niedziela, 12 maja 2013

Sama siebie nie poznaję - czyli Martika robi "coś dla ciała":)

Czas na post aktualizujący po dłuuuugiej przerwie:) 


Tematyka tego bloga zawsze skupiała się wokół kwestii "naukowo-duchowych" - zaliczyć wszystkie egzaminy, skończyć studia, znaleźć pracę, a w międzyczasie angielski, czytelnictwo, szkolenia itd.:) To wszystko nadal jest dla mnie bardzo ważne, ale od kilku miesięcy postawiłam też trochę na "coś dla ciała" - i o tym chcę dziś napisać:)

Nigdy nie byłam typem sportowca - WFu w szkole unikałam jak ognia; w podstawówce "zapominałam stroju", w gimnazjum zaangażowałam się w szkolny radiowęzeł, dzięki czemu średnio raz w miesiącu musiałam pilnie uporządkować płyty zamiast grać w siatkówkę (płyt było sztuk pięć...), a ogólniaka wybierałam również pod kątem małej sali gimnastycznej:) Dodatkowo zawsze byłam szczupła, więc to jeszcze mocniej utwierdzało mnie w przekonaniu, że ćwiczyć nie muszę:) Na studiach miałam momenty, gdy myślałam o tym, że POWINNAM uprawiać jakiś sport, ale wszystkie te myśli pojawiały się raczej w charakterze obowiązku, przymusu, a poza tym nigdy nie udało mi się tych myśli w jakikolwiek sposób skonkretyzować...

Kilka miesięcy temu zaczęłam troszkę odczuwać siedzący tryb życia i... co zaskakujące, zaczęło mi też brakować ruchu! Mając na uwadze swoje doświadczenia wiedziałam, że po pierwsze sama nigdy się nie zmobilizuję do regularnych ćwiczeń, a po drugie, że na początek powinnam raczej unikać morderczych aerobików.
 
No to sobie tańczymy:) Źródło: grafiki google
Dzięki pewnym zbiegom okoliczności, razem z Lubym wylądowaliśmy na kursie tańca:) Pląsamy razem już od prawie pięciu miesięcy i choć nasz kurs dobiega powoli końca, mam nadzieję, że uda nam się kontynuować naukę po wakacjach:) Bawimy się bardzo dobrze, mamy motywację, żeby trochę inaczej spędzić czas, a poza tym zawsze lubiliśmy tańczyć, więc przy okazji robimy to, co lubimy:) Kurs organizowany jest przez pobliski dom kultury, dzięki czemu zajęcia nie rujnują nas finansowo, nie marnujemy czasu na dojazdy, a grupy są dość kameralne:) To naprawdę fajny sposób na relatywnie niedrogie uczestniczenie w ciekawych zajęciach (u nas jest też zumba i plecenie koszy) - polecam!:)

Po ok. 2 miesiącach od rozpoczęcia kursu, przyszedł czas na drugi krok:)
Nie dajmy się zwariować tylko:) Źródło: demoty
Razem z koleżankami ze studiów zapisałam się na fitness! Chodziłyśmy na step i choć zajęcia w efekcie średnio mi podpasowały, złapałam bakcyla!:) Teraz z uwagi na trochę inne wydatki, postanowiłam zrezygnować z karnetu na fitness, ale ćwiczę w domu! Pewnie nie napiszę nic odkrywczego, ale you tube okazał się niezastąpiony:) Myślę teraz nad zakupem własnej maty!:)

W ramach pracy nad ciałem, postanowiłam znaleźć też czas na zaległe wizyty u lekarzy. Wyobraźcie sobie, że wreszcie zrobiłam badania, które odwlekałam od jakiś 3 lat! Parę spraw już za mną, teraz czeka mnie jeszcze wizyta u okulisty i jedna wizyta u dentysty. To naprawdę dobry wynik!

Po co to wszystko piszę? Przede wszystkim to, że w ogóle zaczęłam ćwiczyć i czerpać z tego przyjemność to coś zupełnie nowego! Wręcz siebie nie poznaję:) Jednocześnie wiem, że podeszłam do tego wszystkiego z głową - tzn. nie porwałam się od razu na słynny "Skalpel" Ewy Chodakowskiej, nie postawiłam sobie nierealnych założeń (typu: do czerwca zrobię szpagat - a tak już bywało...), no i zapewniłam sobie towarzystwo, które zawsze jest takim zewnętrznym niezależnym motywatorem:)

Poza tym, fajnie sobie uświadomić, że rozwój to nie tylko trzepanie słówek z angielskiego, ale zaskakiwanie samej siebie, otwartość i czasami inne podejście do kwestii wcześniej znanych i przerabianych:) No i to się udało:)

Wiem, że mój blog już dawno "wypadł z obiegu", ale chętnie przeczytam Wasze sposoby na aktywność fizyczną:) Jeśli trafi się to jakiś entuzjasta you tubowych treningów, chętnie przejrzę Waszych faworytów (interesuje mnie zwłaszcza pilates, stretching, ćwiczenia rzeźbiące, niekoniecznie spalające i niekoniecznie bardzo "skaczące":)))