wtorek, 27 listopada 2012

"To mój wybór" zamiast "muszę" - czyli mój sposób na chandrę;)

Zaliczyłam dość ciężkie dwa tygodnie. Jest jesień, więc oczywiście jest na co zrzucić - wiadomo, jesienna chandra;) Prawdziwe przyczyny są jednak bardziej prozaiczne - ot, zmęczenie (od czerwca miałam jeden dzień wolny...), niewyspanie (w ten weekend zaczęłam mój weekendowy kursik...) plus do tego coraz, coraz większe wymagania w pracy, a co za tym idzie też całkiem regularne nadgodziny i większa presja... To, co miało mi z założenia poprawić humor, czyli spotkanie z moją "paczką" ze studiów, po raz kolejny uświadomiło mi, że weszliśmy już na inny etap życia i nie da się cofnąć czasu. Każdy żyje już innymi problemami, a studia... przechodzą powoli, ale nieodwołalnie do kategorii miłych wspomnień. A do tego wszystkiego dołączył niespodziewany telefon od osoby, z którą kiedyś łączyły mnie, no powiedzmy, dość toksyczne relacje. Przy okazji tej rozmowy znów pojawiły się myśli o galopującym czasie i o tym jak bardzo moi rówieśnicy dorośli...a ja razem z nimi!

Normalnie, czyli z rok temu, wszystko to zrzuciłabym na karb przemęczenia i zafundowałabym sobie parę dni pełnego relaksu. Teraz nie mogę sobie na to pozwolić, więc ratować trzeba się inaczej;)
Postanowiłam więc... wziąć zły Los na przeczekanie!;) Nie mogę przecież cofnąć czasu, ale nawet gdyby...przecież jako 15-, 18-, czy 20-latka też miałam swoje problemy i też pojawiały się dołujące myśli. Prawdę mówiąc, moja ogólna sytuacja też nie uległa jakiejś drastycznej zmianie. Więcej pracuję, owszem, ale za to jak się realizuję! Nie wychowuję jeszcze dzieci, jeśli nie posprzątam - no to nie posprzątam, jeśli nie zrobię zakupów - no to nie będę miała co jeść, ale przecież życie mi się nie zawali!

To, że pracuję tu, gdzie pracuję, to, że postanowiłam się dalej uczyć jest przecież moim wyborem. To jest właśnie ta dorosłość - wybory, które w gruncie rzeczy nie są aż tak bardzo dramatyczne. 

Przykład jeszcze ze szkolnego "podwórka";)


Do czego zmierzam? W życiu mało jest takich sytuacji, że coś "trzeba". Tak naprawdę większość codziennych czynności wynika jednak z naszego wyboru, czyli w gruncie rzeczy naszego "chciejstwa":) A kto tak naprawdę lubi przyznawać się do błędu, do tego, że podjęte decyzje były niewypałem? Kto z Was z uporem maniaka codziennie siebie krytykuje? Ja nie!:) Dlatego wstając rano, wolę myśleć, że wstaję, bo taki model życia wybrałam (praca zamiast na przykład leniuchowania na garnuszku mamusi - hej, to też się liczy!:P). Idąc w weekend na uczelnię nie chcę zastanawiać się jak bardzo zmęczona wrócę. I tak dalej...

Jednym słowem - zamiast "muszę" wybieram "hej, jestem dorosła! Tak postanowiłam!";) I wiecie co? Żyje się lepiej. Żyje się łatwiej.

 

A wszystkie toksyczne osoby z mojego otoczenia konsekwentnie przeganiam - to też jest kwestia wyborów...

piątek, 16 listopada 2012

Podsumowanie studiów - chwila refleksji i jedziemy dalej!

Już od dłuższego czasu czułam, że powinnam napisać tego posta… Czułam, że powinnam sama przez sobą zrobić jakieś małe podsumowanie, cokolwiek, zmusić się do chwili refleksji, bo… bo przecież 5 lat to kupa czasu, bo przecież przez te 5 lat poświęciłam trochę potu, krwi i łez, żeby te studia skończyć, aż wreszcie – bo na Boga, wykształcona dwudziestoparolatka powinna się pochylić nad tą chwilą!;)

Jednak z drugiej strony – jak w ogóle można porywać się na podsumowywanie pięciu lat? Jak można tyle czasu wrzucić w dwubiegunową tabelkę „sukcesy – porażki” albo „plusy – minusy”? Jak mogę wartościować kierunek, który skończyłam pod kątem „żałuję – nie żałuję”, wiedząc, że gdybym studiowała coś innego prawdopodobnie byłabym teraz inną osobą, planowałabym inną  ścieżkę zawodową i miałabym inny krąg znajomych?:) 

No ale jednak – post powstał. Długi. Chętnych zapraszam….

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie chcę gdybać, czy dobrze wybrałam kierunek studiów. Generalnie wybory 19-latków powinny być obarczone z góry pewnym ryzykiem niepowodzenia;) Gdybym teraz, z perspektywy czasu i dotychczasowych doświadczeń miała jeszcze raz podejmować decyzję, być może wybrałabym inaczej. Nie chcę jednak niepotrzebnie rozmyślać na temat czegoś, na co teraz już nie mam wpływu. 

Z całą pewnością studia były przydatne. Zdarza się, że w życiu codziennym korzystam ze swojej wiedzy, a poza tym powszechnie wiadomo, że „nieznajomość prawa szkodzi”, więc to, czego się nauczyłam procentuje dość często. Oczywiście same studia nie zrobiły ze mnie profesjonalnego prawnika, o czym często zapomina moja rodzina oraz krewni i znajomi królika – standardem przy „stole” są prośby o radę albo opinię w sprawach, które ciągną się całyyyymi latami…;)

Poza tym wszystkim studia były zdecydowanie tzw. pamięciówką. Co prawda część moich poważnych znajomych lubi mawiać surowym tonem, że prawo trzeba zrozumieć, a nie uczyć się go na pamięć, ale szczerze mówiąc uważam takie opinie za lekko przesadzone. Rozumienie, kojarzenie to jedynie metoda na zapamiętanie;) Wiadomo, fajnie do materiału podchodzić z otwartym umysłem, wiązać ze sobą różne procedury czy instytucje, ale to tak naprawdę wisienka na torcie. Wszystkie terminy, zasady, nazwy trzeba po prostu zapamiętać i na to innej rady nie ma;)

Nie byłabym też sobą, gdybym jednak nie ułożyła zgrabnej listy podsumowującej moje edukacyjne zmagania;) Podczas studiów udało mi się:


- odbyć 3 praktyki (dwie w kancelariach prawnych, jedna w wydawnictwie),  z których jedna zakończyła się dłuższą i płatną współpracą (ta ostatnia). Łącznie było to pół roku pracy za darmo. Doświadczenie z tego wynikające – chciałabym napisać „bezcenne”, ale to byłaby chyba jednak przesada;) Na pewno jednak nie poszło na marne i przede wszystkim dzięki praktykom stricte prawniczym po studiach nie traciłam czasu na szukanie pracy w kancelariach, bo wiedziałam już, ze nie do końca odpowiada mi taka praca;
- pracować w pięciu miejscach – wynika z tego, że pracę zmieniałam średnio co rok;) W praktyce nawet trochę częściej, bo podczas pierwszego roku nie pracowałam w ogóle;) Zaczynałam od call center, pierwszą poważniejszą pracę znalazłam na 3 roku, pierwszą pracę związaną z kierunkiem studiów – na 4;
- odbyć jeden wolontariat na rzecz fundacji, zajmującej się mediacją i działalnością na rzecz dzieci z rodzin rozbitych;
- odbyć sześć szkoleń (plus jedno szkolenie on-line – Akademia PARP), które bez żadnego zażenowania wrzuciłam do swojego CV;) Jedno szkolenie w dużym stopniu przyczyniło się do zdobycia przeze mnie mojej obecnej pracy;
- znacząco poprawić poziom mojego angielskiego. Z poziomu oscylującego wokół FCE do poziomu bardzo bliskiego CAE. Różnicę najbardziej widzę w obecnej pracy, codziennie mając do czynienia z angielskim;
- zdać prawo jazdy!;) To największy sukces roku 2012;)

A porażki…? Były, oczywiście były też porażki:) Ale czy warto je teraz rozpamiętywać? Nie zaliczyłam na szczęście nic w stylu powtarzania roku albo wizyty na komisariacie, więc na potknięcia spuśćmy zasłonę milczenia:)
 
Ogólnie całe studia były naprawdę wspaniałym okresem. Względna beztroska, taka prawie dorosłość, ale jeszcze nie do końca;) Byłam dość rozsądną dziewczyną, ale widzę, że teraz, po studiach, moje życie jest już inne… Czego innego wymagam od siebie, nie mogę rano wyłączyć budzika i przerzucić się na drugi bok z myślą „nie idę!”, impreza w ciągu tygodnia już nie wchodzi w grę, a stres egzaminacyjny zajął codzienny stres w pracy… 



Myślę też, że nie można oceniać kierunku studiów bez oceny tego, jak poradziliśmy sobie w życiu po nich… Przede mną oczywiście jeszcze długa droga, ale codziennie przypominam sobie, że to nie studia miały ze mnie zrobić prawnika, czy podatkowca… Studia w najlepszym wypadku mogą dać podstawy do tego, by dalej samodzielną pracą zasłużyć na miano specjalisty…





A Wy jak oceniacie wybór swoich studiów? Jesteście zadowoleni? Czy z perspektywy czasu chcielibyście coś zmienić? Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze spojrzenie!:)

PS: A tych, co dotrwali do końca tego przydługiego posta zachęcam do udziału w zabawie u Kropelki:)



wtorek, 6 listopada 2012

Wiadomości z linii frontu - czyli co nowego w mojej pracy...;)

 Tytuł posta wcale nie jest jedynie "chwytliwym", czy ładnie brzmiącym hasłem - rzeczywiście w pracy czuję się jak na linii frontu i każdy dzień jest dla mnie takim małym sprawdzianem...

Mogę śmiało i bez żadnego ściemniania powiedzieć, że zostałam rzucona na (bardzo) głęboką wodę i aż sama martwię się, żebym w tej wodzie nie utonęła. Okres stażowy został już zupełnie za mną, a w zamian dostałam całkiem samodzielne obowiązki, które niemal w 100% są zadaniami stricte merytorycznymi. W efekcie gratisem mam też zdecydowanie więcej stresów, no i obaw czy aby na pewno wszystko dobrze mi idzie...

Żeby jako- tako płynąć w czasie pracy, wieczorami
dokształcam się na własną rękę. Czytam przepisy, interpretacje, czasami korzystam też z pełnego dostępu do lexa w pracy i co nieco sobie drukuję na moje wieczorne sesyjki. Oczywiście staram się nie stracić głowy i w miarę możliwości serwować sobie jakiś relaks, ale przyznaję, że czasami towarzyszą temu małe wyrzuty sumienia... Póki co jeszcze korzystam z dobrodziejstwa wolnych weekendów, ale gdy zacznę te moje studia i kursy, dobrodziejstwo się skończy;P

Jedynym plusem tego wszystkiego jest to, że
pełną gębą wracam do angielskiego. Część mojej pracy jest bardzo ściśle powiązana z pracą innego działu (centrali), który w dużej mierze jest anglojęzyczny (a także wszystkie dokumenty, "produkowane" przez ten dział).
Demotwatory.pl 

Prawdę mówiąc - jestem trochę zmęczona - i nie o zmęczeni fizycznym tu mowa
, bo dbam o sobie jak mogę; staram się wysypiać, a jeśli tylko pamiętam, łykam suplementy i witaminy;) Odżywiam też się w miarę zdrowo i regularnie. Problem tkwi w presji, którą czuję każdego dnia - żeby się nie potknąć, żeby nie popełnić jakiegoś głupiego błędu, żeby nie wypłynął jakiś błąd sprzed miesiąca itd.;) W tym sensie tęsknię za poprzednią pracą, która polegała tylko na "iść - odbębnić - wrócić do domu":P Teraz takiego komfortu i takiej beztroski nie mam.

Oczywiście z drugiej strony - wiem, że sama tego chciałam. Wiem, że nie mam prawa narzekać, bo równie dobrze mogłabym w tym momencie szukać pracy i byłoby bardzo niewesoło...
Płacę po prostu cenę za pracę "w zawodzie" i za spełnianie gdzieśtam narzuconych sobie ambicji. 

Czy się opłaci? Mam nadzieję, że nie czeka mnie spektakularny upadek...