciem porażki;)

... że gdy dwa miesiące później podchodziłam do egzaminu komisyjnego, wiedziałam, że prędzej zacznę karierę sprzedawcy w H&M niż wrócę ze spuszczoną głową;)

.... że pół roku później zaczynałam karierę recepcjonistki medycznej, z podniesioną głową i przepustką na drugi rok studiów:)

... że potem nim się obejrzałam minęło kolejne 4 lata:)

Pamiętam też wiele innych rzeczy - swoje pierwsze spagetii, pierwszą nieudaną zupę pomidorową, kilka niezapomnianych imprez, parę nieprzespanych nocy, wakacje pod namiotami i dużo, dużo uśmiechu:) Teraz uczę się życia "prawie-po-studiach" - a w tym życiu nie ma już tak dalekosiężnych planów, jest za to nudna codzienność, której tak bardzo się bałam. Jest frustracja, że nikt nie jest zainteresowany moim CV, jest obawa, że źle wybrałam i.. że po prostu nie dam sobie rady w tym "dorosłym świecie"...

czwartek, 7 czerwca 2012

Ekonomia na luzie;)

Dziś będzie o nauce na luzie - w końcu ile można trzepać słówka i wieczorami dla relaksu czytać książki o rynkach finansowych;)

Są takie zagadnienia, w których wypada się orientować, ale z drugiej strony wiadomo, że na profesjonalne publikacje albo pełnowymiarowe studia nie każdy ma czas i ochotę:) Ja podobny problem miałam z zagadnieniami ekonomicznymi - niektóre przedmioty na studiach wymagały ogólnej wiedzy na ten temat, ale oczywiście w programie na takie rzeczy czasu nie było, a ja, chociaż szczerze zainteresowana niektórymi kwestiami, nie zawsze mogłam sobie pozwolić na poszukiwania rzetelnej wiedzy, podanej jeszcze w miarę przystępny sposób:)

Całkiem niedawno mile zaskoczył mnie portal NBP, który z założenia ma propagować wiedzę ekonomiczną wśród ciemnego ludu:) Oprócz szkoleń on-line (z certyfikatem, konwencja baaardzo podobna do Akademii PARP), znajdziemy tam też filmiki i prezentacje anonimowane. Tak możemy się dowiedzieć m.in. skąd banki mają pieniądze (ja za bardzo nie wiedziałam), jak działa giełda, akcje, obligacje itd. Wszystko podzielone jest na tematycznie obszary (np. pieniądz, rynki, system bankowy, euro), więc łatwo jest znaleźć coś dla siebie.

Ja obejrzałam już część filmików i przyznaję, że dowiedziałam się sporo nowych rzeczy:) Oczywiście nie jest to propozycja dla osób, które są już bliżej związane z ekonomią (np. z racji studiów albo pracy), ale dla takich laików, jak ja to na pewno bardzo fajna, pomocna sprawa.

Polecam:)
Co myślicie o takiej formie dokształcania?:) Uważacie, że to ciekawe urozmaicenie, czy jednak oceniacie to jako "zbyt infantylne" i wolicie standardowe metody?:)

niedziela, 3 czerwca 2012

Martika znowu przynudza;)


Obchodziłam wczoraj 24 urodziny, a za dwa tygodnie prawdopodobnie będę już Panią Magister:) Już teraz wiem, że za wiele to nie zmieni, ale myślę, że to dobry znak – bo coraz mocniej wierzę, że „jest życie po studiach”:)
 
Ostatni tydzień był dla mnie bardzo męczący – nie miałam czasu na nic, całe dnie byłam w rozjazdach, pracując, załatwiając sprawy uczelniane, wpisy, podpisy itp. Teraz mogę trochę odetchnąć i rozpocząć przygotowania do ostatniego egzaminu:) Będąc na uczelni spotykałam znajomych, wymienialiśmy się planami na przyszłość i życzyliśmy sobie „powodzenia” – to w sumie dość pocieszające, że każdy podchodzi do życia z entuzjazmem i dzieli się tyloma planami – ktoś wyjeżdża z Polski w poszukiwaniu „przygody”, ktoś od pół roku uczy się na aplikację... A jeszcze inni – tak jak ja – sami nie wiedzą jak się los potoczy…

Niezdecydowanie to chyba najmocniejsza strona - chyba powinnam wpisać ją w CV;) 

W każdym razie - atmosfera podobna trochę do okresu „tuż-przed-sesyjnego”;) 

Szczerze mówiąc, wcale nie czuję tego, że jestem na ”ostatniej prostej” – wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że jestem na ogromnym rozdrożu. Już niemal osiągnęłam to, co czego dążyłam prze ostatnie pięć (!) lat. Kończę studia, a od sześciu (!!!) lat jestem z tym samym chłopakiem… Co dalej? Zaczęłam już nieśmiało szukać pracy (o nowym wydaniu swojego CV pisałam tutaj) i mam wielką nadzieję, że już wkrótce znajdę swoje miejsce. Na stałe.

Ostatnio funduję swojemu blogowi odrobinę „zastoju”, ale jestem w bardzo specyficznym okresie. Bardzo liczę, że wkrótce zacznę znów regularnie pisać motywujące (chyba głównie mnie;) posty, że moje ambicje poszybują w górę i tak dalej… Na razie wiem, że jedyne czego potrzebuję to… odpoczynek  i stabilizacja. Jak nigdy wcześniej, czuję ogromną potrzebę „zapuszczania korzeni”.