niedziela, 24 lutego 2013

Pierwsza część mojej edukacyjnej "dwulatki" za mną!:)

Tak naprawdę trudno mi uwierzyć, że to, co jeszcze rok temu było dla mnie odległą przyszłością, teraz realizuje się w 100%! O moim dwuletnim planie edukacyjnym pisałam w październiku 2012 r. (tutaj), choć oczywiście to było jedynie podsumowanie wielu miesięcy wątpliwości, szkicowania planów bardziej abstrakcyjnych i robienia szeroko pojętego research'u (o krystalizowaniu się mojego pomysłu na najbliższe lata można było przeczytać na przykład tutaj i tutaj). 

Pół roku minęło oczywiście bardzo szybko i skończyłam kurs z rachunkowości:) Prawdę mówiąc, kiedy się na niego decydowałam mogłam tylko przewidywać, że wiedza rachunkowa mi się przyda. Równolegle z rozpoczęciem kursu zmieniłam "zespół" w pracy, przejmowałam nowe obowiązki i szybko okazało się, że bez znajomości tego typu podstaw po prostu nie jestem w stanie dobrze i sprawnie wykonywać swojej pracy. Miałam więc ogromny komfort - to, czego się nauczyłam w weekendy, wykorzystywałam w ciągu tygodnia;) 

Z drugiej strony - na kursie uczyliśmy się podstaw księgowania i to utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nigdy w życiu nie spełniałabym się w branży typowo księgowej. Po prostu - nie;) Jednak oczywiście nawet ten czas spędzony na nauce stricte księgowania nie był czasem straconym. W pracy dość ściśle współpracuję z księgowymi i wiedza "jak one to robią" i "po co one to robią" wiele ułatwia:) 

Po kursie mogę też podzielić się kilkoma przemyśleniami z gatunku kurs vs. studia, rachunkowość vs. prawo... 

Przede wszystkim - dotarło do mnie jak bardzo moje studia były nauką pamięciową. Sposób nauki do każdego mojego egzaminu na studiach był kolosalnie inny, niż nauka na kurs i na pewno nie chodzi o samą formę szkolenia. Prawa musiałam się po prostu nauczyć, zapamiętać, a potem je...odtworzyć;) W rachunkowości - jeśli raz zrozumiałam jakiś temat, potem w zasadzie nie było wyjścia, żebym nie rozwiązała poprawnie zadania... Oczywiście nie bez znaczenia jest też to, że w prawie generalnie zadań nie ma - jeśli już są to wątpliwości, których nie da się w kwadrans rozwiązać poprawnie albo niepoprawnie;)

Po drugie - kwestia formy. No i jednak muszę przyznać, że na kursie bardzo mało czasu poświęcaliśmy na teorię, a niemal cały czas "trzaskaliśmy" zadania:) Oceniam to bardzo pozytywnie - wiadomo, że wszystko najlepiej weryfikować w praktyce. Dzięki temu znam nie tylko podstawowe zasady, ale też umiem je zastosować. Sam egzamin końcowy był również praktyczny - musieliśmy po prostu rozwiązać trzy zadania i nikogo nie interesowało czy znamy pojęcia - musieliśmy je zastosować. Szczerze mówiąc, myślę, że po tym kursie jestem merytorycznie przygotowana do pracy na stanowisku młodszej księgowej, a raczej wątpię, żebym takie same umiejętności wyniosła choćby po studiach... 

No i tyle:) Cieszę się, że pierwszy temat mojego edukacyjnego maratonu jest za mną:) Dzięki temu, że podjęłam ten kurs, czuję, że jestem pół kroczku do przodu;) Teraz jestem już po pierwszym zjeździe na mojej podyplomówce i mogę się teraz zająć szerzej podatkami:) Oczywiście mam już swoje pierwsze przemyślenia, ale na wzmiankę na blogu przyjdzie jeszcze czas:)